Polityka zamiast prawdy

Sprawa kard. Groëra sprzed 25 lat to przykład nieprzejrzystego, nieudolnego i tragicznego w skutkach traktowania przestępstw seksualnych za pontyfikatu Jana Pawła II.

07.12.2020

Czyta się kilka minut

Watykan, Wielki Czwartek, 8 kwietnia 2004 r. / PATRICK HERTZOG / AFP / EAST NEWS
Watykan, Wielki Czwartek, 8 kwietnia 2004 r. / PATRICK HERTZOG / AFP / EAST NEWS

Historię teczki, którą kard. Ratzinger kazał odłożyć do archiwum, mówiąc do współpracowników, że „wygrała druga partia”, znają chyba wszyscy. Papież Franciszek opowiedział ją na zaimprowizowanej konferencji prasowej w samolocie, 5 lutego 2019 r., w drodze powrotnej z Abu Zabi. Przywołał ją ad hoc, jak wiele innych przykładów, którymi lubi ilustrować swoje myśli, a które nie zawsze w szczegółach odpowiadają faktom. Tym razem dodał, że chodziło „o dokumenty na temat pewnej organizacji zakonnej, w której panowało zepsucie seksualne i ekonomiczne”. Pewnie dlatego wszyscy połączyli jego opowieść ze sprawą Maciela Degollado, założyciela Legionistów Chrystusa, seksualnego przestępcy, przez lata bezkarnie gwałcącego dzieci i wykorzystującego kleryków. Wygląda na to, że wszyscy się pomylili.

Uderzająco podobnie brzmiącą historię opowiedział dziewięć lat wcześniej kard. Christoph Schönborn. W jego opowieści sprawa, o której losach zadecydowała „inna partia”, dotyczyła zarzutów wobec kard. Hansa Hermanna Groëra, byłego arcybiskupa Wiednia. W jej rozwiązanie Schönborn był osobiście zaangażowany. To historia, która jest dobitnym przykładem nieprzejrzystego, nieudolnego i tragicznego w skutkach traktowania przestępstw seksualnych za pontyfikatu Jana Pawła II. I która pozostawia więcej wątpliwości niż dwie pozostałe, dużo głośniejsze afery: Maciela Degollado i kard. Theodore’a McCarricka.

Ks. prof. Paul Zulehner, były dziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Wiedeńskiego, mówi w rozmowie z „Tygodnikiem Powszechnym” (zob. ­powszech.net/groer) jeszcze dosadniej: brak kary, a nawet formalnego dochodzenia wobec kard. Groëra to wyłączna odpowiedzialność Jana Pawła II. Wszyscy, którzy domagali się bardziej zdecydowanych działań, słyszeli z Watykanu jedną odpowiedź: nikt nie ma prawa osądzać kardynała, tylko sam papież.

Kardynalski anschluss

Historię Groëra opisaliśmy w „Tygodniku” w 2002 r. (zob. powszech.net/groer; wcześniejsze teksty – z lat ­1995-96 nie są dostępne w internecie). Przypomnijmy jej najważniejsze etapy. Urodzony w 1919 r., wyświęcony podczas wojny ks. Hans Groër został w 1946 r. prefektem (wychowawcą) i nauczycielem religii w prowadzonej przez diecezję wiedeńską szkole dla chłopców w Hollabrunn, miasteczku położonym 50 km na północ od stolicy Austrii. Był też opiekunem duchowym Legionów Maryi, organizacji zrzeszającej katolików świeckich, oraz duszpasterzem skautów. Ale bardziej dał się poznać dopiero dzięki pracy w sanktuarium w Maria Roggendorf, z którego uczynił znane centrum pielgrzymkowe. W 1974 r. wstąpił – wraz z grupą ok. 30 swoich „duchowych synów” – do zakonu benedyktynów. W opactwie w Göttweig, gdzie złożył śluby wieczyste i przyjął imię Hermann, spędzał jednak niewiele czasu, pochłonięty organizacją pracy sanktuarium i zakładaniem nowych klasztorów.

W 1986 r. został niespodziewanie mianowany arcybiskupem Wiednia po odchodzącym na emeryturę kard. Franzu Königu, który przez ponad 30 lat konsekwentnie realizował soborowe reformy, przez co uznawano go za liberała. Dwa lata później będzie już kardynałem.

W Watykanie ceniono organizacyjne zdolności Groëra, pobożność maryjną, konserwatywne poglądy i surowe obyczaje. Ks. Helmut Schüller, były uczeń Groëra, a później rzecznik ofiar seksualnej przemocy duchownych w diecezji wiedeńskiej, mówi „Tygodnikowi”, że Jan Paweł II widział w benedyktyńskim mnichu duszpasterza, który założył w Austrii popularne centrum pielgrzymkowe oraz doprowadził do stanu duchownego i życia zakonnego wiele młodych mężczyzn i kobiet. To imponowało papieżowi (cała rozmowa: zob. powszech.net/groer).

Gdy wiosną 1995 r. Groër pomstuje w liście pasterskim na moralny upadek austriackiego społeczeństwa, w sposób szczególny piętnując „grzech sodomii”, do redakcji popularnego tygodnika „Profil” zgłasza się Josef Hartmann, były uczeń z Hollabrunn, który opowiada o seksualnym wykorzystywaniu przez ówczesnego wychowawcę – aktualnie kardynała. Wybucha skandal.

Kardynał odrzuca oskarżenia mediów, porównując je do wkroczenia Wehr­machtu do Austrii w 1938 r. A potem milknie na trzy lata. Początkowo podobną linię obrony przyjmują inni biskupi, zrównując ataki na kardynała z nazistowską, antykościelną propagandą. Z czasem zmienią zdanie (przynajmniej część z nich).

Moralna pewność

Watykan zachowuje ostrożność. Z jednej strony już w kwietniu 1995 r. mianuje Christopha Schönborna koadiutorem (biskupem, który przejmie diecezję po ustąpieniu ordynariusza), z drugiej – jeszcze we wrześniu, na tydzień przed złożeniem przez kardynała dymisji – papież wysyła do austriackiego episkopatu list, w którym dziękuje obu kardynałom Wiednia – emerytowanemu Königowi i ustępującemu Groërowi – za „hojną i wierną posługę”. Napisze w nim także: „Musieliście ostatnio przejść surową próbę z powodu brutalnych ataków na dobre imię niektórych z was. Najpierw czcigodny arcybiskup Wiednia, a potem inni biskupi zostali publicznie oskarżeni, bez zważania nie tylko na kardynalską, ale także ludzką godność. (...) »Uderzę pasterza, a rozproszą się owce stada« (Mt 26, 31). Tymi słowami sam Chrystus przepowiedział ciosy, jakie musi ponieść zgromadzony wokół niego Kościół. (...) W przypadku Kościoła w Austrii chcę mieć nadzieję, że próba zniszczenia nie zakończy się sukcesem, ponieważ większość wiernych wie, jak docenić hojną pracę ich pasterzy, i nie pozwoli, aby chwasty podejrzenia, krytyki i niezgody zdominowały waszą społeczność”.

Emerytowany kardynał zostaje przeorem założonego przez siebie klasztoru w Maria Roggendorf. Ale jego nazwisko wraca na pierwsze strony gazet w styczniu 1998 r., gdy mnich Udo Fischer informuje, że był molestowany przez Groëra w benedyktyńskim klasztorze i że już w 1985 r. bezskutecznie informował opata o niegodziwym zachowaniu ojca Hermanna. Do Austrii przysłany zostaje wizytator apostolski, amerykański benedyktyn Marcel Rooney. Wyniki wizytacji nigdy nie zostały upublicznione. Czterech biskupów – w tym Schönborn – informuje konferencję episkopatu i Watykan, że mają „moralną pewność” co do prawdziwości zarzutów stawianych kardynałowi. Rzym zaleca Groërowi unikanie publicznych wystąpień i opuszczenie kraju – kardynał wyjeżdża do klasztoru cysterek w Goppeln pod Dreznem. Ale już jesienią wraca, by osiąść w innym, również przez siebie założonym klasztorze sióstr w Marienfeld. Umiera w 2003 r. W mowie pogrzebowej kard. Joachim Meisner z Kolonii porównuje go do Szymona z Cyreny, który pomagał nieść krzyż Chrystusowi.

Miłosierdzie i sprawiedliwość

Trudno się spodziewać, by Watykan szukał dziś odpowiedzi na pytanie, dlaczego po tak poważnych i uprawdopodobnionych zarzutach (wykorzystywanie seksualne nastolatków) Groëra nie tylko nie spotkała żadna kara, ale nawet nie wszczęto oficjalnego dochodzenia w jego sprawie. Raport, podobny jak przy aferze McCarricka, zapewne nie powstanie: Austriacy powoli zapominają o tamtych wydarzeniach, a papieża Franciszka tym razem nikt nie oskarża (jak w sprawie amerykańskiej) o zaniedbania. Nikomu w Watykanie nie zależy też na wysuwaniu oskarżeń pod adresem Jana Pawła II, który – jak się wydaje – niemal do końca darzył Groëra szacunkiem i sympatią.

Wyrazem takiej życzliwości było choćby imienne podziękowanie mu podczas wizyty papieża w Austrii w czerwcu 1998 r. (trzy lata po ustąpieniu kardynała z urzędu i w czasie jego „zesłania” do Niemiec). Mimo usilnych zabiegów Schönborna Jan Paweł II nie odstąpił od przygotowanego przez nuncjusza dopisku do przemówienia, wygłoszonego do biskupów w czasie obiadu kończącego pielgrzymkę. Udało się jedynie usunąć ten fragment z wersji przekazanej mediom.


Czytaj także: Nie przebiliśmy się - rozmowa z ks. Helmutem Schüllerem


Kilka miesięcy wcześniej, tuż po zakończonej wizytacji kanonicznej w Austrii, papież przyjął Groëra na prywatnej audiencji. Zaprosił go też na konsystorz, podczas którego kardynalski biret dostawał Schönborn, zmuszony w ten sposób do pocałowania ręki Groëra, od którego przyjmował kiedyś święcenia biskupie.

Milczenie oskarżanego kardynała (dopiero po trzech latach w mało przekonujący sposób poprosił o wybaczenie, choć bez przyznania się do winy) oraz papieska życzliwość pozwalają postawić hipotezę, że Jan Paweł II mógł znać grzechy Groëra, ale uznał jego dalsze gorliwe i pobożne życie, a zwłaszcza wstąpienie do zakonu, za wystarczającą pokutę. W świetle obowiązujących przepisów przestępstwo się przedawniło. Została wina moralna, a to problem, z którym Kościół świetnie potrafi sobie radzić. Z perspektywy instytucji, która ma własne prawo (a jego naczelną zasadą jest zbawienie dusz) oraz doktrynę o przebaczeniu, zachowanie papieża da się zrozumieć. Z punktu widzenia osób pokrzywdzonych, którym należy się sprawiedliwość i zadośćuczynienie, albo z perspektywy wspólnoty wiernych, oczekujących od swoich pasterzy wiarygodności i prawdy – jest to już nie do pojęcia.

Dodajmy też, że otwarte stawianie zarzutów kardynałowi nie mieściło się w ówczesnych schematach kościelnego postępowania (formalnie stało się to możliwe dopiero w 2016 r., po ogłoszeniu przez Franciszka motu proprio „Come una madre amorevole”). Działania czterech biskupów domagających się powołania komisji do wyjaśnienia oskarżeń były traktowane niemal jak schizma: po ich komunikacie o moralnej pewności co do prawdomówności ofiar zostali przez Watykan wezwani do pojednania się „ze swoim bratem, emerytowanym arcybiskupem Wiednia”.

Biskupie balanse

Ks. Zulehner mówi dziś „Tygodnikowi”, że klęska Groëra zagrażała całej polityce personalnej Watykanu wobec Austrii. W 1985 r. były nuncjusz w Wiedniu, bp Mario Cagna, przygotował raport, bardzo krytyczny wobec kard. Königa. W Watykanie panowało przeświadczenie, że biskupi austriaccy wymknęli się spod kontroli, nastąpiła niepożądana demokratyzacja Kościoła oraz sekularyzacja wspólnoty. Słowa wiedeńskiego profesora potwierdza nam anonimowo jeden z wysokich urzędników Watykanu, który zauważa, że nominacje biskupie lat 80. miały na celu odwrócenie liberalnych tendencji w wielu episkopatach. – W małych krajach, takich jak Austria czy Holandia, wystarczyło mianować trzech-czterech nowych konserwatywnych biskupów, by Kościół wrócił na obrany przez Watykan kurs. W sprawach Austrii – mówi nasz rozmówca – bliskim doradcą Jana Pawła II był kard. Alfons Stickler, papieski archiwista i bibliotekarz (wbrew pozorom to w kurii rzymskiej ważna i zaszczytna funkcja), wybitny legalista, z którego pomocy Jan Paweł II korzystał najpierw przy tworzeniu nowego kodeksu prawa kanonicznego, potem przy reformie kurii rzymskiej.


Czytaj także: Polityczno-kościelne skutki sprawy Groëra - rozmowa z ks. Paulem M. Zulehnerem


Ks. Zulehner uważa podobnie, dodając jeszcze, że zwolenników przetasowania sił w austriackim Kościele było o wiele więcej. Oprócz Sticklera do ostrych krytyków Königa należał kard. Achille Silvestrini, prefekt Kongregacji ds. Nadzwyczajnych, oraz bp Marian Jaworski, przyszły kardynał, przyjaciel papieża, zaangażowany w sprawy austriackie i mający wiele kontaktów w tym kraju. Na obsadę biskupich stolic próbowała też wpływać austriacka arystokracja i politycy chrześcijańskiej demokracji, krytyczni wobec kard. Königa, który nie wspierał ich tak, jak by chcieli, i na równi z nimi traktował socjaldemokrację – największego politycznego rywala chadeków. Oczekiwali, że kard. Stickler odwdzięczy się za hojne datki na remont watykańskiej biblioteki, wspierając odpowiednich kandydatów na biskupstwo.

Wszystko wskazuje, że właśnie w taki sposób biskupem został Groër i kilku innych księży stojących w opozycji do kard. Königa. Nasz rozmówca w Watykanie mówi, że do archidiecezji wiedeńskiej szykowany był ks. Kurt Krenn, przyjaciel bp. Jaworskiego i Polaków. Jego awansowi miał sprzeciwić się Joseph Ratzinger, który Krenna znał jeszcze z czasów wspólnej pracy na uniwersytecie w Ratyzbonie. Kandydatura upadła, ale nie na długo – Krenn został biskupem rok później, a w przyszłości również i on będzie musiał odejść po pedopornograficznym skandalu w jego seminarium duchownym.

W 1986 r. na arcybiskupstwo wiedeńskie mianowano więc benedyktyńskiego mnicha, którego życiorys zrobił na papieżu dobre wrażenie. Była to propozycja zaskakująca i – jak pokazała przyszłość – nie do końca sprawdzona (opat z Gött­weig, do którego już rok wcześniej trafiła skarga na zachowanie Groëra, przyznał po latach, że nikt nawet nie prosił go o zaopiniowanie podwładnego).

Papieski błąd

Wróćmy do kard. Schönborna i jego opowieści o zwycięstwie „drugiej partii”, prawdopodobnie powtórzonej później, z niewielkimi zmianami, przez Franciszka. 28 marca 2010 r. w austriackiej telewizji publicznej kardynał opowiedział historię z 1995 r., gdy Benedykt XVI, wtedy kardynał i prefekt Kongregacji Nauki Wiary, domagał się powołania komisji dochodzeniowej w sprawie Groëra: „Ratzinger powiedział mi wtedy ze smutkiem – wspominał Schönborn – że zwyciężyła inna partia”.

Wszystko wskazuje, że takich starć – z jednej strony Ratzinger i Schönborn, z drugiej zwolennicy dyskretnych rozwiązań – było więcej. Jedno z nich opisują w książce „Dzień sądu” Gianni ­Valente i Andrea Tornielli (dziś dyrektor watykańskich mediów). Odbyło się 18 maja 1998 r., w dniu 78. urodzin Jana Pawła II:

„Przy stole zasiadają kardynałowie Angelo Sodano, Joseph Ratzinger, Joachim Meisner, Christoph Schönborn i nuncjusz w Austrii, arcybiskup Donato ­Squicciarini. Podczas obiadu rozważa się pomysł wydania ogólnikowej deklaracji zamiast prawdziwego rozpoznania sprawy Groëra. Ostatecznie kończy się na niczym. Właśnie podczas tego obiadu dochodzi do starcia między Sodanem i Schönbornem. Kardynał Ratzinger, choć nie zgadza się we wszystkim z opinią arcybiskupa Wiednia, staje po jego stronie”.

Dla wszystkich – pewnie włącznie z papieżem – stało się już jasne, że mianowanie Groëra biskupem i kardynałem było błędem. Zdawano sobie sprawę z tragicznych konsekwencji, do jakich ten błąd doprowadził: w Austrii następowały masowe odejścia z Kościoła, rósł w siłę ruch Wir sind Kirche, który zebrał podpisy pół miliona wiernych domagających się poważnych reform nie tylko administracyjnych, ale także w zakresie nauczania. Mimo to formalne dochodzenie w sprawie kardynała (które mogło skończyć się przeniesieniem do stanu świeckiego, skoro zarzuty dotyczyły m.in. nakłaniania wykorzystywanych seksualnie osób do spowiedzi u swego oprawcy) nie mieściło się w głowie kard. Sodano i jego sojuszników. Szukali rozwiązania „dyplomatycznego” – dyskretnego wycofania Groëra z życia publicznego, odesłania go do klasztoru, wyciszenia sprawy i zrzucenia winy na media.

Kosztowne rozwiązanie

Jan Paweł II wiedział, jakie zarzuty ciążą na Groërze. Otrzymał jasne i wyczerpujące informacje. Być może nie uwierzył w nie. Jeśli jednak w przypadku kard. McCarricka czterech biskupów świadczyło na korzyść hierarchy (co dziś wykorzystuje się do umniejszania odpowiedzialności papieża), tym razem czterech biskupów, różnych orientacji – od liberalnych po mocno konserwatywnych – informowało papieża o wiarygodności oskarżeń. Trudno uznać to za atak na Kościół i spisek złych mocy.

Za dwa lata Jan Paweł II będzie prosił o przebaczenie za każde zło wyrządzone przez katolików w dawnych i obecnych czasach. Za cztery – powie do biskupów amerykańskich, że „nie ma miejsca w stanie kapłańskim i życiu zakonnym dla tych, którzy krzywdzą nieletnich”. Jednak na razie dla jednego z nich – kard. Groëra – okazuje się tak miłosierny, że aż pobłażliwy. Wybiera rozwiązanie, które miało zminimalizować straty wizerunkowe, kosztem prawa poszkodowanych do prawdy i zadośćuczynienia. Na pewno był przekonany, że kieruje się dobrem Kościoła. Choć dziś widzimy to zupełnie inaczej.

Po aferze austriackiej przyszły kolejne – choćby Maciela Degollado i Theodore’a McCarricka. Trudno w tej sytuacji szukać dla papieskich działań (lub niepodjętych przez niego decyzji) usprawiedliwienia, mówiąc – jak niektórzy – o jego ufności i łatwowierności. Przypadek Groëra powinien być ostrzeżeniem, że nie ma osób – bez względu na stanowisko czy zasługi – których można być absolutnie pewnym. Że błędne decyzje wpisane są w ryzyko pracy każdego, nawet najbardziej świętego, jeśli zarządza tak olbrzymią i scentralizowaną instytucją. Że każdy zarzut należy uczciwie wyjaśnić – w trosce o dobre imię tak oskarżającego, jak oskarżanego. I że zasadę, którą po tylekroć się powtarzało – „prawda nas wyzwoli” – trzeba najzwyczajniej w świecie wprowadzać w życie. ©℗ 

Współpraca: Wojciech Pięciak

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”, akredytowany przy Sala Stampa Stolicy Apostolskiej. Absolwent teatrologii UJ, studiował też historię i kulturę Włoch w ramach stypendium  konsorcjum ICoN, zrzeszającego największe włoskie uniwersytety. Autor i… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 50/2020