Było wiadomo, że jest prawie pół na pół. Dlatego nie do uniknięcia była sytuacja, że kiedy jedni świętowali wybór swojego kandydata, drudzy – niemal równa połowa, kilkaset tysięcy głosujących mniej – byli wściekli, rozżaleni lub co najmniej smutni, że ich kandydat nie zwyciężył. Rafał Trzaskowski, gdy jeszcze sądził po ogłoszeniu pierwszych wyników sondażowych, że wygrał wybory, zadeklarował, że będzie „prezydentem wszystkich Polek i Polaków”, i powiedział, że „pierwszym i najważniejszym zadaniem prezydenta będzie wyciągnięcie ręki do tych wszystkich, którzy na niego nie zagłosowali”.
Karol Nawrocki zaczął od cytatu z… Drugiej Księgi Kronik: „jeśli upokorzy się mój lud, nad którym zostało wezwane moje Imię, i będą błagać, i będą szukać mego oblicza, a odwrócą się od swoich złych dróg, Ja z nieba wysłucham i przebaczę im grzechy, a kraj ich ocalę” (2 Krn 7, 14). Czy te złe drogi to głosowanie nie na niego? Jak wyobraża sobie to upokorzenie się? I czy on, zdeklarowany katolik, nie czuje niestosowności upolityczniania Biblii? W przemowie podczas wieczoru wyborczego Nawrocki miano patriotów zarezerwował tylko dla swoich wyborców, deklaracja „poskładania na pół pękniętej Polski” padła jakby mimochodem, ale teraz czeka go bycie prezydentem przepołowionego społeczeństwa. A to nie jest łatwe, o czym niebawem się przekona.
Jedna strona musi się pogodzić z wynikiem głosowania, bo taka była demokratyczna decyzja społeczeństwa. Nawet gdyby werdykt wyborców był odwrotny, nie byłoby ani łatwiej, ani sympatyczniej. Trudno bowiem sobie wyobrazić nasze społeczeństwo nagle pojednane w imię samej (niewielkiej) większości. Dlatego tak intrygujące będzie postępowanie nowego prezydenta.
Powiedzmy szczerze: jego pole władzy jest dość ograniczone. Nie jest on jednak tylko elementem dekoracyjnym. Reprezentuje Polskę i w Polsce też rządzi, a uprawnienia ma dość konkretne. Powiedzmy też wyraźnie, że nawet gdyby zadeklarował gotowość rozmowy ze wszystkimi, to nie wszyscy do takiego dialogu i współpracy by się garnęli.
Wybory zamykają jakiś okres naszej historii. Otwierający się etap stawia nade wszystko – naiwne? – pytanie, czy będziemy w stanie dojść do porozumienia. Oczywiście, żaden kandydat nigdy nie jest idealny. Wielu Polaków głosuje albo kierując się rozsądkiem („mniejsze zło”), albo chęcią utrącenia tego drugiego, bez wnikliwego rozsądzania, który jest lepszy. Na pewno jednak wrogi podział nie jest dobry.
Kładziono nam w głowę, że w tych wyborach zawarta jest jakaś wizja przyszłości. Pewnie jakaś jest, ale bez przesady, wybory ukazują za to, jak jesteśmy podzieleni. Uśmierzenie tego wrogiego podziału jest sprawą najpilniejszą. Albo powiem realistycznie: choćby osłabienie emocji. Czymś innym bowiem jest różnić się, a czym innym – być wrogiem. Wybory prezydenta sporu bynajmniej nie zamknęły, raczej go uwypukliły. Przyszłość, jeśli nawet nie jest czystą kartą, jest przestrzenią do zagospodarowania.
Mamy prezydenta, jakiego wybrała (niewielka) większość. Teraz najpilniejsze jest pytanie, czy okaże się człowiekiem potrafiącym też łączyć różnych ludzi, czy się nie okaże.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















