Film „La Grazia”: wszystko, za co kochamy Sorrentina. Albo wręcz przeciwnie

Czy Paolo Sorrentino rzeczywiście ma „starą duszę”, czy ze starzenia się i przemijania uczynił ozdobny autorski stempel, który ma dodawać głębi jego kinu?
Czyta się kilka minut
Toni Servillo w filmie „La Grazia”, reż. Paolo Sorrentino. Dystryb. Gutek Film // Fot. Andrea Pirrello / materiały prasowe Gutek Film
Toni Servillo w filmie „La Grazia”, reż. Paolo Sorrentino. Dystryb. Gutek Film // Fot. Andrea Pirrello / materiały prasowe Gutek Film

Wielkie piękno” (2013) Sorrentino nakręcił tuż po czterdziestce, czyli „w życia wędrówce, na połowie czasu”, czyniąc ze starszego o dekadę Toniego Servilla swój aktorski fetysz. Współpracowali ze sobą już dużo wcześniej, przy „O jednego więcej” (2001), to jednak właśnie on stał się dla Sorrentina najdoskonalszym wcieleniem jego obsesji, również tych związanych z upływem czasu. Trudno wyobrazić sobie innego aktora w roli melancholijnych rzymskich dandysów czy politycznych monstrów (Andreotti w „Boskim” i Berlusconi w „Onych”), którzy też na różne sposoby próbowali zaklinać swój czas. 

W najnowszym filmie, „La Grazia”, do pewnego stopnia łączy tamte postacie. I to, że sztandarowa kwestia „do kogo należą nasze dni?” nie wybrzmiewa tu z ciężkim dudnieniem, zawdzięcza film w dużej mierze ironicznemu błyskowi w oczach Servilla, nagrodzonego za tę rolę na ubiegłorocznym festiwalu w Wenecji

Prezydent i niespełniony poeta: kolejny samotnik w nowym filmie Sorrentina 

Co pozostanie? – to pytanie zadawane sobie na odchodnym nabiera szczególnego ciężaru u sprawujących władzę. Zwłaszcza gdy było się politycznym „żelbetem”, czyli religijnym ortodoksem i sztywnym karnistą z zawodu. Chadecki prezydent Mariano De Santis jest w dodatku wdowcem podwójnie zasuszonym w swoim żalu – nie przestaje zadręczać się spekulacjami, z kim zdradziła go żona... czterdzieści lat wcześniej.

Zakładnik toksycznej pamięci, więzień protokołu i restrykcyjnych diet (pilnowany przez córkę zatrudnioną w roli doradczyni i asystentki), a do tego niespełniony poeta, jest ów prezydent kolejnym u Sorrentina samotnikiem, podobnie jak ekscentryczni papieże w jego głośnych serialach.

W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.

Zmień ustawienia plików cookies

Zresztą „La Grazia” też uchyla przed nami bramy Watykanu: zanim Mariano przejdzie na polityczną emeryturę, musi podjąć trudną decyzję w sprawie ustawy o eutanazji, dla niektórych „śmiercionośnej”, dla innych pozwalającej godnie odejść.

Na biurku ma jeszcze dwie prośby o ułaskawienie – męża, który postanowił skrócić cierpienie swojej żony w końcowym stadium alzheimera, i kobiety, która w poczuciu bezradności i rozpaczy zabiła przemocowego małżonka. Ze swoimi dylematami udaje się nasz bohater do samego ojca świętego, a ten – witajcie w uniwersum Sorrentina – jest czarny i posiada bujne dredy. 

„La Grazia”: za co kochamy (albo wręcz przeciwnie) Sorrentina

Właśnie to delikatne przekręcenie, jakże charakterystyczne dla twórcy „Wszystkich odlotów Cheyenne’a”, nadaje lekkości filmowi ponaddwugodzinnemu, przepełnionemu samymi ważkimi kwestiami i odtwarzającemu raz jeszcze to, za co albo tego reżysera się kocha, albo wręcz przeciwnie. Czyli stylizację barokową w podwójnym znaczeniu tego słowa, bo celebrującą zarówno swój estetyczny nadmiar, jak i wszechobecną vanitas.

Dlatego wielkie zmęczenie Mariana, jego egzystencjalne odklejanie się od świata i jego nowych rytmów, oddaje Sorrentino, sięgając po spowolnione zdjęcia czy przeskalowane dźwięki techno. Zresztą na bardzo eklektycznej ścieżce dźwiękowej „La Grazii” można też usłyszeć Ryūichiego Sakamoto, Jóhanna Jóhannssona, Lou Reeda oraz Hanię Rani i Dobrawę Czocher, nie mówiąc o alpejskich strażnikach, odgrywających w tym filmie cokolwiek surrealistyczną rolę.

A twardogłową monstrualność głównej postaci, która nawet ukochanego konia skazuje na długie konanie, nieoczekiwanie zmiękcza piękną sceną z astronautą na orbicie – obserwowanym zdalnie i na żywo przez włoskiego prezydenta, stęsknionego za kosmiczną nieważkością. Przewrotnie nawiązuje tutaj reżyser do postaci Umberta Guidoniego, autentycznego włoskiego astronauty, który został... lewicowym politykiem, i w scenariuszu znajdziemy więcej takich zapożyczeń z rodzimej rzeczywistości. 

Sorrentino namawia, by po prostu otworzyć się na życie

Ale „La Grazia” to nade wszystko portret starości na szczytach, i to portret na sterydach. Ostatnie miesiące bardzo przeciętnej prezydentury naznaczone są gigantycznym lękiem przed odpowiedzialnością oraz pragnieniem urodzonego służbisty, by jak najlepiej dokończyć swe dzieło – i ramy tego portretu próbuje Sorrentino maksymalnie rozciągnąć.

Dywaguje więc o sensie życia w ogóle i widzi w swoim bohaterze postać wręcz modelową: pogubionego acz zadufanego w sobie małżonka, ojca, mężczyznę starej daty. „Nie prawdy szukaj, ino miłości” – chciałoby się sparafrazować polskiego klasyka, dopisując na końcu jeszcze odwagę.

Zamiast do prawniczo-etycznych rozstrzygnięć typu „winny czy niewinny”, „słuszny czy nie”, namawia bowiem włoski reżyser, by po prostu otworzyć się na życie, we wszystkich jego komplikacjach, nieoczywistościach, niewiadomych. I wie, jak zamienić te banały w atrakcyjne widowisko, w którym jest miejsce na wysłane z przyszłości psy roboty, na wstydliwe tajemnice z przeszłości i na delikatną kpinę z nich.

Szkoda tylko, że twórcy „Młodości” zdarza się grzeszyć wielosłowiem i zarazem dosłownością, czym zagaduje czasami to, co można było wyrazić w soczystych sorrentinowskich obrazach czy w aktorskiej ekspresji.

Sorrentino stawia pomnik – pojemny czy pusty w środku?

Przez tę skłonność do eleganckiej ględźby odechciewa się tłumaczenia, czym jest tytułowa łaska – niemal wszystkie możliwe eksplikacje zostają nam z gracją podane na tacy. W porównaniu jednak do poprzedniego filmu, „Bogini Partenope” (2024), który był wykaligrafowaną męską fantazją o feminizmie, „La Grazia” wydaje się trochę „bliżej krwiobiegu”, i – jadąc dalej Grochowiakiem – „w zziębłość posągów wkłada zapach mysi”. Robi to właśnie boski Servillo w roli kogoś, kto powoli schodzi ze świecznika, i film kończy się moim zdaniem w najciekawszym momencie, kiedy bohater, wreszcie wolny, przebudzony, „uczłowieczony”, będzie musiał jakoś zagospodarować własną starość.

Dlatego „La Grazia”, w swojej dawno sprawdzonej formie i trochę niezgrabnych ukłonach w stronę nowoczesności (patrz: znany włoski raper Guè w roli samego siebie), cała jest o tym, że przemija postać świata i nawet mistrz Sorrentino nie ukrywa, że coraz trudniej mu za nią nadążyć. Stawia więc kolejny nostalgiczny i wykwintny pomnik. Dla jednych zapewne pustawy w środku, dla innych zaś na tyle pojemny, że można tam spokojnie powkładać swoje mniej ekskluzywne nostalgie czy lęki.  

LA GRAZIA – reż. Paolo Sorrentino. Prod. Włochy 2025. Dystryb. Gutek Film. W kinach od 6 lutego. 

Paolo Sorrentino to jeden z najbardziej rozpoznawalnych twórców europejskiego kina, choć nie posiada filmowego wykształcenia. W jego filmach powraca regularnie rodzinny Neapol („To była ręka Boga”, „Bogini Partenope”), poszukiwania utraconego czasu („Wielkie piękno”, „Młodość”), a także satyryczne portrety władzy („Boski”, „Oni”, seriale „Młody papież” i „Nowy papież”).     

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 06/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Z gracją zejść ze świecznika