Reklama

Odgłosy kuźni

Odgłosy kuźni

19.01.2015
Czyta się kilka minut
Przykład? Proszę bardzo. Dzwoni urzędniczka z miasta, powiedzmy, powiatowego.
C

Chcielibyśmy zaprosić pana na takie a takie obchody. Prosimy o wygłoszenie wykładu, ten wykład potem będzie wydrukowany w książce. Zwracamy koszta, o ile przyjedzie pan drugą klasą. Samochód? Bardzo mi przykro. Chodzi o uczczenie tego a tego. Może pan też spotkać się z młodzieżą. Wykład będzie wydrukowany. Honorarium 150 złotych. Brutto. Tak, brutto. Za wszystko. Bardzo mi przykro. Cały dzień? Oczywiście, mogę zarezerwować hotel. Mamy takie pokoje obok stadionu”. „Wie pani, nie jestem w stanie przyjąć tej propozycji. Przygotowanie takiego wykładu to co najmniej dwa, trzy dni pracy. Myślenia. W dodatku ma być drukowany. Do tego jazda przez pół dnia, nocleg i kolejne pół dnia w podróży. Pani zgodziłaby się za 150 złotych brutto?”. „Bardzo mi przykro. Mamy tu lokalną telewizję. Zrobią z panem wywiad. I zapraszam na kolację. Ja wiem, że poetom się nie przelewa. Ale taki mamy budżet”. „...

4423

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Bardzo dobry tekst. Gratulacje.

Jestem plastykiem z wykształcenia, oficjalnie tytuł "technik plastyk" w zawodzie wpisuję, wykształcenie średnie gdyż wyższego z różnych przyczyn nie udało się dokończyć więc brak "mgr'a" oraz zaszczytnego tytułu "artysta plastyk". Nie zmienia to faktu, że przez 3/4 swojego życia obcowałem z kulturą wyższą mimo raczej proletariackiego pochodzenia i wykształcenia rodziców (ojciec ślusarz/matka księgowa - zawody zdobyte w mocnym jeszcze PRL'u ). Jako że talent plastyczny w rodzinie był a i doba przemian gospodarczych nadeszła rodzice ( trochę niechętnie, bo to przecież tak niepewny kawałek chleba...) do plastyka po podstawówce wysłali. No i talent się rozwijał, bo chłonny byłem i lubiłem uczyć się nowych rzeczy. Pochodzę z małego miasteczka i nadmienię, że fakt mój bycia w owym plastyku w większym mieście chlubą był rodziców, a czasem nawet ich sąsiadów. I jak tak się kulturalnie rozwijałem, powoli z biegiem czasu też zacząłem zauważać jak się nas artystów traktuje. Niby to szacunek bo robi się coś co nie każdy potrafi, niby to fajnie wśród znajomych itp., itd. Zachwyt nad umiejętnościami był i owszem, komentarze typu: "ja też bym chciał tak malować/rysować", "co ja bym oddał za taki talent jak twój" i inne podobne były na porządku dziennym. Wszystko fajnie, kiedy przyszło do momentu wyżycia z nabytych umiejętności... tu nadmienię, że cała edukacja nie była darmowa-trzeba było opłacać przejazdy z domu do internatu, a w czasach studiów-akademika, dodatkowo materiały plastyczne które nigdy tanie nie były i nadal nie są...więc na około 10 lat edukacji plastycznej uzbierałaby się niezła sumka. Ale wracając do zarabiania na zdobytej wiedzy/umiejętnościach dosyć często realizując już nawet zamówione tematy/obrazy spotykałem się z niezrozumieniem, oburzeniem wręcz wobec wynagrodzenia jakie sobie za ową usługę liczyłem. I tu właśnie odbijało się echem powszechne rozumienie, iż człek kultury mimo szanowanego talentu i "skila" nie był traktowany na równi z pracownikiem fizycznym. Bo przecież ja sobie tylko tak fajnie maluję, prawda? Co to za praca? Ba, nie raz nawet domagali się niektórzy realizacji za darmo argumentujac to np. słowami: "no bo przecież Ty to tak szybko robisz, tak ci to łatwo przychodzi, namalujesz sobie nowy..." Tak, tylko ta łatwość przyszła po paru latach ostrych ćwiczeń, dyscypliny i pewnego uporu, że jak już obrałem taką ścieżkę i zostało na nią wyłożone sporo kaski, to będzie ona moim zawodem i z niej właśnie będę miał chleb w przyszłości. Boli to, że nie każdy to rozumie-nawet dzisiaj...Pracuję w zawodzie, owszem nie jestem ani znany i obrazów nie sprzedaję za ogromne kwoty, raczej rzemieślnikiem jestem nakierowanym na rynek komercyjny, ale dumny jestem, że po tylu latach edukacji nie stoję za ladą w sklepie mimo tego iż fizycznie też zdarzyło mi się pracować ( budowlanka/sprzątanie/dorywcze zajęcia ). Taka to historia - dodam też, że nawet Państwo na pewnym etapie doceniło mój talent i byłem stypendystą Ministra Kultury i Sztuki.

Tak, ma Pan rację. W Polsce mało kto poważnie traktuje ludzi kultury, nauki czy oświaty. Naprawdę pracują - wg większości naszych rodaków - tylko pracownicy fizyczni. Mało kto rozumie, że nieraz do wykładu / też konwersatorium czy lekcji/ trzeba przygotowywać się kilka dni. Jaskrawym przykładem jest dyskusja na temat pensum nauczyciela / nawet dla niektórych dziennikarzy z "Rzeczpospolitej" czy "Gazety Wyborczej", co jest trudne do zrozumienia, to tylko 18 godzin przy tablicy/. Pamiętam z lat osiemdziesiątych rozmowę z prof. A. Mycielskim w Szczawnie Zdroju /wtedy wykładał na ATK filozofię prawa/, który powiedział, że przed wojną na USB w Wilnie jako docent otrzymywał 450 zł, osobno "od główki" za egzamin 3 zł, a za 3 złote można było zjeść w restauracji wileńskiej dobry obiad i wypić kieliszek wina. To wszystko co było w PRL-u określał słowami "afrykańskie stosunki". Myślę, że afrykańskie stosunki /przynajmniej w dziedzinie kultury, nauki i edukacji/ nadal panują w RP, choć minęło już 25 lat od upadku komunizmu.

W PRL-u za szczególne osiągnięcia na niwie kultury można było otrzymać M-3, albo przysposobić lokal na tzw. ziemiach odzyskanych nierzadko z muzealnymi dziełami sztuk pięknych. Przysłuchiwałam się niedawno dyskusji w studio na temat kondycji polskiego teatru. Co grać i za ile. Czy artyście wolno wszystko i czy każda sztuka jest opłacalna. Przeciętny bywalec teatru zwykle gustuje w klasyce, a każde odstępstwo, awangardę poczytuje jako dziwactwo reżysera.Z gustami się nie dyskutuje, a teatr, jak wiadomo, nie tylko dla elit jest. Jego powszechność musi się opłacać. Szkolne wycieczki nie wyrównują strat, a do odbioru sztuki trzeba młodzież przygotować. Pomysł z teatrem w Internecie dobry, choć pełen odbiór jest okrojony jakby wszystkie zamachy wyparowały. I tak to jest. Nie zawsze opłaca się oszczędność. Może mniej pomników ze spiżu, a więcej w przestrzeń międzyludzką. Minęło trochę od upadu komunizmu o czym mówi nam kalendarz, ale człowiek jeszcze jedną nogą, ma wrażenie, w nim tkwi. Przyzwyczajenie to ponoć druga natura człowieka

Polska szkoła, mimo wszystko, stoi na nogach, bo wciąż jeszcze mamy wielu mistrzów, nauczycieli z pasją oraz zdolną/twórczą młodzież. Do ministrów szczęścia nie mamy. Talentów w postaci twórczych pomysłów odmówić im nie można, ale znajomości tematu, doświadczenia i praktyki niestety mało. Projekty unijne rzecz dobra, ale dziury nadal wyłażą. Po godzinach można pracować, w ferie, dni świąteczne też, ale w piecu trzeba grzać, bo na lekarstwa nas nie stać. Wspominam swojego nauczyciela chemii. Zawsze elegancki, w garniturze w kolorze blue. Z czasem przybierał barwy jego srebrnych włosów, trochę leżał na nim jak na wieszaku, a nadal się trzymał. Kochany, dobry człowiek.

Z czasów komuny zostały nam prace społeczne, godziny po godzinach na rzecz instytucji. Trzeba oddać.Strajkować urzędnicy w ślad za lekarzami idąc nie będą. Nie pozostawią bez opieki dzieci skoro nie ma komu się zająć. Co by nie powiedzieć instytucja staje na wysokości zadania. W zasadzie trzeba by podjąć jakąś refleksję pytając o rolę szkoły i Ministra Edukacji również. Bo tu nie chodzi o ciągłe reformy, odkrywanie wciąż na nowo ameryki, projekty, burze mózgów, tudzież pisywanie nowych podręczników etc. Chodzi o to, aby chciano się uczyć, a to zależy od wielu czynników. Niestety godziwej płacy też.

Kultura jest ważna, ale tylko w deklaracjach polityków czy tzw. działaczy samorządowych. Przypatruję się od lat jak funkcjonuje kultura na lokalnym poziomie. Mamy fundacje, stowarzyszenia, które chcą coś robić. Ale natrafiają na opór ze strony władz. Trudno o dotacje na realizację zadań publicznych, jak już dają to na sport (zresztą w wielu urzędach funkcjonują wydziały sportu, turystyki i kultury - na ostatnim miejscu). Domy kultury są raczej do robienia propagandy wójtowi czy burmistrzowi. Organizują dni miasta, gdzie za samorządowe pieniądze może pokazać się włodarz. Czasem jeszcze nauka gry na instrumentach (odpłatne), jakieś kółko teatralne dla dzieci i na tym kończy sie gminna kultura. Są oczywiście wyjątki. Ja mieszkam w okolicach Konina i dobrych przykładów trudno szukać (wyjątkiem jest np. Biblioteka Publiczna w Starym Mieście - znana pewnie niektórym redaktorom TP).

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]