Porwani za młodu

Aborygeni doczekali się przeprosin od rządu Australii za politykę wykradania ich dzieci przez państwo, przez ONZ uznawaną za ludobójstwo. Czy "przepraszamy oddzieli australijską przeszłość "grubą kreską?

28.02.2008

Czyta się kilka minut

Tego dnia, we środę, na placach australijskich miast, na trawniku przed parlamentem, gdzie zebrały się tłumy, a także na galerii dla gości w sali obrad - wszędzie polały się łzy wzruszenia. Premier Kevin Rudd trzykrotnie wypowiedział słowo "przepraszamy": za ból, cierpienie i rany zadane skradzionym pokoleniom rdzennych mieszkańców; za rozbijanie ich rodzin i wspólnot; za poniżenie i upadek narodu i jego kultury.

Kamery pokazały na galerii płaczące aborygeńskie gwiazdy sportu: dwukrotną triumfatorkę Wimbledonu, Evonne Goolagong Cawley i Cathy Freeman, która osiem lat temu zapalała znicz olimpijski w Sydney, by potem zachwycić Australijczyków zwycięstwem w biegu na 400 metrów. Pierwsza w dzieciństwie żyła w strachu przed porwaniem, chowając się pod łóżko, gdy w jej wsi zjawiała się opieka społeczna. Druga stała się symbolem pojednanej rasowo Australii. Ale symbolem na pokaz, bo także w losy jej rodziny wpisane są historie uprowadzeń.

Niższy gatunek

Polityka przymusowej asymilacji, za którą przepraszano Aborygenów, trwała kilkadziesiąt lat i polegała na odbieraniu matkom ich dzieci, umieszczanych później w sierocińcach lub w białych rodzinach zastępczych. Taki los dotknął sto tysięcy osób, głównie dzieci czarnych matek i białych ojców.

Gdy na początku XX w. formułowano ideologiczne podstawy tej polityki, oparto się na pseudonaukowych przesądach i skompromitowanej później przez hitleryzm eugenice, teorii poprawy ludzkiego gatunku przez interwencjonizm państwowy. Dominowało przekonanie, że Aborygeni są wymierającym, niższym gatunkiem. Wręcz gatunkiem zwierząt! - tak sądzono jeszcze sto lat temu, urządzając na nich "polowania".

Do wniosku o wymieraniu doszli brytyjscy kolonizatorzy, odnotowując wysoką śmiertelność tubylców, którą w istocie powodowały importowane przez przyjezdnych choroby. Postanowiono zatem Aborygenów izolować, a mieszanych rasowo włączać w krąg kultury białych. Ten rasistowski eksperyment socjologiczny, którego kluczowym elementem stało się rekwirowanie dzieci, miał doprowadzić do eksterminacji stuprocentowych Aborygenów i ucywilizowania pozostałych. Zgodnie z ONZ-owską konwencją z 1948 r. jest to jedna z form ludobójstwa.

Statystyki nie są dokładne, ale wiadomo, że w XX w. władze porwały co najmniej co dziesiąte, a okresowo co trzecie aborygeńskie dziecko. Z tych, które trafiły do sierocińca, co dziesiąte było wykorzystywane seksualnie; w rodzinach zastępczych - co piąte.

Droga do skruchy

Przeprosiny premiera wyrażają wolę przytłaczającej większości Australijczyków i zostały poparte przez prawie wszystkich posłów. Ale dochodzi do nich z opóźnieniem. Już w 1997 r. specjalna komisja przedstawiła parlamentowi raport, dokumentujący skutki polityki zainicjowanej przez Brytyjczyków w XIX w. i kontynuowanej przez rząd Australii od ogłoszenia niepodległości w 1901 r. aż do lat 70. Sugerowano też zadośćuczynienie: od pokajania się po rekompensaty. W tym duchu 10 lat temu parlamenty poszczególnych stanów Australii wystąpiły z przeprosinami; dołączył do nich australijski Kościół katolicki, uznając swój niechlubny wkład w "resocjalizację" aborygeńskich dzieci w należących doń sierocińcach.

Ale do rządowego mea culpa wtedy nie doszło. U władzy byli konserwatyści z Partii Liberalnej. Premier John Howard ograniczył się do wyrażenia żalu, ale odmówił przeprosin, zasłaniając się obawą przed lawiną roszczeń. Odrzucał też odpowiedzialność współczesnych za grzechy dawnych pokoleń. Nie pomogły demonstracje, marsz miliona ludzi w Sydney, presja medialna przy okazji olimpiady w 2000 r. ani doroczne "Dni Przeprosin".

Howard rządził do listopada 2007 r. Wówczas to zwycięski laburzysta Kevin Rudd zapowiedział, że zacznie kadencję od sprawy "skradzionych pokoleń". Najpierw zaprosił na inaugurację parlamentarnej kadencji Matildę House-Williams, przełożoną plemienia Ngambri-Ngunnawal. Przed laty temuż plemieniu władze skonfiskowały bez odszkodowania tereny, na których stanął parlament.

Rudd nie spełnił jednak wszystkich oczekiwań Aborygenów. W tekście przeprosin nie było słowa o ludobójstwie ani o rasistowskim charakterze "asymilacji". Rudd dał też do zrozumienia, że odszkodowania finansowe nie wchodzą w grę. Jego rząd twierdzi, że lepiej inwestować w niwelowanie różnic między standardem życia 450 tys. Aborygenów i reszty 21-milionowego społeczeństwa.

A różnice są porażające. Średnia życia Aborygenów jest o 17 lat niższa od reszty populacji. Dotykają ich w nieproporcjonalnie dużym stopniu problemy biedy, bezrobocia, kiepskiej edukacji, alkoholizmu, narkomanii, przestępczości, samobójstw. Można spytać, czy Aborygeni sami stoczyli się do tego dołu, czy zostali weń wrzuceni?

Aborygeńska "cepeliada"

Australijczycy dopiero od 10 lat zaczynają budzić się z moralnego uśpienia. Historie skradzionych pokoleń uświadomiły skalę rasizmu i niesprawiedliwości. Zresztą rasizm nie dotyczy wyłącznie przeszłości. Starczy poczytać raporty Amnesty International o przypadkach śmierci Aborygenów w policyjnych aresztach. Czym jest zaproszenie ich reprezentantki do parlamentu wobec faktu, że nie ma w nim ani jednego deputowanego-Aborygena?

Odmawiając odszkodowań, rząd naraża się na zarzut traktowania Aborygenów z góry. Jeśli akt przeprosin ma stanowić australijską "grubą kreskę", to bez drastycznego odwrotu od dotychczasowych praktyk może okazać się pustym gestem. Przykładem prawo do ziemi. Kolonizatorzy, a potem australijskie państwo, zakładali, że przed dotarciem Europejczyków Australia była krainą niczyją. Usuwali Aborygenów, nie licząc się ze skutkami odrywania ich od ziemi, z którą są w religijny sposób związani. Ich symbolika smarowania ciała gliną i ochrą zdradza związki głębsze od przywiązania do ziemi Reymontowskiego Boryny, obejmującego ją w śmiertelnym uścisku.

Promykiem nadziei dla zepchniętych do gett i slumsów tubylców było orzeczenie Sądu Najwyższego z 1992 r., kończące z fikcją ziemi niczyjej (terra nullius) i przyznające Aborygenom ograniczone prawa do ziemi przodków. Jednak siedem lat później rząd Howarda przeprowadził ustawę, która po raz drugi odebrała im te przywileje. Od tego czasu walczą o dostęp do odebranych ziem w sądowym błędnym kole.

Zamiast zamknąć ten problem, władze uprawiają aborygeńską "cepeliadę": umieszczają bumerangi i inne symbole rdzennej kultury w każdej turystycznej broszurze, godząc się jednocześnie na stopniową degenerację narodu.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 09/2008