Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Psia woń

Psia woń

21.05.2018
Czyta się kilka minut
Gdy M. dzwoni z dalekiego miasta, pytam, co u dzieci. Chwilę później ona pyta, co u psów. Streszczam ich osiągnięcia: Cujka znowu poturbowała Lubkę, Mużin nażarł się jakiegoś śmiecia i wyrzygał.
Andrzej Stasiuk / Fot. Grażyna Makara
A

A teraz wszystkie trzy leżą w słońcu i patrzą, jak o nich piszę. Rude, czarne i łaciate. Wszystkie średniej wielkości. Na szczęście niezbyt skoczne. Cujka co chwilę podrywa się i robi rundę po podwórku, żeby sprawdzić, czy nie pojawił się nowy zapach, kot z sąsiedztwa za płotem, w powietrzu nie bzyczy jakaś entomologiczna fauna, na którą można zapolować. Potem znowu nieruchomieje na trawie. I tak w kółko: 5 minut spoczynku, 5 minut aktywności, 5 minut uśpionej czujności, 5 minut wzmożonej kontroli nad światem.

Ale w nocy śpi nieprzerwanie. Można ją zaskoczyć o trzeciej nad ranem i nie podniesie nawet powieki. Co najwyżej przeciągnie się i pod dotykiem dłoni zamruczy jak kot. Ale musi być ciemność i cisza. Bo każdy obcy dźwięk stawia ją na łapy. Marszczy wtedy rude czoło, próbuje unieść kłapciate uszy i stawia do góry zgrabny ogon zabarwiony na końcu spłowiałą czernią. Słyszy przez troje drzwi i dwie ściany. Tak jak tego kota od sąsiadów, który przychodził wyzywać naszego na pojedynek. Szczekała wtedy w środku nocy, niepomna, że stoi na kanapie w kuchni, a wszyscy wokół śpią. Bo taki ma charakter.

Gdy wchodzą goście, rzuca się na nich przepełniona miłością i gryzie oraz liże. Wskakuje na kolana i obsypuje psimi pocałunkami sprawdzając jednocześnie, czy nie da się czegoś ściągnąć ze stołu. Niektórzy goście tylko udają, że lubią psy, i to jest bardzo ciekawy widok. A gdy już skończy się jej zapas uczuć, to nieruchomieje na kanapie jak rudy sfinks. Czasami nieruchomieje na podłodze, ale zdarza jej się to bardzo rzadko. Prawdę mówiąc – nigdy. Nie uznaje podłogi. Siada czasem na krześle i przysłuchuje się rozmowom. Trzeba pilnować, żeby krzesło nie stało za blisko stołu, bo przecież jest oczywiste, że jak można siedzieć na krześle, to można też jeść z talerza. No ale głównie kanapy. Gdy się nic nie dzieje, można przenosić się z jednej na drugą. Albo na fotel. Najlepiej, żeby było więcej kanap. Najlepiej same kanapy, bo wtedy nie trzeba by było schodzić na podłogę. Z kanapy lepiej się szczeka o trzeciej w nocy i lepiej poluje się na muchy.

Tak. Nie da się tego wyprać ani wywietrzyć. Tych kanap, tego fotela. Wchodzisz i od razu wiesz, że to psiarnia. Woń snuje się po domu w ciężkich splotach. W niektórych kątach zalega gęściej. Przenika na piętro, gdzie cała ta kundlarnia nie ma wstępu. Czasami mam wrażenie, że nawet drewno mebli, fajansowe talerze, blaszane garnki i wnętrze lodówki nią przeszły. Ile byś nie prał, ile nie wietrzył, ile nie odkurzał, to i tak zostanie. Teraz siedzę na tarasie, jest ciepłe i słoneczne przedpołudnie. Robi się powoli upał i w gorących powiewach odnajduję psią obecność. Bo przecież to nie miasto i nie biega się za własnymi psami z plastikową torebką, więc to tu, to tam coś sobie leży, schnie w słońcu i wiatr miesza psią woń z żółtawą mgiełką pyłków i zapachem bzu, który akurat zaczyna kwitnąć. To jest tylko ostrzejsze, bardziej skondensowane niż emanacja z kanap. Taka jest prawda. Cały pies pachnie tak samo, tylko w różnym natężeniu. Jak człowiek z nim żyje, to trochę jakby spał w jego barłogu, mieszkał z nim w jego budzie. Zupełnie mi to nie przeszkadza. Przynajmniej tyle możemy dostać od starego i dzikiego, żebyśmy nie zapomnieli, skąd przyszliśmy.

No więc Cujka jak rudy płomień. Albo żółta jak piasek Gżanka. Była chyba z nami najdłużej. Nie miała w sobie nic z gwałtowności płomienia. Tliła się raczej łagodnie, jednostajnie i wydzielała spokojne ciepło. Porośnięta krótkim futrem, które zimą podbite było gęstym białawym puchem, pozwalającym jej spać w największe mrozy w zaspie. Zwijała się w kłębek, przykrywała nos czubkiem ogona i nie prosiła, by ją wpuścić. Wręcz odwrotnie. Gdy robiło się jej za gorąco, stawała przy drzwiach i czekała, aż ktoś otworzy, i będzie mogła wyjść na chłód.

Miała śmieszne uszy, które nigdy się nie prostowały i wyglądały jak przyszyte. Niby w takim samym kolorze jak reszta, ale jakby od innego psa. I za dużą skórę. Też jakby od innego, wyrośniętego egzemplarza. Za to niezwykle przyjemną w dotyku. Na obcych ledwo poszczekiwała podbiegając za nimi niezgrabnie, trochę ciągnąc za sobą tylne nogi, bo w młodości przeszła parwowirozę. Woziliśmy ją do miasta i za pomocą kroplówek i lekarstw udało się jej z tego wyjść. Ale potem tył nie nadążał za przodem, tak jak ona za innymi psami.

Kiedyś miała szczeniaki i przyniosła im od sąsiada kurczaka. Niosła go niby ukradkiem, bo przecież wiedziała, że nie nosi się kurczaków, nawet jak się zostaje psią matką. Wiedziała, ale przecież musiała. Wyglądała przy tym jak lis nieudacznik. Na mój widok stanęła, podniosła łeb, ptak wypadł jej z pyska, chwilę leżał bez ruchu, a potem gdacząc jak opętany pobiegł z powrotem. Spojrzała mi w oczy, opuściła jeszcze niżej uszy, które nigdy się nie podnosiły, i powiedziała: „Nie chciałam, naprawdę nie chciałam”. A w każdym razie tak mi się wydawało. ©

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Andrzej Stasiuk / Fot. Grażyna Makara
Urodził się w 1960 roku w Warszawie. Mieszka w Beskidzie Niskim. Prozaik i eseista. Autor Murów Hebronu, Dukli, Opowieści galicyjskich, Dziewięciu, Jadąc do Babadag, Taksimu, Dziennika...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Tylko chcialoby się więcej; każdy pies to inna podróż, ale zawsze warto ją odbyć

Zupełnie się nie zgadzam z tym, że cały pies pachnie tak samo, że to tylko kwestia intensywności. Nic podobnego! Jeden pies to cała symfonia zapachów. Najpierw psie łapy - cudny zapach trawy czy wilgotnej ziemi, po których biegał pies, podszyty nutą smrodku znoszonych skarpetek. Potem zapierający dech smród z uśmiechniętego pyska. Zapach psich uszu - zwłaszcza tych oklapniętych. Absolutnie niepodrabialne psie bąki. Kojąca woń sierści pod pachami, jak by się było w cieplutkim, bezpiecznym gniazdku. I na koniec pies pachnący deszczem - poezja.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]