Reklama

Platforma bez Tuska nie potrafi przekonać Polaków

Platforma bez Tuska nie potrafi przekonać Polaków

15.06.2015
Czyta się kilka minut
Ewa Kopacz nie jest Donaldem Tuskiem. Ma kłopoty z poradzeniem sobie z sytuacjami, z którymi Tusk poradziłby sobie pewnie lepiej.
Premier Ewa Kopacz po ogłoszeniu dymisji w rządzie. Warszawa, 10 czerwca 2015 r. Fot. Stanisław Kowalczuk / EAST NEWS
J

Jednak jej kłopoty są w zdecydowanej większości efektem stylu działania samego premiera Tuska. Kluczowa jest tu oczywiście afera podsłuchowa, która z jednej strony pokazała naturę relacji wewnątrz polskiej polityki, lecz w największym stopniu wewnątrz samej rządzącej partii. Ujawniła atmosferę, w której – jak to ujął minister skarbu nagrany na taśmie – wszystkie chwyty są dozwolone. To, że ktoś tak myśli, sporo o nim mówi. Najwięcej mówi jednak wtedy, gdy te chwyty są nieskuteczne.

Wieloletnie doświadczenie polityczne premiera Tuska miało jeden wielokrotnie podkreślany efekt – skuteczność w usuwaniu osób zagrażających jego przywództwu. Odbywało się to bez teatralnych gestów Jarosława Kaczyńskiego, ale z brutalną skutecznością. Również i ta umiejętność doprowadziła go do roli niekwestionowanego lidera Platformy Obywatelskiej. Potrafił usunąć przeciwników w sposób naturalny i bezproblemowy. Odejście wszystkich czołowych postaci z partii od jej początków odbywało się podobnie: szef partii wyczekiwał dogodnego pretekstu. Tusk łączył twarde zamiary z wdziękiem w ich realizacji i nadzwyczajnymi zdolnościami komunikacyjnymi.

Przeforsowywanie swojej woli w przypadku programowych przedsięwzięć nie szło mu już tak łatwo. Pomimo tego kilka takich spraw się udało – na czele z reformami emerytalnymi – od zmiany wieku emerytalnego do okrojenia OFE. Tym niemniej wszystko, co w przypadku przywództwa Donalda Tuska mogło być irytujące, w wykonaniu reszty ekipy robiło już wrażenie wyłącznie złe.
Upublicznienie rozmów przy ośmiorniczkach pokazało nie tylko bulwersujący obraz obyczajowy, ale też wiele sytuacji o potencjalnie dużym ciężarze prawnym. Natomiast natura współczesnych mediów sprawiła, iż sprawy menu, języka i cennika przemawiały znacznie bardziej do wyobraźni niż problemy, które podpadają pod szczegółowe paragrafy. To – wraz ze słabością opozycji, która we wcześniejszych latach tak często oskarżała rządzących o demoralizację, że już nie miała narzędzi, by podkreślić wyjątkowość tej sytuacji – pozwoliło Platformie przeżyć zeszłoroczną odsłonę afery bez widocznych szkód.

Zrodziło to przekonanie, że zawsze jakoś się uda. Że każdy problem da się przeczekać i zagadać. Stąd po zeszłorocznej aferze taśmowej, w zasadzie poza jednoznaczną sprawą Sławomira Nowaka oraz miękko lądującymi na nowych stanowiskach Radosławem Sikorskim i Bartłomiejem Sienkiewiczem, reszta osób została na swoich miejscach. I Ewa Kopacz została z ekipą, która dalej żyła w przekonaniu o swojej bezkarności. To poczucie utwierdziły wyniki wyborów samorządowych – pomimo symbolicznego zwycięstwa PiS, PO z PSL zachowały władzę w większości województw.

Jednak takie przekonanie zupełnie zachwiało się po zaskakujących wynikach pierwszej tury wyborów prezydenckich. Zostało to spotęgowane najpierw kolejną nagraną rozmową – między wicepremier Elżbietą Bieńkowską a szefem CBA Pawłem Wojtunikiem. W niej również wątki o różnym ciężarze gatunkowym były przemieszane, lecz tym razem każdy mógł już wyciągnąć z nich coś, co stawiało mu włosy na głowie. Po porażce w drugiej turze rozpoczął się już festiwal niezręczności i potknięć. Deprymujące było przerzucanie odpowiedzialności pomiędzy Platformą Obywatelską jako partią i rządem a prezydentem Komorowskim, jego sztabem i Kancelarią. Po takiej przygrywce zupełnie inaczej zabrzmiał nowy głośny akord – opublikowanie w sieci kompletu dokumentów, który został udostępniony samym oskarżonym dzięki jakiejś zupełnie niezrozumiałej z prawnego punktu widzenia interpretacji przepisów dotyczących dostępu do akt śledztwa.
Sprawa nabrała już takiej wagi, że dojrzała do decyzji szybszych i głębszych niż te, które zwykle w takiej sytuacji podejmował Donald Tusk. Tyle tylko, że decyzje te nie były przemyślane i kompletne. Do tego przedstawiono je w sposób odbiegający od komunikacyjnych kompetencji byłego premiera. Uzasadnienie decyzji było daleko nieczytelne, a sami odwołani przedstawieni jako „ofiary podsłuchów”, jak gdyby problemem było nie to, co mówili, a to, że zostało to ujawnione. Nie powiedziano, co zrobili złego, lecz podkreślono, że „wykazali się odpowiedzialnością za państwo”. Bo sami złożyli rezygnacje? Przecież nawet gdyby się tak nie „wykazali”, to premier mogła ich odwołać z dnia na dzień, bez pytania. Nie zostały przedstawione kandydatury osób, które miałyby zastąpić odwołanych ministrów. Niedoprecyzowane przeprosiny zaadresowano wyłącznie do zawiedzionych wyborców Platformy Obywatelskiej, tak jakby całej reszcie ta sytuacja była obojętna. I wreszcie sam sposób mówienia: to, że pani premier nie była w stanie przedstawić trzyipółminutowego stanowiska bez przerzucania kartek, że robiła to głosem łamiącym się i ze słabo udawaną twardością.

Być może zeszłoroczny zamiar Ewy Kopacz, by zakończyć wojnę podjazdową pomiędzy frakcjami, by budować zwarte ugrupowanie skoncentrowane na realizacji programu, by doprowadzić do rozstrzygnięć w kwestiach czekających już przez dwie kadencje, był obiecujący. Był czymś, co mógł zrobić Donald Tusk o wiele wcześniej, tylko jakoś nie miał do tego głowy. Lecz zeszłoroczne zaniechania – a pewnie nawet i te jeszcze bardziej zleżałe – sprawiły, że poprzeczka wisi dzisiaj naprawdę wysoko. W tak trudnych okolicznościach dała o sobie znać osobista słabość komunikacyjna i kłopoty z samodzielnym rozstrzygnięciem problemów średniego zasięgu – strategii na trzy miesiące. Dlatego nie może dziwić, że kroki te nie wywołały głębszej ulgi nawet wśród najwierniejszych zwolenników obozu rządzącego. Problem, przed którym stanęła Platforma, okazał się znacznie głębszy, niż się wydawało wtedy, gdy Donald Tusk przenosił się do Brukseli. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Socjolog, publicysta, komentator polityczny, bloger („Zygzaki władzy”). Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Pracuje na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]