Reklama

Popiół na sercu

Popiół na sercu

02.12.2019
Czyta się kilka minut
Studiując Zagładę, dowiedziałam się, że zło jest silniejsze od dobra. I że nie ma sposobu, żeby odmienić przeszłość; że zło, które się stało, jest nieodwracalne i zawsze wygrywa.
Prof. Barbara Engelking / fot. MACIEJ ZIENKIEWICZ DLA „TP”
B

Biedni Polacy patrzą na getto” – esej Jana Błońskiego opublikowany w 1987 r. w „Tygodniku Powszechnym” był jednym z impulsów, który spowodował, że temat Zagłady stał się tematem mojego życia. Szczególnie fragment o tym, że w stosunku do Zagłady trzeba „przestać się bronić, usprawiedliwiać, targować. Podkreślać, czego nie mogliśmy zrobić, za okupacji czy dawniej. Zrzucać winę na uwarunkowanie polityczne, społeczne, ekonomiczne. Powiedzieć najpierw: tak, jesteśmy winni”.

Spotkania

Dostać Medal Św. Jerzego to trochę tak, jakby umrzeć – wyróżnienie zmusza do podsumowania i zapytania, czy to nie koniec jakiejś drogi. Gdybym miała powiedzieć, dokąd zaprowadziło mnie zajmowanie się Zagładą, użyłabym słów psalmisty, mówiąc, że dzisiaj „moje posłanie jest między zmarłymi”. „Umieściłeś mnie w dole głębokim, w ciemnościach, w przepaści”.

Zajęcie się Zagładą wiązało się u mnie z rozmowami z ludźmi. Spotkania z Ocalałymi, rozmowy, które zaczęłam pracując w 1988 r. nad doktoratem, w pewien sposób zdeterminowały moje podejście i moje poszukiwania. Do dziś nie mogę odżałować, że zadawałam takie naiwne pytania, że jest tyle tematów, o które nie zapytałam, a które pojawiły się w ciągu ostatnich trzech dekad, i na które w tej chwili właściwie nie ma odpowiedzi – bo nie ma już kogo pytać.

Jednak to właśnie te spotkania spowodowały, że ludzkie doświadczenie w czasie Zagłady stało się moim najważniejszym tematem i najważniejszym pytaniem.

Od początku interesowało mnie, co takiego oni przeżyli. I czy ich doświadczenie jest jakimś punktem wyjścia do mądrości, do dojrzałości, do rozumienia lepiej – może więcej? Do zdobycia jakiejś wiedzy?

Zagładę postrzegamy czasem jako tajemniczą moc, numinosum, które ma w sobie coś zarówno przerażającego, jak i pociągającego. Obrasta ona znaczeniami, interpretacjami, a czasem banałami. Poszukujemy sensu w tym, co się wydarzyło, tylko po to, żeby odkryć, że nie ma w tym żadnego sensu. Może się wydawać, że studiowanie przez lata cudzego cierpienia skutkuje jedynie okresowym paraliżem, dreszczem, że okrucieństwo czasem staje się monotonne. A przyrost wiedzy nie zawsze oznacza kumulację rozumienia.

Cierpienie

Mam jednak poczucie, że te wszystkie lata, chociaż poszukuje się bezproduktywnie sensu, przynoszą rozmaite korzyści. Podsumowując, w obliczu „śmierci” związanej z otrzymaniem Medalu, pomyślałam o trzech rzeczach, które na dzisiaj wynikają dla mnie z zajmowania się doświadczeniem Zagłady.

Po pierwsze o tym, że treścią tego doświadczenia jest cierpienie. Nie jest ono wyrządzone przez zło naturalne, jak katastrofa, lecz spowodowane przez zło moralne, przez drugiego człowieka. Z miejsca, w którym podsumowuję swoją drogę, widzę dobrze to rozmaite i rozległe cierpienie. Ciche, niekrzyczące, i głośne, domagające się uwagi, potępiające i pobudzające do walki, indywidualne i zbiorowe. Widzę cierpienie fizyczne, psychiczne i duchowe. Cierpienie tymczasowe i wieczne.

W tym samodzielnie istniejącym cierpieniu najtrudniejszy może do zaakceptowania jest fakt, że okazuje się ono całkowicie bezużyteczne, że ten ból – bezcelowy i absurdalny – nie ma żadnego znaczenia. Niezależnie od tego, jak jest ogromny, i jak bardzo usiłuje mu się nadać sens. Emmanuel Lévinas powiedział, że dysproporcja między cierpieniem a jakąkolwiek teodyceą ukazała się w Auschwitz z oślepiającą jasnością. Według niego jedynym nienadaremnym cierpieniem jest współczucie, czyli udręka wywołana przez ból innych. Gdyż tylko nasza własna męka może być sensowna, tylko my możemy nadawać jej jakąkolwiek treść. I zdarza się, że cierpienie staje się dla człowieka źródłem mądrości. A może nawet czymś więcej. Lecz to zawsze pozostaje indywidualną tajemnicą.

Jeden z najbardziej enigmatycznych zapisków na ten temat, jaki znam, to wzmianka we wspomnieniach Jakoba Littnera, który wiele miesięcy ukrywał się w ciemnej piwnicy. Zanotował: „Mnie ta ciemność dała okazję, by bardziej zagłębić się w oceanie poznania. Wygnanie pod ziemię było dla mnie okresem płodnej kontemplacji”.

Zło i nadaremność istnienia

Studiując Zagładę, dowiedziałam się też, że zło jest silniejsze od dobra. I że nie ma sposobu, żeby odmienić przeszłość; że zło, które się stało, jest nieodwracalne i zawsze wygrywa. Że braterstwo, w tak opiewanej polskiej narracji o wojnie, nie dotyczyło i nadal nie dotyczy Żydów. Polacy, jako osoby indywidualne i jako zbiorowość, przysporzyli Żydom więcej cierpienia, niż okazali im braterstwa w bólu. Bohaterstwo, współczucie, solidarność i odwaga pojedynczych jednostek nie są w stanie przyćmić generalnego rozczarowania i zawodu, jaki sprawiliśmy Żydom.

Niczym nie da się przysłonić faktu, że w czasie Zagłady przysporzyliśmy Żydom cierpienia nie tylko donoszeniem, wydawaniem, ściganiem, podłością czy mordowaniem. Przysporzyliśmy im cierpienia także rozmaitymi „miękkimi” działaniami. Każdym głupim, nienawistnym komentarzem, odwróceniem wzroku, wykorzystaniem sytuacji, nieoddaniem rzeczy. Każdym upokorzeniem, stanięciem po stronie oprawcy, obojętnością, brakiem solidarności. Spowodowaliśmy, że ich cierpienie było większe, niż być musiało.

Badanie Zagłady uświadomiło mi również nadaremność istnienia. Tak skondensowaną i tak wyrazistą, tak jednoznaczną, że nie można jej lekceważyć. Zapisywaną w czasie okupacji na wiele sposobów.

Jednym z takich świadectw jest list, który Lutek Orenbach, 20-letni mieszkaniec getta w Tomaszowie Mazowieckim, pisał do swojej ukochanej. Napisał tak: „Ja jeszcze ciągle chcę wierzyć, że może jutro, pojutrze, za trzy dni, pobyt w tej śmierdzącej dziurze się skończy, że to tymczasem. I boję się tej chwili, że przyjdzie dzień i trzeba będzie sobie powiedzieć: niestety, mój panie, pan się pomylił, to wszystko jest na zawsze”.

O tym, jak bardzo to „na zawsze” zagnieżdża się w duszach i sercach ludzi, którzy przeżyli; jak bardzo, do końca życia, ściga ich to poczucie bezsensowności – mogą świadczyć słowa krakowskiego malarza Jonasza Sterna, który dotknął właściwie samego dna Zagłady (o ile Zagłada jest w ogóle stopniowalna). Dwukrotnie uniknął śmierci: raz wyskoczył z pociągu wiozącego lwowskich Żydów do Bełżca, a kilka tygodni później znalazł się w grupie, która została rozstrzelana, i po dziesięciu godzinach, które spędził pod trupami, wyszedł spod nich, lekko raniony zaledwie. W ostatnim wywiadzie, którego udzielił w 1988 r., powiedział zdanie, które ściga mnie od dłuższego czasu: „Przeżyłem, ale i tak się nie uratowałem”.

Obok pamięci – troska

Co dla mnie osobiście wynika z tego, czego dowiedziałam się o Zagładzie? Coś pomiędzy smutkiem a odpowiedzialnością. Coś, co Etty Hillesum odczuwała jako warstwę popiołu na sercu. Mam poczucie, że jeżeli ta warstwa popiołu staje się grubsza, to bardziej się rozumie, że nie ma nic bardziej ludzkiego niż cierpienie, że zło niszczy dobro, że ludzkie istnienie jest nadaremno. A towarzyszy temu poczucie bezsilności, ogromu żalu, niezgody na zło, które się wydarzyło, i na to, że nic nie mogę zrobić. Nie mogę nikogo ostrzec, uratować, nikogo przywrócić do życia. Pozostają więc tylko poczucie odpowiedzialności i troska, która z tego wynika.

Troska oznacza z jednej strony opiekę i dbałość, z drugiej niepokój i uwagę. Zawiera także element szacunku i jest bliska braterstwu. Przeciwstawiam troskę popularnej ostatnio pamięci, która jest historyczna, zamknięta, skoncentrowana na przeszłości. Troska jest żywa i aktualna. Należy do teraźniejszości.

Oprócz troski, do badania Zagłady potrzebna jest także cisza. Jest ona różnie rozumiana przez badaczy. Dla mnie oznacza akceptację obszaru niewiedzy. Odwołuje się to do tradycji apofatycznej, zakładającej niemożność poznania, a nawet obowiązek powstrzymania się od poznania. Jestem przy tym jak najdalsza od jakiegoś religijnego czy mistycznego podejścia do Zagłady. Chodzi raczej o przyzwolenie na tajemnice, których racjonalny umysł nie potrafi wyjaśnić, a które pozostają nie tyle nieracjonalne, co transracjonalne. Jak wszystkie najważniejsze ludzkie tajemnice, do których zaliczamy miłość, śmierć, cierpienie, Boga i nieskończoność.

Odpowiedzialność i troska mają też wymiar społeczny. Chociaż zarzuca nam się uprawianie pedagogiki wstydu, a my w rewanżu określamy obecną politykę historyczną Polski jako politykę bezwstydu, to w rzeczywistości, z naszego głębokiego zaangażowania w Zagładę wynika po prostu andragogika, czyli pedagogika dla dorosłych. ©

Prof. BARBARA ENGELKING jest psycholożką i socjolożką, szefową Centrum Badań nad Zagładą Żydów Instytutu Filozofii i Socjologii PAN oraz byłą przewodniczącą – nieistniejącej już – Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej. Wydała m.in. „Jest taki słoneczny dzień” i „Szanowny panie gistapo”, współautorka (z Jackiem Leociakiem) „Getta warszawskiego. Przewodnika po nieistniejącym mieście”.

Przemówienie wygłoszone 23 listopada podczas uroczystości wręczenia Medalu Św. Jerzego. Skróty, tytuł i śródtytuły od redakcji.


MEDAL ŚW. JERZEGO 2019

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]