Przesadziłeś, Wenders, twój „kawałek z życia” jest bardziej fantastyczny niż „Diuna”

Długie wolne popołudnie, którego nie spędzasz w nerwówce – to brzmi jak coś wyjętego z science fiction. Nie dziwię się, że film „Perfect Days” budzi zarówno tęsknotę, jak irytację.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda / Fot. Maciej Zienkiewicz dla TP
Olga Drenda / Fot. Maciej Zienkiewicz dla TP

 

 

Nastąpiły chyba nie najgorsze czasy dla kina, przynajmniej pod względem zaangażowania widzów – pierwszy raz od dawna tak często mi się zdarza podsłuchać rozmowę o nowym filmie czy samej w takiej uczestniczyć. Wydawałoby się, że w streamingu mamy wszystkiego za wiele, tak bardzo za wiele, że brakuje jednoczącego doświadczenia filmu, o którym można wspólnie pogadać – a jednak okazało się, że to niezupełnie prawda. A czasem nawet zaskakująco wiele osób chce obejrzeć film bez szczególnej akcji i z oszczędnymi dialogami. Ponieważ naprawdę lubię filmy, w których niewiele się dzieje, również i ja wybrałam się na „Perfect Days” Wima Wendersa – kilka dni z życia pewnego samotnika z wyboru, który żyje offline, o poranku sprząta kosmiczne tokijskie toalety, a popołudniami nieco pocztówkowo kontempluje świat.

Nie będę zbytnio rozpisywać się o samym filmie, który sąsiadka z łamów nazwała najlepszą fabułą Wendersa od trzech dekad – choć ciekawym zjawiskiem wydaje mi się to, że przyczyną zarówno podobania, jak i niepodobania się „Perfect Days” jest mniej więcej to samo, czyli skupienie się na postaci człowieka, który stara się, powiedzmy, cieszyć życiem w miarę możliwości. Innymi słowy – albo „popatrzcie, samo życie jest sztuką”, albo „co za wierutne kłamstwo, nie można być szczęśliwym, pracując w branży utrzymania czystości”.

Nie mamy kosmicznych toalet, ale mamy Spodek. // Fot. Olga Drenda

Czy „szczęśliwy” jest w ogóle trafnym słowem w kontekście tego akurat bohatera to inna sprawa; życie tak konsekwentnie uporządkowane i minimalistyczne da się prowadzić chyba tylko samotnie, co zresztą w filmie wybrzmiewa. Utrzymywanie spokoju ducha odbywa się tam nie bez wysiłku i jest to konstrukcja, którą dość łatwo naruszyć, a filozofia „cieszenia się drobiazgami” to dość szybko wyczerpujące się paliwo. Ale mnie podczas seansu uderzyło coś innego. Coś, co sprawia, że właśnie ten film uderza w dwie szczególnie czułe struny.

To kwestie na tyle dobitne, że każą powątpiewać w realność scenariusza. Nie chodzi na pewno o to, w jakiej pracy „mamy prawo” czuć się zadowolonymi; poznałam wystarczająco wielu przedstawicieli tak różnych zawodów, którzy demonstrowali podziwu godną równowagę i pogodę ducha, że uważam takie pytanie za bezzasadne. Niebywałe jest co innego: pan Hirayama z „Perfect Days” ma całe popołudnia dla siebie. Po prostu wychodzi z pracy i robi to, co daje mu spokój: przesiaduje w parku, ogląda w barze sport, wdaje się w pogawędkę, robi zdjęcia.

Długie, wolne popołudnie, którego nie spędzasz w nerwówce nadrabiając coś albo czując refluks na poczet jutrzejszego dnia pracy – to brzmi jak coś wyjętego z science fiction i nie dziwię się, że może u widza budzić to tęsknotę, to irytację („teraz już przesadziłeś, Wenders”). Rzeczywistość, niestety, przypomina częściej ten epizod, w którym bohater musi zastąpić kolegę i wykonać pracę za dwie osoby, przez co wraca do domu późno, zmęczony, i zapada w nerwowy sen. Nie mówiąc już o tym, że wyobrażenie sobie podobnego filmu w Polsce jest trudne również z innych powodów – ogólnodostępne toalety często funkcjonują jedynie w teorii i zazwyczaj są zamknięte, być może właśnie dlatego, żeby nie musieć nikogo zatrudniać.

Druga niewiarygodna kwestia to to, że małomówny facet może ułożyć sobie życie zawodowe tak, by nikogo nie udawać, a już zwłaszcza kogoś przebojowego. To już w ogóle fantastyka nie z tej ziemi, niestety. Dziś bycie cichym jest niemile widziane i nawet latarnik u Sienkiewicza musiałby mieć wystarczająco tiktokową osobowość, żeby dostać to stanowisko.

Obiecują zatem film pokrzepiający, a można wyjść zeń smutnym, a może „pogodnym mądrym smutkiem”. Film typu „kawałek z życia” okazuje się bardziej fantastyczny niż „Diuna”. A wszystko to dlatego, że można uświadomić sobie, jak bardzo nieosiągalne bywa coś, co można nazwać chyba po prostu normalnym życiem. Trochę wolnego, trochę spokoju, trochę ciszy, których nie trzeba kupować jako specjalnej usługi wypoczynkowej – niby nie są to wymagania z sufitu, ale trudno wyobrazić sobie ich realizację. Fajnie by było, oczywiście. Ale pewnie nie jest to możliwe ani w Tokio, ani w Krakowie, tylko na wyspach Bergamutach.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 20/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Fajne, szkoda, że niemożliwe