Paolo Sorrentino: jak odzyskać wielkie piękno

Paolo Sorrentino tworzy filmy, w których nawet upływ czasu jest uwodzicielski. Piękno, które odeszło, jest dzięki temu jeszcze silniej obecne. To w nim jest prawdziwe życie.
Czyta się kilka minut
Paolo Sorrentino przed premierą filmu „To była ręka Boga”. Neapol, 16 listopada 2021 r. // Fot. Ciro Fusco / Zuma Press / Forum
Paolo Sorrentino przed premierą filmu „To była ręka Boga”. Neapol, 16 listopada 2021 r. // Fot. Ciro Fusco / Zuma Press / Forum

Kiedy w 2013 r. świat zobaczył kultowe dzisiaj „Wielkie piękno” w reżyserii Paola Sorrentina, publiczność oszalała. Krytyka filmowa – podobnie. Potem był Oscar, a hollywoodzkie „Variety” z mocą branżowej wyroczni potwierdziło to, co wielu wiedziało już wcześniej: „oto narodził się nowy Fellini”.

„Wielkie piękno” było nie tylko hołdem złożonym Felliniemu, ale też dowodziło, że oto wyłonił się twórca na jego – wydawało się niedoścignioną – miarę. Sorrentino znalazł się teraz w dość odosobnionym bastionie prawdziwych magów kina, tworzących na własnych warunkach, wbrew i w poprzek wymaganiom branży, modom i poprawności politycznej.  

Neapol, Maradona i Ręka Boga

Jako człowiek nieśmiały, Sorrentino nie zdradza wiele na temat swojej biografii. Raczej każe tropić jej ślady w kolejnych produkcjach filmowych wychodzących spod jego ręki. Jak twierdzi, każda z nich jest podszyta autofikcją, lecz najbardziej wprost autobiograficznym filmem pozostaje „To była ręka Boga” (2021). Sorrentino, tworząc w filmie swoje porte parole pod postacią szesnastoletniego Fabietta, powrócił do rodzinnego miasta, ukochanego Neapolu, który niegdyś wyposażył go w atrybuty pomocne w kształtowaniu swojej artystycznej ścieżki, żeby poddać się filmowej terapii, rozliczyć ze sobą.

Urodził się w 1970 r. w rodzinie niewyróżniającej się kapitałem symbolicznym czy kulturowym. Jak większość krajan, znalazł go w futbolu. Argentyńczyk Diego Maradona, przebiegły piłkarski geniusz, jest dla neapolitańczyków wyborem wzniosłym i oczywistym jednocześnie (to jemu, obok rodziców, Sorrentino zadedykował jedynego do tej pory swojego Oscara).

Taka piłka nożna – niezależna, trochę dzika i kreatywna – określiła trajektorię losu Sorrentina. Nawet jeśli nie uczyniła go wybitnym piłkarzem, tylko reżyserem-samoukiem. Maradona – w dosłownym sensie – uratował mu życie. W 1986 r. Paolo zamiast wyjazdu z rodzicami do domku w górach wybrał kibicowanie ukochanemu piłkarzowi, odpowiedzialnemu za zapewnienie argentyńskiej drużynie narodowej zwycięstwa na mistrzostwach świata w Meksyku. Legendarny gol zdobyty nieprzepisowo przez Diega w meczu z Anglią, zwany „ręką Boga”, okazał się także opatrznościowy dla samego Sorrentina, ratując go przed zaczadzeniem, które zabiło wówczas rodziców reżysera we własnym domu. 

Tragedia związana z osieroceniem na zawsze pozostawiła ślad w psychice reżysera. Neapol – miasto jego młodości i jego piłkarska tradycja – powraca jako nieustająca inspiracja. Taką właśnie historię opowiada brawurowy i przepełniony nostalgią, nominowany do Oscara film „To była ręka Boga”. 

Inspiracje kinowe przyszły dopiero później, za sprawą reżysera Antonia Capuana. Na jego polecenie Sorrentino napisał w 1998 r. scenariusz do „Kurzu Neapolu”. Capuano dał mu kolejną ważną lekcję – nauczył, że musi „doświadczać życia, by mieć coś do powiedzenia ludziom”, dodając aspirującemu reżyserowi wiary w powodzenie jego kariery. 

I tę lekcję Sorrentino odrobił z nawiązką, tworząc bohaterów tęskniących za pełnią życia, pragnących raz jeszcze doświadczyć tego, co już dawno przeżyli. La dolce vita często przybiera u niego postać czegoś utraconego, lecz nie mniej upragnionego. Tytułowa bohaterka filmu „Bogini Partenope” (2024), wchodzącego właśnie do kin w Polsce, także podąża tym tropem. 

Czy formuła Sorrentina nigdy się nie wyczerpuje?

Po minimalistycznym, oszczędnym w środkach, intymnym „To była ręka Boga” Sorrentino powraca tu do filozoficznych rozważań rodem z „Wielkiego piękna” (2013) i „Młodości” (2015). Po raz kolejny pyta o relacje między najbardziej odległymi biegunami ludzkiego życia. W „Bogini Partenope” czasem górę bierze przesadzona, perswazyjna estetyka tak silnie kojarzona z jego kinem, ale są też momenty wyciszenia i stonowania.

Widać, że reżyser nie obawia się powrotów do tej samej puli tematycznej. Jest tu i rozbuchany do granic możliwości Kościół z wątpliwymi moralnie duchownymi, i dzika magia futbolu, i kobiece ciała uwięzione w męskich spojrzeniach. Jest też oczywiście miłość do Neapolu – gorętsza niż kiedykolwiek wcześniej. Zachodzi jednak jedna, bardzo istotna różnica – Sorrentino po raz pierwszy w centrum fabuły umieszcza bohaterkę, a nie, jak dotychczas, zblazowanego bohatera w podeszłym wieku.

Wolna, spontaniczna, młoda oraz obdarzona budzącą zazdrość urodą Partenope (Celeste Dalla Porta) jest niekonwencjonalną intelektualistką, przed którą otwiera się ścieżka uniwersyteckiej kariery antropolożki. Jej cięty humor pozwala skutecznie zbywać zaloty kolejnych mężczyzn. Ale, jak to bywa w filmach tego reżysera, i ona nie ucieknie od starości – nawet najpiękniejsze ciało pokryje konstelacja zmarszczek. Nie ma wątpliwości, że Sorrentino, jak żaden inny twórca, z przemijania potrafi uczynić spektakl uwodzenia. Pytanie, czy nawet tak spektakularna formuła nigdy się nie wyczerpuje?

„Wielkie piękno” było porównywane do „Słodkiego życia” Felliniego. Produkcja, obsypana licznymi nagrodami (aż sześćdziesiąt jeden wyróżnień, w tym Oscar za najlepszy film nieanglojęzyczny), wyznaczyła nowy okres w twórczości reżysera. Wtedy ostatecznie narodziła się stylistyczna forma najsilniej kojarzona dzisiaj z Sorrentinem. Rozbuchane kadry i tematyczny pakiet: Kościół katolicki, Włochy i włoskość (z Rzymem i Neapolem na czele), oniryzm przemieszany z realizmem, sacrum nierozerwalnie splecione z profanum

Także główna postać filmu – Jep Gambardella (w tej roli ulubieniec reżysera, Toni Servillo) – w najwyższym stopniu uosabia cechy sorrentinowskiego bohatera. Czyli cynicznego melancholika, prześmiewczego nostalgika z niespożytą siłą wyobraźni. Wykorzystuje ją, by nieustannie zawracać, zerkać wstecz i rozpamiętywać przeszłość.

Ten typowy dla Sorrentina bohater pojawiał się już w „Skutkach miłości” (2004), prawdopodobnie jednym z bardziej przygnębiających i pogrążonych w marazmie obrazów kinowych. Bohaterem jest Titta Di Girol – równie dostojny, co tajemniczy i anonimowy gość szwajcarskiego hotelu. Zmaga się z bezsennością, dni spędza na wypalaniu kolejnych papierosów i obserwowaniu przypadkowych osób, co jakiś czas dożylnie aplikując sobie heroinę. To jednak zupełnie inny język kinowy niż ten, do którego Sorrentino przyzwyczaił nas później – ascetyczny, minimalistyczny i wymagający od odbiorcy niezwykłego skupienia. 

Czy było coś pięknego po „Wielkim pięknie”?

Jednak to „Wielkie piękno” stworzyło bohatera z rysem sentymentalizmu, ironii i dystansu. W sam raz, by gorzkie prawdy o życiu stały się bardziej znośne, łatwiejsze do przełknięcia. Zapowiada to pojawiający się na początku filmu cytat z „Podróży do kresu nocy” Louisa-Ferdinanda Céline’a: „Podróżować jest bardzo pożytecznie, to wprawia w ruch wyobraźnię. Reszta to tylko zawód i mordęga. Nasza podróż jest całkowicie urojona. W tym jej moc”. 

Tacy są bohaterowie Sorrentina – wiedzą, że tylko unoszą się na powierzchni życia. Są bez szans na zatopienie się w jego nurcie, tylko dryfują ku końcowi. Jakoś zawsze jest im do niego bliżej niż dalej. Pamięć u Sorrentina to tylko jedna z funkcji wyobraźni, zdolna przekształcać przeszłość na własną modłę. Wspomniany już bohater „Wielkiego piękna” Jep Gambardella, pisarz i dziennikarz na twórczej emeryturze, w dniu swoich 65. urodzin decyduje się wyruszyć w egzystencjalną podróż ulicami Rzymu i zatopić się w przeszłości, aby odnaleźć – choćby w drobnostkach codzienności – dawno utracone tytułowe piękno.

Tak naprawdę tęskni za piersiami swojej pierwszej dziewczyny, czyli za wszystkim: uczuciem prawdziwej i niepewnej, nieskalanej miłości. Teraz, po niespełnionym seksie z piękną Oriettą, zawodowo zajmującą się „byciem bogatą”, niespodziewanie umyka i w introspektywnym geście mówi do widza: „Najważniejszą rzeczą, jaką odkryłem kilka dni po 65. urodzinach, była myśl, że nie mam już czasu, by tracić go na robienie tego, czego nie chcę”. Jego czas nieubłaganie się kurczy – lecz Sorrentino jako jedyny współczesny reżyser tworzy kino, w którym nawet ten upływ czasu jest uwodzicielski. 

Tendencję tę tylko częściowo przełamuje „Bogini Partenope”. Główna bohaterka nie daje się przypisać do tak pomyślanej kliszy, niech nas to jednak nie zmyli – nostalgicy u Sorrentina mogą kryć się na obrzeżach. Np. w postaci zrezygnowanego pisarza Johna Cheevera (Gary Oldman) wprost wyznającego Partenope: „Nie chcę marnować nawet jednej minuty twojej młodości”, czy powoli odchodzącego na emeryturę profesora-tutora głównej bohaterki – Silvia Orlanda (Devoto Marotta). Tak uosobiona starość może wybrzmieć tylko w kontraście do czarującej młodości – to w niej reżyser cały czas widzi nadrzędną wartość współczesnego świata.

Czy było coś pięknego u Sorrentina po „Wielkim pięknie”? Przede wszystkim „Młodość” – opowieść o przyjaźni dwójki starzejących się mężczyzn, granych przez wielkie gwiazdy kina: kompozytora Freda (Michael Caine) i reżysera Micka (Harvey Keitel). Już w tytule jest nawiązanie do motywów przewodnich reżysera. Starość powraca niczym lustro dla całej egzystencji, bohaterowie są wypaleni, w zaawansowanym stadium apatii. 

Sorrentina najbardziej interesują (wbrew poprawnej politycznie tendencji współczesnego świata filmowego) ci najbogatsi, nierzadko artyści. To im przygląda się najczęściej, tworząc groteskowe, prześmiewcze portrety, okraszone dawką empatii. Nie inaczej jest w tymże filmie – możliwość twórczej pracy choć na chwilę konserwuje starość, sztuka przedłuża życie. 

W 2016 r. Sorrentino serwuje światu „postsekularny melodramat” (jak nazywa go filmoznawca Russell Kilbourn) w nowym, serialowym formacie HBO. Oś fabularną „Młodego papieża” stanowią losy Piusa XIII, pierwszego amerykańskiego biskupa Rzymu w historii Kościoła. Mimo że Sorrentino określa się jako osoba niewierząca, to nie kryje swojej fascynacji Kościołem i wiarą, co stanowi podszewkę wielu jego dzieł. 

Celeste Dalla Porta, Dario Aita i Daniele Rienzo w filmie „Bogini Partenope”, reż. Paolo Sorrentino. Włochy, 2024 r. // Fot. Gianni Fiorito / materiały prasowe Monolith Films

Semper Italia, semper bellezza

Życie bohaterów Sorrentina przeleciało lub przelatuje im przez palce, a przynajmniej takie towarzyszy im poczucie: jego krwiobieg, esencja jest gdzie indziej. W „Bogini Partenope” Sorrentino ponownie mami nas zapierającymi dech krajobrazami i obezwładniającymi pięknem wnętrzami, aby ostatecznie prosto w twarz wypowiedzieć nagą, wciąż tę samą prawdę o życiu: ono nie trwa wiecznie, a koniec jest bliżej, niż nam się wydaje. Ten film również rozpoczyna się od cytatu z Céline’a. Tym razem: „Oczywiście, że życie jest ogromne. Możesz zgubić się wszędzie”.

Ale to kino nie jest eskapistyczne, bo nawet gdy Sorrentino ucieka od tego, co „tu i teraz”, to tylko po to, żeby pokazać szerszy horyzont ludzkiej egzystencji, a może nawet zniwelować strach przed śmiercią, pokazać, że sztuka potrafi ocalać. Słynący z łączenia skrajnych rejestrów, w „Bogini Partenope” zestawia „starość i młodość, piękno i brzydotę, euforię i rozpacz, niewinność i perwersję, absurd oraz śmiertelną powagę” – jak sam trafnie diagnozował własne tematy. 

Także Włochy są dla niego niekończącą się inspiracją, co udowadnia też w najnowszym obrazie, choć nie tak wprost, jak w swoich satyrach politycznych: „Boskim” (2008), portrecie powiązanego z mafią chadeckiego premiera Giulia Andreottiego, czy zrealizowanym dziesięć lat później filmie „Oni” (2018) o operetkowym biznesmenie, premierze i seksoholiku Silviu Berlusconim oraz jego kręgu.

Włoskość kipi z ekranu, jest w końcu emblematem reżysera, czymś, bez czego nie daje się on w ogóle pomyśleć. Jest tego świadom, refleksyjnie i intertekstualnie polemizując nie tylko z tradycją włoskiego kina, ale też literaturą i sztuką. Oczywiście „Bogini Partenope” również nosi jego znak firmowy, czyli umiejętność kadrowania; aż się prosi, żeby pojedyncze kadry wieszać na ścianie jak obrazy. 

Sama Partenope jest kimś więcej niż tylko uosobieniem idei piękności, kolejną Afrodytą. Jej uroda fascynuje i przyciąga wielu, ale ostatecznie to ona ma decyzyjną moc. Wykorzystując swoją powalającą physis, rozdaje karty, jak chce – przedkłada samą siebie i interes wolnego życia ponad wszystkie czułe słówka mężczyzn.

„Bogini Partenope” to przenikliwe i namiętne dzieło wizjonera obdarzonego niepodrabialną wyobraźnią. Wybujała forma ma służyć życiu, miłości, wolności. Wtedy przywraca wiarę w magię kina.

Autorka (ur. 2002) jest redaktorką i promotorką miesięcznika „Znak”. Publikowała m.in. w tym miesięczniku, w „Czasie Kultury” i Culture.pl. Tekst jest jej debiutem na łamach „Tygodnika Powszechnego”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Utracone i upragnione