Nawet nie dlatego, że byłem w Palermo. Nie ma się co oszukiwać. Nie jest to najpiękniejsze miasto na świecie. Jest brudne i głośne, a zagęszczenie turystów i miejsc służących do zarabiania na nich sprawiło, że kiedy wróciłem do miasta po latach nieobecności, nieustannie zgrzytałem zębami.
Tego dnia nie było inaczej. Po drodze na Quattro Canti widziałem, jak jakiś człowiek darł się w niebogłosy, choć jemu pewnie wydawało się, że śpiewa. Policjanci na środku placu wyglądali, jakby się zgubili, tuż obok rodzice szarpali dzieci za plecaki, bo te nie chciały iść tam, gdzie chcieli dorośli, co potwierdza, że wakacje to dla wszystkich szalenie trudny czas.
Jakiś uliczny handlarz wciskał skacowanym Brytyjczykom klapki wyprodukowane w Chinach, opowiadając, że jego przyjaciel ma wspaniałą restaurację na targu Ballarò. Pewnie mają tam nawet carbonarę według rzymskiego przepisu, nieobecną w żadnej prawdziwej palermitańskiej restauracji – pomyślałem nieco złośliwie i ruszyłem w kierunku pustego Piazza Pretoria.
Wcześniej ludzi przyciągała tam skandaliczna nagość rzeźb. Dziś plac jest pusty, a nagość nie robi na nikim wrażenia.
Piazza Pretoria: chwila spokoju w zatłoczonym Palermo
Na placu na szczęście nikt się nie kłócił, nikt też nikogo nie szarpał za plecak. Mogłem się za to przyjrzeć szczegółom dziwacznej rikszy, z której o zmierzchu będzie można zakupić każdy potencjalny rodzaj spritza w plastikowym kubku. Tak przynajmniej wywnioskowałem z plakatów, którymi wózek był oklejony.

Pustki wokół mogły mieć związek z tym, że w jednym z palazzi przy placu trwał remont, a sterczący nad nim dźwig nie podbijał wakacyjnego klimatu tak dobrze, jak ulice odchodzące od Quattro Canti i ich niesamowita oferta handlowa z plastikiem w roli głównej.
Mógłbym się wyzłośliwiać dalej, ale nie da się ukryć, że uwielbiam Palermo. Może właśnie z tego powodu tak bardzo rozdrażniły mnie zmiany. Jednak kiedy tylko usiadłem na Piazza Pretoria, wszystko wróciło na miejsce. Prawie zapomniałem o limoncello spritzu i chińskich klapkach z nadrukowanymi cytrynami, pogrążając się w rozmyślaniach na temat placu, który miałem w zasadzie tylko dla siebie, i na którym spotkałem całe mnóstwo starych, dobrych znajomych.
Pedro Álvarez de Toledo: wicekról Neapolu i teść Medyceuszy
Pedro Álvarez de Toledo y Zúñiga był jednym z nielicznych hiszpańskich wicekrólów Neapolu, o ile nie jedynym, którego Neapolitańczycy szczerze opłakiwali po jego spodziewanej śmierci we Florencji, dokąd udał się schorowany, po nieudanej misji tłumienia republikańskich buntów w Sienie.
Spodziewanej, bo z Neapolu wicekról wyjechał już chory, więc nie można się dziwić, że nie podołał polityczno-wojskowej misji. Człowiek ten stworzył najsłynniejszy neapolitański deptak, czyli Via Toledo, którego oferta jest dziś niepokojąco zbliżona do tego, co prezentują ulice odchodzące od Quattro Canti. Był synem księcia Alby i kuzynem cesarza Karola V.
Historyczne, nieco złośliwe plotki głoszą, że drogę do politycznej kariery otworzyło mu sprawne zabijanie byków na arenie, za co tłum go pokochał. Niemniej jednak wicekrólem był dobrym i miał sporo wspólnego z placem, na którym właśnie stałem.
Jak zanotowali historycy, kiedy Kosma I Medyceusz postanowił się ożenić, a plan poślubienia Małgorzaty Parmeńskiej, zwanej też Małgorzatą Austriaczką, nie wypalił, trzeba było poszukać planu B. Wtedy właśnie cesarz Karol V zwrócił uwagę Medyceusza na córkę jednego z najbardziej wpływowych mężczyzn na Półwyspie Apenińskim, który mimo tego, że zasłynął jako torreador, świetnie zarządzał Neapolem.
Cesarz zaklinał się, że Eleonora ma brązowe włosy i piękne orzechowe oczy, idealnie owalną twarz, łagodne rysy i wrodzony majestat. Miały o tym świadczyć nawet jej portrety. Kosma nie miał wtedy jeszcze jakichś znakomitych powiązań politycznych, plan wydawał się świetny, a jego realizacja przebiegła bez przeszkód.
Eleonora i Kosma: małżeństwo Medyceuszów, które zmieniło Florencję
Eleonora i Kosma stworzyli wyjątkowo udane małżeństwo, a uroda Eleonory stała się legendarna w Europie, zwłaszcza odkąd zaczął ją uwieczniać Bronzino, jeden z moich ukochanych manierystów. Z kolei jej brat nie słynął z urody, tylko z tego, że w wyniku tajemniczych machinacji przejął nieco ziemi we Florencji, a Pedro Álvarez de Toledo y Zúñiga, ojciec rodzeństwa, postanowił wybudować tam willę.
Z pomysłu z czasem zrezygnował, ale zlecił stworzenie wielkiego ogrodu, by uprzyjemnić dzieciom życie. Główną ozdobą miejsca miała być wspaniała fontanna. Autorem projektu był Francesco Camilliani, uczeń Baccia Bandinellego, florenckiego rysownika i rzeźbiarza.
Bandinelli miał wielu zdolnych uczniów. W jego pracowni kształcił się między innymi Santi Gucci, któremu nieśmiertelność zapewniły maszkarony dla krakowskich Sukiennic. O czym wiemy, bo w miejskich archiwach zanotowano, że Sancto Italo otrzymał 40 groszy za zrobienie glinianego modelu maszkarona, który miał być ozdobą kramów handlarzy suknem, odbudowywanych po pożarze.
Ale samego Bandinellego dzisiaj pamięta się nie jako świetnego nauczyciela, ale jako człowieka, który zniszczył kartony Michała Anioła do fresku „Bitwa pod Casciną”, planowanego do florenckiego ratusza. Miała to być rzecz wyjątkowa. Kartony przedstawiały nagich mężczyzn szykujących się do kąpieli w rzece, bo przed przeprowadzką do Rzymu Michał Anioł malował i rzeźbił głównie to, co go interesowało.
To, co wydarzyło się tamtej nocy we Florencji, opisał Giorgio Vasari. Bandinelli wierzył, że jest w stanie rywalizować z Michałem Aniołem. Zdobył więc klucze do sali z kartonami konkurenta i kopiował je przez całą noc. Ale gdy nad ranem okazało się, że nie był w stanie dorównać oryginałom, część z nich podarł w gniewie.
Fontanna Pretoria z Florencji – wspaniałe dzieło Francesca Camillianiego
Camilliani, wspomniany już uczeń Bandinellego, najwyraźniej lepiej oceniał swoje możliwości i z geniuszem takim jak Michał Anioł nie miał zamiaru rywalizować. Zajął się więc projektem fontanny na zlecenie brata hiszpańskiego wicekróla Neapolu i dzięki temu trafił do historii jako twórca, a nie niszczyciel.
Fontanna składała się z 48 posągów z marmuru karraryjskiego i miała nietypowe wymiary jak na dzieło nieprzeznaczone do przestrzeni publicznej. Drewnianą pergolę wokół niej, wspartą na dziewięćdziesięciu kolumnach, zbudował Bartolomeo Ammannati, również uczeń Bandinellego i autor równie wspaniałej fontanny Neptuna na Piazza della Signoria we Florencji oraz mojego ukochanego florenckiego mostu Ponte della Trinita. Vasari miał okazję obejrzeć pracę Camillianiego i zapisał, że jest to najwspanialsza fontanna, jaką widział we Florencji, a może i w całej Italii.
Być może stałaby w stolicy Toskanii do dziś, ale niestety Eleonora jesienią 1562 r. wyjechała z Florencji na wybrzeże w celu podratowania zdrowia, po czym zmarła, wraz z dwoma synami, na malarię panującą w toskańskiej Maremmie.
Fontanna była częścią jej spadku. Luigi de Toledo, choć był synem wicekróla Neapolu, miał jednak spore problemy finansowe. Postanowił więc spieniężyć spadek i sprzedał fontannę Senatowi Palermo.
Jak fontanna z Florencji trafiła do Palermo w 644 częściach
By dzieło przetransportować, rozebrano je na 644 części. Tyle że Luigi de Toledo nie wysłał na Sycylię wszystkich. Historycy sztuki są pewni, że do dzisiejszej fontanny należałoby dołożyć jeszcze dwie rzeźby z florenckiego muzeum Bargello i kilka mniejszych z Neapolu. Przypuszcza się, że część fontanny jest też w hiszpańskim Cáceres, gdzie kręcono „Grę o tron”.
W Palermo fontannę stawiano pod okiem syna Francesca Camillianiego. Rozebrano kilka budynków, tak by dzieło otaczały Palazzo Pretorio, budynek palermitańskiego ratusza, Kościół Santa Caterina oraz Palazzo Bonocore i Palazzo Bordonaro. Czwarta strona wychodzi na Via Maqueda i to z tego właśnie miejsca spoglądałem na ten szalenie skomplikowany program ikonograficzny, jakim jest dzieło toskańskiego rzeźbiarza.
Pierwszy poziom tworzą balustrady z czterema bramami, z których każda ozdobiona jest dwoma posągami. To strażnicy wyznaczający koniec przestrzeni i czasu, strzegący dostępu do niebiańskiej Jerozolimy. Na kolejnym poziomie są cztery baseny z figurami uosabiającymi rzeki, otoczone posągami trytonów i nereid – morskich nimf i syren. Po przeniesieniu fontanny zmieniono tylko imiona rzek, by pasowały do nowej rzeczywistości.
Posąg przedstawiający Arno zaczął symbolizować Oreto – jedną z czterech rzek zasilających swoimi wodami Palermo. Jest też Papireto, dzisiaj płynąca pod miastem kanałami zaprojektowanymi przez meliorantów w XVI w. Imię tej rzeki nawiązuje do rosnących na jej brzegach papirusów, dlatego też wierzono, że Papireto jest córką Nilu. Zanim została wtłoczona pod miasto, miała wielkie znaczenie – źródła arabskie donoszą o licznych młynach na jej brzegach i że jej wody służyły do nawadniania ogrodów warzywnych w Palermo.
Trzecia rzeka to potok Gabriele, której nazwa wywodzi się od arabskiego słowa al Garbal oznaczającego jaskinię z wodą. Czwarta to Nil – jedyna rzeka, która nie zmieniła tu swej historii. Jego potęgę symbolizuje Herkules stojący z dużą maczugą bezpośrednio przed ratuszem.
Za personifikacjami rzek widać nisze z głowami zwierząt. To arka Noego. Jest też basen powyżej, z którego wyłaniają się dwa potwory morskie, trzymające misę otoczoną czterema marmurowymi gęsiami. Żółwie ustawione poniżej stanowią symboliczną granicę między światami, a cherubin na szczycie przedstawia niebiańską Jerozolimę.
Dlaczego Fontana Pretoria oburzyła mieszkańców Palermo
Niebiańska czy nie, Jerozolima nie spotkała się z pozytywnym przyjęciem w Palermo. Była piękna, mówili wszyscy, ale wydawanie pieniędzy na zbytki, gdy miasto było pogrążone w kryzysie, nie wywołało powszechnego aplauzu, którego się spodziewano.
Zaczęto więc przebąkiwać o Fontannie Wstydu, jaki powinien ogarnąć wszystkich – mówiono w Palermo – którzy trwonili miejski majątek na głupoty. Ale jeśli choć trochę znam Sycylię, tego nikt się tak naprawdę nie wstydził. Chyba że, jak mówią inni, chodziło o golasów, których mieszkańcy Palermo musieli oglądać w samym centrum miasta.
Mnie golasy nie przeszkadzały. Usiadłem na placu w miejscu, skąd nie było widać ani tłumów turystów, ani japonek z nadrukowanym w Chinach dziwnym wzorem, ani tym bardziej wózka zachęcającego do wypicia trzech limoncello spritzów w cenie dwóch.
I cieszyłem się, że choć przez moment mam Palermo tylko dla siebie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











