Pan Doktor jest chory

Lekarze mają rację, gdy domagają się godnych pensji. Ale my, pacjenci, mamy prawo domagać się od nich tej odrobiny szlachetności, bez której ich zawód traci swój sens.

18.02.2008

Czyta się kilka minut

Pewien lekarz, który wyjechał z Polski 20 lat temu i pracował od tej pory w Berlinie, wykonywał pewnego razu operację w polskim szpitalu. Przyjechał, ma się rozumieć, z półciężarówką sprzętu, żeby mieć tu warunki pracy podobne jak tam. Przyjechał, zoperował. Po operacji rozmawiał ze swoim znajomym o pracy neurochirurga tu i tam. - Wie pan - powiedział mu - tam to ja jestem w stosunku do pacjentów jak sprzedawca w sklepie. Mówię: "Jest do wyboru to albo to, albo to". Odpowiadam na liczne pytania, wyjaśniam, może trochę pomagam wybrać, ale wybiera mój pacjent. - A tu? - zapytał znajomy. - Tu jestem jak feudalny pan.

Mamy zapaść w lecznictwie i nie wiemy, jak z niej wyjść. Wiemy za to dwie rzeczy. Po pierwsze, że zmarnowaliśmy ostatnie 18 lat, pozorując jedynie naprawę systemu. Po drugie, że mamy do czynienia ze zdewastowanym systemem ochrony zdrowia, nie zaś służby zdrowia - pojęcie "służby" (w szlachetnym znaczeniu, jak "służba państwu" czy "służba wielkiej idei") jest tu zupełnie nieadekwatne.

O co się spieramy?

Pani minister Ewa Kopacz powiada, że płacowe rewindykacje białego personelu będzie można zacząć realizować dopiero wtedy, gdy system zostanie "uszczelniony", gdyż w przeciwnym razie będzie to jak dolewanie wody do dziurawego wiadra. Pani minister ma rację o tyle, że wydawanie pieniędzy w placówkach szpitalnych i innych jest w Polsce bardzo często nieracjonalne. Pokazują to przykłady szpitali, które umiały radykalnie zredukować wydatki, nie redukując poziomu i zakresu usług świadczonych pacjentom.

Ewa Kopacz nie ma racji o tyle, że personel medyczny zarabia - generalnie - haniebnie mało i obecna minister jest już nie zliczyć którym z kolei szefem resortu próbującym rozwiązać problem. Wszyscy wiedzą, że chodzi o pieniądze. O pieniądze dla szpitali na nowoczesny sprzęt, lekarstwa, urządzenia, remonty, budowę budynków itd., oraz o pieniądze dla personelu medycznego na jego godziwe płace. Pani minister opracowała projekty trzech ustaw: o zakładach opieki medycznej, o dodatkowych ubezpieczeniach i o prawach pacjenta. Projekty mają załatać dziurę w finansach ochrony zdrowia, ale nie jednorazowo, lecz strukturalnie - sprawić, żeby wiadro nie było już dziurawe. A wtedy - powiada się - będzie można policzyć, jakie są rzeczywiste potrzeby, i zadecydować, czy i ile pieniędzy należy do systemu dołożyć.

Ustawa o zakładach opieki medycznej ma położyć kres niekończącemu się korowodowi zadłużania się szpitali i ich oddłużania przez władze publiczne. Nie mogą się w nieskończoność powtarzać sytuacje takie jak ta ze szpitala w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie

dyrektor postawiony pod groźbą masowych wypowiedzeń dał lekarzom wszystko, czego żądali. Ewidentnie ponad możliwości finansowe, bo teraz suma miesięcznych wypłat pensji będzie w tym szpitalu większa niż miesięczna kwota, którą szpital dostaje od NFZ na całą swoją działalność. Po reformie szpital jako spółka prawa handlowego będzie musiał wreszcie na serio liczyć koszta. Na serio, to znaczy ze świadomością, że istnieje jakieś twarde dno; że można się zadłużyć, lecz wiedząc o tym, iż kiedyś trzeba będzie te pieniądze zwrócić. Że w przeciwnym razie grozi realnie upadłość.

Ustawa o dodatkowych ubezpieczeniach ma odciążyć system przez to, że pacjenci bardziej zamożni będą finansować droższe procedury medyczne nie z powszechnej składki zdrowotnej idącej do NFZ, ale z prywatnych polis ubezpieczeniowych. Pacjenci mniej zamożni będą tych najdroższych procedur zwyczajnie pozbawieni (o to, których pozbawieni być mogą, a których nie powinni, toczy się teraz zacięta dyskusja), zaś w innych przypadkach będą zapewne skazani na długie kolejki (co czasami równa się rzeczywistemu pozbawieniu dostępu).

Ustawa o prawach pacjenta ma właśnie rozstrzygnąć, gdzie jest owa granica pomiędzy tym, co dostępne dla wszystkich, a tym, na co będą sobie mogli pozwolić bogatsi. To ów słynny koszyk świadczeń gwarantowanych (i jego podkategorie). Jakkolwiek by z tym było z punktu widzenia społecznej sprawiedliwości, także druga i trzecia ustawa z pakietu pani minister powinny nieco odblokować system. Rząd idzie na to, świadom, że jest to odejście od egalitarnej zasady, zapewne w przekonaniu, iż nas na egalitaryzm po prostu nie stać.

Biedni i łapownicy

W sumie reforma mówi zarządcom szpitali: szpital to także przedsiębiorstwo; kto będzie nim źle zarządzał, polegnie tak jak menedżer w dowolnej innej branży w gospodarce rynkowej. Pacjentom reforma mówi: państwa nie stać na to, żeby każdemu gwarantować wszystko, musicie sami zdecydować, na co was stać, czasem wybierać między zdrowiem a samochodem, a czasem uznać, że skoro jesteście biedni, to leczyć się nie będziecie - koniec złudzeń. Koniec złudzeń także w tym sensie, że obecny system, który teoretycznie gwarantuje wam wszystko, oszukuje was. My - powiada rząd - chcemy wprowadzić rzeczywistą miarę, która określi, kogo naprawdę na co stać. Lekarzom zaś i pozostałym pracownikom ochrony zdrowia mówi: będziecie lepiej zarabiać, ale pod jednym warunkiem - koniec żerowania na zapaści systemu.

Bo trzeba to otwarcie powiedzieć: na tej ciężkiej chorobie systemu wielu zatrudnionych w nim ludzi dobrze się utuczyło. Nie powinno to zresztą specjalnie dziwić. Tak przecież dzieje się zawsze w strukturach sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem. Można zrobić dobry interes na gospodarce niedoboru, można go zrobić na gospodarce przeregulowanej i można też na systemie strukturalnie niewydolnym, a permanentnie podpieranym przez państwo, jak nasz system ochrony zdrowia.

Mamy przecież w Polsce niezliczone prywatne gabinety, do których rekrutacja odbywa się w publicznych przychodniach: "Tego panu tu nie zrobię, ale niech pan przyjdzie do gabinetu". Gabinet jest zwykle kolegi (ale kolega też pracuje w publicznej placówce...), a bywa i tak, że jest własnością lekarza, który nas do niego kieruje. Mamy w Polsce liczne gabinety korzystające z budynków i urządzeń lecznictwa publicznego. Mamy wreszcie plagę łapownictwa w szpitalach. Każdy to wie, bo prawie każdy daje. Prawie każdy daje, bo wszyscy wiedzą, że jak się nie da, to się i nie załatwi, a w każdym razie nie załatwi się dobrze. Niedawna opowieść Rzecznika Praw Obywatelskich o jego geście wdzięczności sprzed lat może i nie podpada pod kategorię łapówki, ale dobrze oddaje klimat panujący w naszym szpitalnictwie. Pacjent nie jest pewny tego, że zostanie solidnie obsłużony, ba, raczej przypuszcza, że zostanie obsłużony źle, dlatego próbuje na różne sposoby (czasem taktowne i niemal niezauważalne) jakoś zaznaczyć się w pamięci osoby, od której zależy jego los. Czy chodzimy z dowodami wdzięczności, nawet tak niewinnymi jak owa filiżanka Rosenthala, do mechanika, który naprawił nam samochód? Po prostu mu płacimy tyle, ile wskazuje za tę usługę cennik. U lekarza niby zapłaciliśmy z góry, bo ZUS potrącił z naszej pensji składkę. A jednak czujemy podskórnie, że jakiś koniak naprawdę by nie zaszkodził. Zgoda, my - pacjenci - sami się przyczyniamy do utrwalenia tej plagi. Chociaż trudno też wykluczyć, jednak nader rzadkie, rzeczywiste dowody wdzięczności: podarunki dawane zawsze "po" i nie w nadziei, że to ułatwi lepsze traktowanie w przyszłości. Trudno to wykluczyć z jednego powodu: chorzy bywają czasami w sytuacji naprawdę trudnej, czasem dramatycznej, bywa, że ktoś im ratuje życie...

Ale zgódźmy się, że nie o takie subtelności chodzi, gdy mówimy o pladze łapownictwa. Chodzi o ordynarne "branie przed", czyli jako warunek solidnego wykonania pracy, czasem wręcz o wymuszanie. Młodzi lekarze są biedni jak mysz kościelna, potem jest różnie. Niektórzy pozostają biedni już do emerytury. Ale bywa, że lekarze wybitni (lub tacy, którzy doszli do wysokich stanowisk) nie są, wbrew temu, co mówią, nędzarzami, lecz ludźmi zamożnymi albo nawet bardzo bogatymi. Czasem dlatego, że są wybitni, czasem do tego dochodzą okresowe kontrakty zagraniczne, czasem dlatego, że biorą łapówki. W życiu nic nie jest proste i, jak wiemy, bywa też tak, że również wybitni lekarze biorą łapówki, a wtedy zazwyczaj nie kończy się na koniaku.

Rząd Tuska zdaje się mówić lekarzom: będziecie dobrze zarabiać, ale zmienimy system tak, że nie będziecie już mogli brać łapówek. Lekarze zdają się mówić rządowi: skoro nie możemy już brać łapówek, musimy dobrze zarabiać. Jeśli taki jest rzeczywisty dyskurs jednej i drugiej strony, to by znaczyło, że jest szansa na jakieś porozumienie na gruncie podobnego postrzegania faktów.

Bez właściwości

Niżej podpisany nie jest w żadnej mierze kompetentny w zakresie oceny propozycji reformy systemu. Za to zderzył się z systemem dotkliwie, co dało mu szczególną perspektywę patrzenia. Zderzenie było gwałtowne, ale w pewnym sensie długotrwałe. Obserwacje poczynione wtedy, choć bez wątpienia wychodzące z subiektywnej perspektywy, dają się więc jakoś uogólnić.

Człowiek, który zderzy się z systemem ochrony zdrowia, ma też sposobność poznać traumatyczne historie innych ludzi. Ich opowieści, niemal bez wyjątku, zawierają element bezduszności i zwykłego tchórzostwa lekarzy - trybików systemu, kiedy dla własnej wygody skazują chorych na śmierć, gdy ci mogliby żyć, albo kiedy skazują ich na kalectwo, gdy jest szansa, by walczyć o zdrowie.

Naturalnie nie zawsze tak się dzieje. Zaryzykuję jednak hipotezę, że mamy w Polsce tysiące ludzi pokrzywdzonych przez lekarzy. Mówię tu o tych, którzy z winy lekarzy ucierpieli - nieraz w stopniu trudno wyobrażalnym - nie zaś o tych, którzy mimo profesjonalnej opieki zmarli lub popadli w poważny rozstrój zdrowia, bo tak im było pisane.

Jeśli lekarz nie potrafi pomóc pacjentowi, a nie zatroszczy się o konsultacje u innych specjalistów - jest winny ciężkiego zaniedbania profesjonalnego, które może w trudnych przypadkach skończyć się naprawdę źle. Znaczna część błędów w sztuce lekarskiej rodzi się z zadufania: ja wiem najlepiej, a jeśli nawet nie wiem, to się do tego nie przyznam. To dość typowe w polskich szpitalach. A jeszcze bardziej typowa jest postawa kapłana, mającego dostęp do tajemnej wiedzy, który nie ma obowiązku czegokolwiek tłumaczyć pacjentowi lub jego rodzinie. To właśnie owa, wspomniana na wstępie, postawa feudalnego pana. Pacjent z tej perspektywy to niemający żadnych praw parias. Ilu jest lekarzy, którzy w trudnej sytuacji otwarcie mówią, jakie są jeszcze możliwości? A przecież z reguły występują jakieś alternatywne rozwiązania. Można działać bardziej agresywnie lub bardziej zachowawczo, więcej ryzykując, ale i zwiększając szanse na sukces, albo też mniej ryzykując i godząc się na to, co ma być. Jak często chorzy (lub ich rodziny) są dopuszczani do tych dylematów? Jak często lekarz nie traktuje ich jak natrętów? Ilu lekarzy ma cywilną odwagę, by stanąć z tymi ludźmi twarzą w twarz, gdy jest naprawdę źle?

Kiedyś istniała kategoria "doktora". Mam wrażenie, że nie tylko w literaturze, także w społecznym doświadczeniu. Współczesny lekarz ma zazwyczaj z dawnym "doktorem" tyle wspólnego, co wyrób czekoladopodobny z czasów PRL z czekoladą. Powiadam: zazwyczaj, bo nawet i mnie zdarzyło się spotkać lekarzy godnych tego miana. Ale to jest garstka sprawiedliwych w morzu musilowskich "ludzi bez właściwości". W morzu karierowiczów, którzy nie postawią się zwierzchnikowi, choćby ten plótł banialuki; oportunistów, którzy unikają podjęcia decyzji (a zatem i odpowiedzialności).

Przesada? Nie, jeśli przyjąć, że lekarz to zawód szczególnego powołania. Nie wystarczy tu być fachowcem, trzeba być jeszcze człowiekiem. Lekarz-specjalista, szczególnie w tych dziedzinach, gdzie najczęściej występuje zagrożenie życia, znajduje się czasami w sytuacjach trudnych, wtedy musi mieć odwagę stawienia im czoła. Musi być trochę jak żołnierz na froncie, nie może zabiegać głównie o własną głowę. Zapewne tyle samo, co w ochronie zdrowia, jest "ludzi bez właściwości" w biznesie czy dziennikarstwie. Tyle tylko że w biznesie i dziennikarstwie nie miewamy raczej do czynienia z ratowaniem ludzkiego zdrowia. Albo życia.

Granica

Wracając do reformy systemu, puśćmy wodze fantazji i wyobraźmy sobie ten system po reformie tak, jak to wyglądało w wyborczych reklamówkach Platformy Obywatelskiej. Czyste, świetnie wyposażone, przestronne szpitale, dobrze zarabiający, uśmiechnięci lekarze... Ciekawe, jak zmieniłaby się - że tak to ujmę - dusza lekarza w tych zmienionych okolicznościach systemowych. Twierdzę, że nie za bardzo, a w każdym razie te zmiany nie implikują automatycznie zmiany postawy lekarzy. To nie znaczy, że reformy robić nie warto. Warto i trzeba, bo inaczej nastąpi wielki krach. Jeśli jednak po reformie ethos lekarza nie zbliży się choć trochę do przedwojennej figury "doktora", w trudnych sytuacjach nadal nie będziemy bezpieczni.

Lekarze mają rację, gdy domagają się godnych pensji. Ale my - pacjenci - mamy prawo domagać się od nich tej odrobiny szlachetności, bez której ich zawód traci swój historycznie ukształtowany sens. Czy lekarz może uznać, że w istniejącym systemie jego godność jest poniżana i on się wypisuje? Może. Ale czy lekarze np. z całego oddziału in gremio mogą z tych powodów złożyć równoczesne wypowiedzenia i zostawić chorych na łasce ordynatora i woźnego? Nie mogą. Lekarz nie może szafować zdrowiem i życiem swojego pacjenta. Aż wstyd przypominać taką oczywistość. Jeśli lekarze stawiają życie i zdrowie pacjenta na równi z - najsłuszniejszymi nawet - żądaniami płacowymi, to znaczy, że się gruntownie pomylili, rozpoczynając studia medyczne. A rząd - choćby to był rząd liberałów - nie może takiego zachowania nie napiętnować. Zgoda lekarzy, że tu jest nieprzekraczalna dla nich granica, byłaby dla nas jakimś minimalnym zadatkiem zaufania na przyszłość.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
89,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 05/2008