Ocalony kierunek zachodni

Od prawie dwóch dekad Unia Europejska odrabia "lekcję bałkańską". Mimo ogromnego wysiłku, miliardów euro i niekończących się negocjacji politycznych sytuacja na obszarze byłej Jugosławii jest daleka od stabilizacji.
Czyta się kilka minut

Postępy w odbudowie Bośni czy Kosowa osiągane są w bólach, a dzisiejszy kruchy ład opiera się bardziej na zamrożeniu i kontroli lokalnych napięć niż na ich skutecznym wygaszaniu. Nadzieje na uzyskanie członkostwa w Unii są bodaj jedynym skutecznym w dłuższej perspektywie narzędziem nacisku samej Wspólnoty na państwa regionu. Z kolei dla prozachodnich elit politycznych w Serbii, Bośni czy Kosowie perspektywa akcesji jest istotnym czynnikiem legitymizującym ich wysiłek reformatorski.

Zależność między rozszerzeniem Unii a trwałą stabilizacją Bałkanów zachodnich jest źródłem poważnego dylematu, o którym mogliśmy się przekonać w zeszłym tygodniu, gdy uwaga większości stolic europejskich skierowana była w stronę Serbii. Ewentualna przegrana ubiegającego się o reelekcję prezydenta Borysa Tadicia i zwycięstwo Tomislava Nikolicia z Serbskiej Partii Radykalnej byłoby nie tylko prestiżową porażką Unii, ale i zagrożeniem dla prozachodniego nurtu w polityce serbskiej. Aby wesprzeć Tadicia, odwleczono ogłoszenie "kontrolowanej niepodległości" Kosowa oraz chciano podpisać wynegocjowaną z Serbią umowę stowarzyszeniową ze Wspólnotami. Temu ostatniemu sprzeciwiła się jednak Holandia argumentując, że podpisanie umowy powinno być uzależnione od współpracy kontrolowanego przez Vojislava Kosztunicę rządu z Trybunałem ds. Zbrodni Wojennych w dawnej Jugosławii, a zwłaszcza od schwytania i wydania w ręce Trybunału generała Radko Mladicia.

Wygrana Tadicia jest zwycięstwem demokratycznej Serbii, a nie UE. Ta ostatnia stoi przed wyborem między zachowaniem wiarygodności w regionie poprzez stworzenie Serbii perspektywy członkostwa a wiarygodnością wobec ofiar czystek etnicznych oraz swoich własnych społeczeństw, dla których wojna domowa w Jugosławii była doświadczeniem kształtującym myślenie o tożsamości politycznej Unii. Upór Holandii jest zatem ryzykowny, lecz zasadny.

Lekcja serbska przyniosła Unii nauczkę w innym obszarze. Na narastającym zamieszaniu na linii Belgrad-Bruksela skorzystała Rosja, która pod koniec stycznia podpisała umowę w sprawie sprzedaży rosyjskiej spółce Gazpromnieft’ 51 proc. akcji w strategicznym serbskim koncernie energetycznym NIS oraz budowy na terytorium Serbii odcinka gazociągu South Stream przez rosyjski Gazpromexport. W ten sposób Unia przegrywa energetyczny wyścig z Rosją, za co przyjdzie nam wszystkim kiedyś zapłacić. Powodzenie Rosji jest koronnym dowodem na to, że sama polityka rozszerzenia to za mało, aby Unia mogła osiągnąć sukces na Bałkanach. Potrzebna jest perspektywa strategiczna, bez której nie da się nie tylko obronić własnych interesów, ale i w przyszłości skutecznie zarządzać antagonizmem między Serbią a Kosowem, tak jak przez wiele lat z sukcesem udało się to NATO w przypadku Grecji i Turcji.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 07/2008