Pitcairn: wyspa buntowników z „Bounty”, dziś ostatni okruch imperium

Pitcairn to jedna z najbardziej izolowanych wysp świata. Legenda buntu na „Bounty” i mit raju, gdzie można zacząć na nowo, zderzają się tu z historią kolonializmu.
Czyta się kilka minut
Wyspa Pitcairn // robertharding / Alamy / BE&W
Wyspa Pitcairn // robertharding / Alamy / BE&W

Na cyfrowej mapie świata to tylko kropka pośrodku oceanu. Trzeba długo przesuwać ekran od Europy i wielokrotnie powiększać widok, żeby znaleźć ją na południowym Pacyfiku – wysepkę Pitcairn. Na zwykłych mapach pojawia się dopiero, gdy już wiemy, czego szukać.

A naprawdę jest czego szukać. Dziś na tej kropce, wielkości 47 km2, żyje kilkadziesiąt osób; w ostatnich latach ich liczba wahała się między trzydziestoma a pięćdziesięcioma. Prawie wszyscy noszą te same nazwiska i są potomkami tej samej grupy: buntowników z brytyjskiego okrętu „Bounty” oraz Tahitanek i Tahitańczyków, którzy przypłynęli na wyspę wraz z nimi pod koniec XVIII w.

Nie ma tu lotniska ani portu, do którego mógłby zawinąć większy statek. Nie ma nawet dogodnej plaży, na którą można by bez wysiłku zejść z łodzi. Pitcairn to prawdopodobnie najmniej liczna wspólnota na świecie, która rządzi się niemal jak osobne państwo – i jest jednym z ostatnich śladów brytyjskiego imperium na Pacyfiku.

Jak dotrzeć na wyspę Pitcairn

Jak dotrzeć na tę wyspę? Dolecieć się nie da, jedynie dopłynąć. Przy czym podróż prowadzi zwykle przez Polinezję Francuską: najpierw na Tahiti, potem na Mangarevę, a stamtąd statkiem przez setki kilometrów otwartego oceanu.

Nie kursuje regularny prom – zaopatrzenie i nielicznych pasażerów przywozi statek, który przypływa co kilka miesięcy. Od burty przejmuje ich długa otwarta łódź, którą mieszkańcy wprowadzają następnie do małej Zatoki Bounty. Stamtąd do osady prowadzi stroma droga; wyspiarze nazwali to miejsce Wzgórzem Trudności.

Każde zejście na ląd zależy od pogody, fal i doświadczenia tych, którzy znają zatokę najlepiej. 

Kto czyta praktyczne instrukcje dla podróżnych, szybko dostrzega, że „dalekość” Pitcairn nie jest metaforą, lecz konkretnym problemem logistycznym: rozkładem jednego statku, liczbą miejsc na pokładzie, warunkami na oceanie i decyzjami podejmowanymi daleko.

Buntownicy z „Bounty”

Reszta świata, jeśli w ogóle słyszała o Pitcairn, to głównie ze względu na jedno konkretne wydarzenie, obrosłe legendą i popkulturą.

W 1789 r. na brytyjskim okręcie „Bounty”, wracającym z Tahiti, doszło do chyba najsłynniejszego buntu w historii żeglugi. Część załogi, pod wodzą Fletchera Christiana, wsadziła kapitana Williama Bligha wraz z lojalnymi wobec niego marynarzami na szalupę, po czym wyruszyła w drogę. Zabrali ze sobą kilkanaścioro mieszkańców Tahiti i pobliskich wysp.

Buntownicy i Tahitańczycy dotarli w końcu do samotnej, niezamieszkanej wtedy wyspy – do Pitcairn. Swój statek spalili w przybrzeżnej zatoce (pieczętując nieodwracalność decyzji o buncie; groziła za niego kara śmierci) i na prawie 20 lat zniknęli z pola widzenia Europy.

Gdy europejskie statki, żeglujące po Pacyfiku, natrafiły w końcu na osadę na Pitcairn, większość mężczyzn już nie żyła. Okazało się, że pierwsze lata istnienia tutejszej wspólnoty były naznaczone krwawą przemocą. Z grupy buntowników przeżył tylko jeden.

Dzisiejsi mieszkańcy wyspy są, jak powiedziano, potomkami tamtej społeczności: buntowników z „Bounty” oraz kobiet i mężczyzn zabranych z Tahiti i innych wysp Polinezji.

Pitcairn: mit odległego raju

Ta historia miała wszystko, czego trzeba do narodzin mitu: morze, bunt, ucieczkę, przemoc, tajemnicę i osadę ukrytą przed światem. Powieści, XIX-wieczne broszury misyjne, a później hollywoodzkie filmy –  „Bunt na Bounty” z 1935 r. (z Clarkiem Gable’em), a potem z Marlonem Brando w roli Christiana z 1962 r., pod takim samym tytułem – utrwalały obraz Pitcairn jako odległego raju. Miejsca, gdzie można zacząć od nowa, uciec od cywilizacji.

Ten motyw „nieskażonego raju” wracał szczególnie często: wyspę miała zamieszkiwać prosta, moralnie wzorowa wspólnota, odcięta od zepsucia nowoczesnego świata. W XIX-wiecznych opowieściach misyjnych Pitcairn stawało się biblijną przypowieścią: tutaj właśnie, z buntu, grzechu i chaosu, miał narodzić się chrześcijański porządek.

Marlon Brandow w filmie „Bunt na Bounty”, reż. Carol Reed, Lewis Milestone, 1962 r. // MGM / Ronald Grant Archive / Mary Evans / BE&W

Religia była też sposobem, w jaki brytyjskie i amerykańskie imperia opowiadały o sobie: o nawróceniu, postępie i własnej opiekuńczej roli. Problem w tym, że takie opowieści rzadko są niewinne. Łatwo było w nich pominąć przemoc, rasizm i zależność, wpisane w początki osady. A także zapomnieć o Polinezyjkach i Polinezyjczykach, których obecność zbyt często była tylko tłem dla brytyjskiej legendy.

Faktem jest jednak, że religijny charakter tej wspólnoty nie był wyłącznie XIX-wieczną legendą. Pod koniec XIX w. Pitcairn znalazło się pod wpływem Adwentystów Dnia Siódmego (a sobota, zgodnie z ich rozumieniem szabatu, stała się tu dniem odpoczynku i modlitwy).

Najmniejsza stolica świata

Dziś życie skupia się na wyspie w jednej miejscowości, Adamstown, która jest jednocześnie najmniejszą „stolicą” na świecie.

Mieszkańcy poruszają się głównie quadami po wąskich, częściowo nieutwardzonych drogach. Prąd, jak powiedział mi jeden z byłych burmistrzów wyspy, pochodzi dziś w całości ze źródeł odnawialnych (gdy jeszcze niedawno dostarczał go generator, działający tylko przez część doby). W tak małej społeczności prawie każdy pełni kilka funkcji naraz: ta sama osoba może być urzędnikiem, sklepikarzem, sternikiem łodzi zaopatrzeniowej i strażakiem.

Adamstown na wyspie Pitcairn, najmniejsza stolica świata // robertharding / Alamy / BE&W

Formalnie rzecz biorąc, Pitcairn jest dziś brytyjskim terytorium zamorskim. Cały ten obszar obejmuje cztery wyspy: Pitcairn, Henderson, Ducie i Oeno, ale tylko pierwsza jest zamieszkana. Administracyjne centrum znajduje się nie na wyspie, lecz tysiące kilometrów dalej – w Auckland, w Nowej Zelandii (ta należy wszak do Brytyjskiej Wspólnoty Narodów).

Zależność ta ma praktyczny wymiar: prawo, budżet, transport, bezpieczeństwo i administracja są pochodną decyzji podejmowanych gdzie indziej.

Procesy, które zburzyły rajski mit

Jak konkretny może być ten związek z Londynem, pokazały wydarzenia sprzed 20 lat. 

W 2004 r. przed brytyjskim sądem stanęło kilku mieszkańców Pitcairn, w tym mężczyźni pełniący na wyspie ważne funkcje, oskarżeni o przestępstwa seksualne popełniane przez lata, w wielu przypadkach wobec nieletnich. W społeczności liczącej kilkadziesiąt osób oskarżeni stanowili sporą część dorosłych mężczyzn.

Na wyspę trzeba było sprowadzić sędziów i prawników, a nawet zbudować prowizoryczny areszt. Obrona twierdziła, że brytyjskie prawo nie powinno tu obowiązywać. Sąd uznał inaczej i zapadły wyroki skazujące.

Gdy rozmawiałem z jednym z urzędników odpowiedzialnych za administrację Pitcairn, uderzyło mnie, jak silnie historia procesów z 2004 r. wciąż wpływa na codzienne życie wyspy. Mój rozmówca mówił nie tylko o prawie, ale też o nieufności części mieszkańców wobec brytyjskich władz, narastającej po tych procesach.

Z zewnątrz łatwo przedstawić te wydarzenia jako historię państwa prawa, które po latach milczenia wreszcie zareagowało. Z bliska obraz jest bardziej skomplikowany. Sprawiedliwość była konieczna, ale przyszła z rąk tego samego imperium, które przez dekady współtworzyło mit nieskażonej wyspy, a potem musiało zmierzyć się z tym, co ten mit pomagał ukrywać. Raj, który wymaga milczenia ofiar, przestaje być rajem.

Izolacja w epoce internetu

Dziś brytyjska obecność wokół Pitcairn coraz częściej opisywana jest innym językiem. Mowa jest w nim o ochronie oceanów, bioróżnorodności i wielkich rezerwatach morskich.

Nie znaczy to, że ochrona przyrody jest tutaj pustym hasłem. Wody wokół wyspy należą do najcenniejszych ekosystemów Pacyfiku. Warto jednak zapytać, co dzieje się z polityką ochrony przyrody, gdy staje się ona także opowieścią o prestiżu państwa.

Odległe terytoria łatwo pokazać jako dowód ekologicznej odpowiedzialności. Im dalej od metropolii, tym łatwiej objąć ochroną ogromny obszar oceanu i mówić o nim jako o ekologicznym sukcesie. Trudniej odpowiedzieć na pytanie, co takie decyzje oznaczają dla ludzi tu żyjących: dla ich pracy, przyszłości i poczucia, że mają wpływ na własne życie.

To właśnie demografia od lat jest największym problemem Pitcairn. Mieszkańcy się starzeją, młodzi wyjeżdżają. Wyspa próbuje przyciągnąć nowych osadników, reklamując się jako miejsce dla ludzi gotowych żyć z dala od zgiełku świata. 

Internet i łączność satelitarna sprawiły, że nie jest to już całkowita izolacja – można prowadzić korespondencję, sprzedawać lokalne wyroby i pokazywać wyspę w mediach społecznościowych. Łączność nie likwiduje jednak geograficznej odległości. Nie zastąpi szpitala, szkoły pełnej dzieci, regularnego transportu ani rynku pracy.

Soczewka globalnych napięć 

Turystyka jest więc dla wyspy i szansą, i paradoksem. Pitcairn potrzebuje turystów, ale to, co najbardziej przyciąga wyobraźnię podróżnych, wynika właśnie z faktu, że prawie nikt nie może tam dotrzeć.

Nieliczne statki wycieczkowe, jachty i garstka podróżnych wspierają lokalną gospodarkę – mieszkańcy sprzedają rękodzieło, pamiątki, noclegi i miód (ponoć uwielbiała go królowa Elżbieta II). Do tego dochodzą źródła dochodu, których nie widać z pokładu: znaczki pocztowe cenione przez kolekcjonerów na całym świecie i opłaty za internetową końcówkę „.pn”, przypisaną tej wyspie. Pitcairn potrafi więc zarabiać na swej wyjątkowości.

Każde takie spotkanie jest jednak także zetknięciem z obcym wyobrażeniem: turysta najczęściej przypływa zwabiony mitem „Bounty”, mitem ostatniej brytyjskiej posiadłości na Pacyfiku i wspólnoty na krańcu świata.

Właśnie dlatego prawdziwa Pitcairn jest ciekawsza niż jej legenda. Wymyka się prostym kategoriom. Nie jest tylko pozostałością kolonializmu, bo ma własną historię, język i pamięć. Nie jest też miejscem w pełni samodzielnym, bo jej codzienność zależy od statków, urzędów, zewnętrznych funduszy i zainteresowania ludzi żyjących gdzie indziej. 

Na tych paru kilometrach kwadratowych jak w soczewce skupiają się wielkie napięcia: między centrum a peryferiami, mitem a faktem, opieką a kontrolą, pamięcią a zapomnieniem.

Więcej niż egzotyczna pocztówka

Z polskiej perspektywy Pitcairn może wydawać się odległa. Nie łączą nas z nią ani więzi polityczne, ani kolonialna przeszłość. 

Jednak europejski sposób patrzenia na Pacyfik nigdy nie był tylko brytyjski czy francuski. Był częścią szerszej kultury wyobrażania świata: map, podróży, literatury, misji chrześcijańskich, muzeów i szkolnych opowieści, które dziedziczymy także my. To w tej kulturze jedne miejsca jawią się jako centrum historii, a inne jako jej tło: egzotyczna ciekawostka, kataklizm, pocztówkowy krajobraz.

Pitcairn uczy ostrożności wobec takiego spojrzenia. Jeśli widzimy w niej tylko ciekawostkę po buncie na „Bounty”, odbieramy jej teraźniejszość. Jeśli widzimy tylko skandal sprzed 20 lat, odbieramy mieszkańcom prawo do zwykłego życia poza cudzym osądem. Jeśli widzimy tylko „raj”, nie dostrzegamy zależności politycznych i ekonomicznych. Jeśli widzimy tylko „problem”, łatwo przeoczyć wysiłek, dzięki któremu ta społeczność wciąż istnieje.

Pitcairn bez legendy

Na mapie Pitcairn wciąż jest tylko małym punktem. Ale mapa nie pokazuje wszystkiego. Nie pokazuje ciężaru mitu, który od ponad dwóch stuleci próbuje do niej przylgnąć, ani pracy ludzi, którzy przyjmują statek, naprawiają drogę, obsługują turystów i odpowiadają na maile z drugiego końca świata.

Dlatego Pitcairn nie jest egzotyczną ciekawostką, lecz prawdziwym miejscem, na którym odcisnęły się europejskie fantazje, religia, kolonializm i całkiem współczesne kłopoty. 

Nie trzeba robić z niej symbolu, wystarczy przestać ją do tego zmuszać. Wtedy ta daleka wyspa stanie się trochę bliższa: nie dlatego, że nagle łatwo ją znaleźć, lecz dlatego, że zaczynamy patrzeć na nią uważniej.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł