Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Postrzępione dekoracje

Postrzępione dekoracje

10.10.2016
Czyta się kilka minut
Sofija Andruchowycz: Ukraińska literatura funkcjonuje dokładnie według tych samych reguł, co każda inna. Jedyna różnica polega na tym, że musimy teraz nadrabiać pewne zaległości, a na niektóre procesy mocniej wpływa polityka i wojna.
Fot. Gera Artemova / ANZENBERGER / FORUM
I

IRYNA VIKYRCHAK: Pracę nad powieścią „Felix Austria” rozpoczęłaś w Krakowie, gdzie przebywałaś na stypendium „Gaude Polonia”. Co możesz powiedzieć o literackich stosunkach polsko-ukraińskich? Jaki wpływ na los konkretnych autorów czy też całą ukraińską scenę literacką mają możliwości, które daje strona polska?
SOFIJA ANDRUCHOWYCZ: W Polsce istnieje kilka instytucji kultury, które już od dłuższego czasu wspierają ukraińskich twórców i dają im możliwości, jakich – niestety – nie mają oni w swojej ojczyźnie. Jest oczywiście Program Stypendialny Ministra Kultury RP „Gaude Polonia”, o którym wspominasz. Dzięki niemu powstała ogromna ilość ciekawych projektów, tekstów artystycznych czy tłumaczeń polskiej literatury. „Gaude Polonia” obejmuje wiele dziedzin kultury i sztuki, wpływa nie tylko na ukraińską, ale i na polską kulturę – dzięki współpracy, nowym kontaktom i doświadczeniom.
Istniał też program stypendialny „Homines Urbani” w krakowskiej Willi Decjusza, gdzie przez kilka lat ukraińscy autorzy mieli możliwość pracy nad własnymi utworami.
Polska od dłuższego czasu pełni dla Ukraińców rolę mostu do Europy, czyli do świata zachodniego. To dla nas kraj bliski i zrozumiały, w wielu kwestiach podobny, który jednocześnie wyznacza kierunki rozwoju. Kontakt z polskimi pisarzami zawsze był czymś inspirującym, do tego dzięki polskim tłumaczeniom wiele pozycji światowej literatury jest w zasięgu ręki. Nasze relacje w świecie kultury są wspaniałe – utrzymujemy kontakty, słuchamy się i wzajemnie uczymy.
Niedługo spotkamy się na Festiwalu Conrada podczas debaty zatytułowanej „To nie jest kraj dla starej prozy”. Jak myślisz, czy ta nazwa wpisuje się w obecne tendencje ukraińskiego środowiska literackiego? Co, według Ciebie, jest nową ukraińską prozą? Jaka ma ona być?
Według mnie literatura jest przestrzenią, gdzie strategie i plany mogą tylko zaszkodzić. Mamy doświadczenie ograniczania i kontrolowania literatury z czasów radzieckich, kiedy to pisarze byli zmuszani do pisania na z góry i w konkretny sposób na podany temat. Nic dobrego nie wyjdzie z prób podporządkowania literatury jakiemukolwiek celowi, nawet jeśli cel ten jest racjonalny, istotny i, wydawałoby się, poprawny.
Literatura jest przedłużeniem życia, odzwierciedleniem procesów, które zachodzą w pewnym miejscu i czasie, próbą zobrazowania tego, co przeżyte i nieprzeżyte, próbą zwerbalizowania doświadczenia, zrozumienia świata. Dlatego też naturalne jest, że ukraińska proza ewoluuje wraz z ukraińskim społeczeństwem. To bardzo skomplikowane procesy dotyczące diametralnych zmian, zarówno w kraju, jak i na świecie. Wiąże się to z rosnącą samoświadomością i poszukiwaniem tożsamości. Żyjemy na przełomie epok, w niepewnym i pełnym zagrożeń świecie.
Dlatego to, co dzieje się teraz w literaturze ukraińskiej, jest wyraziste, emocjonalne, ale też niejednorodne. Pojawiają się utwory o kontekście historycznym, w których autorzy próbują zrozumieć, kim jesteśmy i co nas ukształtowało, inne z kolei są próbą odreagowania traum i odtworzeniem choćby fragmentu pamięci zniszczonej przez reżim radziecki. Powstają również teksty, które rezonują z aktualnymi wydarzeniami i obecnym kształtem świata – z jego wyzwaniami i wielowymiarowością.
W ukraińskiej literaturze zachodzą te same procesy, co w każdej innej. Nie jest to literatura zacofana ani też wyjątkowa – funkcjonuje dokładnie według tych samych reguł, co na przykład polska. Jedyna różnica polegać może na tym, że musimy teraz nadrabiać pewne zaległości, a na niektóre procesy wpływa trochę mocniej polityka i wojna.
Akcja powieści „Felix Austria” rozgrywa się w Stanisławowie (dzisiejszy Iwano-Frankiwsk) za czasów imperium austro-węgierskiego. Dokładne odtworzenie szczegółów ówczesnego życia nie byłoby możliwe bez dogłębnych badań. Jak je przeprowadzałaś? Co Cię najbardziej zaskoczyło?
Pracowałam chaotycznie i bez planu. Brakowało mi doświadczenia w tego typu pracy, dlatego też musiałam poruszać się na oślep, tworząc strategię na bieżąco. Czytałam Józefa Rotha, Stefana Zweiga, Brunona Schulza, Szmuela Josefa Agnona czy chasydzkie opowiadania o życiu galicyjskich Żydów, a z ukraińskich pisarzy tamtego czasu Iwana Frankę i Olgę Kobylańską. Korzystałam z materiałów o ówczesnej modzie, życiu codziennym, architekturze czy nowinkach technicznych. Sięgałam też oczywiście do monografii historycznych, mówiących o współistnieniu w tym mieście przedstawicieli różnych narodowości, o ich relacjach, o napięciach i wzajemnych oddziaływaniach między Ukraińcami i Żydami czy Polakami i Niemcami.
Tło historyczne było dla mnie niezwykle ważne, ale jednocześnie cały czas pilnowałam się, żeby nie odbiec za daleko od głównego wątku: chciałam po prostu opowiedzieć historię czyjegoś życia. Realia historyczne nie były dla mnie tak ważne jak sugestywność kreowanego świata. Nie miałabym nic przeciwko, nawet gdyby zakwalifikowano tę powieść jako fantasy. Przede wszystkim chciałam, żeby czytelnik uwierzył w istnienie tego świata.
Moim ulubionym źródłem wiedzy były stare gazety: „Kurjer Stanisławowski” i „Kurjer Lwowski”. To z nich czerpałam detale i dowiadywałam się, w jaki sposób widzieli swój świat ówcześni ludzie: czym żyli, o czym rozmawiali, do czego przywiązywali wagę. Odkryłam dzięki temu wiele rzeczy, z których najważniejsza jest jednocześnie najbardziej oczywista: w historii ludzkości tak naprawdę nic się nie zmienia. Udoskonalane są przedmioty, zmieniają się zwyczaje, ale to tylko otoczka. W relacjach międzyludzkich, zarówno prywatnych, jak i na poziomie społeczności, narodów czy państw, wciąż powracają te same historie.
Bardzo mi się podoba Twoje określenie gatunku „Felix Austrii” – że to powieść w kostiumie historycznym, a nie historyczna. Tak czy inaczej, część książki skupia się na realiach z epoki. Gdzie jest granica między historią a wyobraźnią autora?
Kiedy na czas akcji wybrałam przełom minionych stuleci, od razu padł na mnie strach, że popełnię wiele błędów, że nie zdołam odtworzyć charakteru i atmosfery epoki. Ten lęk w pewnym momencie zaczął przeszkadzać. Zrozumiałam, że będę musiała porzucić swój pomysł, jeżeli nie znajdę innej, bardziej przekonującej motywacji dla pisania niż jedynie wierne przedstawienie historycznego tła. Uświadomiłam sobie, że opowiadam swoją własną historię, więc mogę zrobić wszystko, co zechcę. Po prostu sobie zaufałam. To był moment, kiedy już wystarczająco daleko zagłębiłam się w te monografie i gazety, więc pozostawało tylko pozwolić fantazji odpowiednio je ułożyć. W tekście jest dużo szczegółowych opisów: ulic, wnętrz, nieistotnych zakamarków. Musiałam urządzić tę przestrzeń, zobaczyć szczegóły w swojej wyobraźni: każde pęknięcie na ścianie, architektoniczne detale, ślady dłoni. To był niezwykle namacalny obraz – niczym film, bo to był obraz, dźwięk, a nawet więcej, bo również zapachy.
Wiesz przecież, że określenie granicy między realiami historycznymi a wyobraźnią autora jest niezwykle skomplikowane, o ile w ogóle możliwe. To zależy od autora i od tego, jakie stawia sobie zadanie. Bywa, że autor chce pozostać możliwie obiektywny. Ale to nie mój przypadek – bardziej niż obiektywna, wolałam być przekonująca.
To teraz o miłości. W Twojej powieści splot wydarzeń i uczuć jest czasem tak silny, że nie od razu można rozpoznać, gdzie jest uczucie, a gdzie iluzja. Bo o czym w końcu jest ta powieść, o miłości czy złudzeniu?
Znowu pytasz o twarde granice! A one nie istnieją nawet na mapie – spory terytorialne trwają całe stulecia, leje się krew. Co dopiero w przypadku tak nieuchwytnych zjawisk jak uczucia, relacje czy mentalność. Wszystkie one mają tak wiele wymiarów i odcieni, że można je analizować na najróżniejsze sposoby. Ludzie przez całe życie nie robią nic innego niż wytyczanie i opisywanie tych granic – u siebie i innych. Każdy przecież stawia sobie pytanie: kim jestem, gdzie są moje granice i jak je poszerzyć, nie naruszając jednocześnie granic innego. Chociaż wielu robi na odwrót: przekraczają cudze granice siłą, zagrabiając czyjeś terytoria. Jeszcze inni dobrowolnie oddają się innemu, gdyż są niezdolni do opieki nad sobą samym, i w ten sposób zdejmują z siebie odpowiedzialność.
Moja główna bohaterka poszukuje swojej tożsamości. Nie ma własnej historii, gdyż ta zrosła się z cudzą. Dopiero w dojrzałym wieku jej wyimaginowany świat zaczyna się rozpadać. Chciałam pokazać, w jaki sposób człowiek tworzy swoją wyobrażoną tożsamość. W ten czy inny sposób – wszyscy zachowujemy się podobnie.
Twoi bohaterowie nieustannie mierzą się z innością świata – jakie są ich reakcje?
Odnoszą się do inności z ostrożnością, ale w końcu ją akceptują, przyjmują do swojego domu. Feliks – dziwny chłopiec – nie jest groźny ani niebezpieczny, jest w mniejszości, słaby. Słabość innego często pomaga nam go zaakceptować. Ale może to właśnie pojawienie się innego – Feliksa – stało się początkiem rozpadu dotychczasowego spokoju moich bohaterów, nawet jeśli był on wyimaginowany.
A jak to wygląda dziś? Czy pierwszą reakcją na inność może być akceptacja?
Wydaje mi się, że poczucie inności jest uniwersalne – w każdym czasie, w każdej kulturze dotyczy mniej więcej tego samego: wyglądu zewnętrznego, języka, wyznawanej religii czy sposobu bycia. Łatwo jest teoretyzować na temat inności, nawiązując do abstrakcyjnych teorii, łatwo opowiadać o tym, że inność traktuje się jako zagrożenie, że inni są dyskryminowani i nieakceptowani. Jasne, że tak, ale w praktyce jest to na tyle skomplikowane, że sens ma tylko analizowanie konkretnych przypadków – najlepiej, kiedy ma się z nimi bezpośrednią styczność.
Tak naprawdę wszyscy jesteśmy inni. Ci, którzy odtrącają i dyskryminują innych – też są innymi. Zetknięcie się skostniałych i zbyt oddalonych od siebie inności grozi katastrofą. Bywają też takie inności, które potrafią się dostosować, przyjmują zasady gry. Są i takie, które potrafią być tolerancyjne.
Niedawno zaskoczyła mnie informacja, jak wiele osób z Zachodu wpada w stany psychotyczne, kiedy trafia do Indii. Żeby wrócili do normy, wystarczy wsadzić ich na pokład samolotu lecącego z powrotem. Mimo to nie przestają tam jeździć, nadal czegoś szukają – może innych siebie?
Upodobanie do kostiumu historycznego, zarówno w Twoim przypadku, jak i w literaturze w ogóle, to często przejaw nostalgii – próba odnalezienia „zagubionych” elementów tożsamości. Z drugiej strony to wysokiej jakości materiał literacki. Jak jest u Ciebie?
W moim przypadku tęsknota za tym, co minęło, jest najmniej istotna. Nie sposób mówić o nostalgii, gdy jest się świadomym, że „szczęśliwe Austro-Węgry” to tylko mit; gdy zna się okoliczności historyczne, rzeczywiste stosunki między klasami społecznymi, a także między przedstawicielami różnych narodowości. Napisałam tę powieść nie po to, żeby głosić i podtrzymywać ten mit, ale po to, by go zdekonstruować. Piękne dekoracje prują się i płoną, obnażając skomplikowane życie poszczególnych ludzi.
Samo istnienie tego mitu jest jednak zrozumiałe ze względu na poszukiwanie tożsamości. Był on potrzebny jako przeciw- waga dla historii radzieckiej, jako antidotum przeciwko pełnemu utożsamianiu się z tym ostatnim i najbardziej traumatycznym okresem w dziejach Ukrainy. Tylko że mit potrzebuje krytycznego spojrzenia – po to, żeby nie oszukiwać samego siebie i nie utonąć w iluzji. ©

Przeł. ANIELA RADECKA

SOFIJA ANDRUCHOWYCZ (ur. 1982) jest pisarką i tłumaczką. W 2004 r. przebywała na rezydencji w Krakowie w ramach stypendium „Homines Urbani”. Tłumaczyła na ukraiński Manuelę Gretkowską, J.K. Rowling, Nicka Daviesa, Gregora Dallasa, Petera Taylora. W 2014 r. zdobyła BBC Ukrainian Book of the Year za swoją najnowszą powieść „Felix Austria” (2016), której w dużej mierze dotyczy rozmowa. Wcześniej ukazały się jej dwie książki: „Kobiety ich mężczyzn” (2007) oraz „Siomga” (2009). W 2015 r. otrzymała Nagrodę Literacką im. Josepha Conrada Korzeniowskiego, ufundowaną przez Instytut Polski w Kijowie.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]