Reklama

Obama sobie nie poradzi

Obama sobie nie poradzi

15.01.2009
Czyta się kilka minut
Obama chce wydawać wielkie pieniądze publiczne, aby zwalczyć kryzys. Niesłusznie: kapitalizm musi mieć wzloty i upadki. Nierentowni muszą upaść - pisze amerykański politolog Edward N. Luttwak
P

Paul Krugman, ostatni laureat Nobla z ekonomii, napisał kiedyś książkę "Pop economics", w której atakował także poglądy moje i jeszcze paru osób. Nie widział cienia racji w moim twierdzeniu, że ufinansowienie i umiędzynarodowienie gospodarki USA gwałtownie zwiększy nierówności dochodów i zamożności. Być może znów się zniży, by mnie zaatakować za nieśmiałą krytykę dzisiejszej konwencjonalnej mądrości, która szuka właściwej odpowiedzi na gospodarczy kryzys.

Niemal wszyscy eksperci akademiccy i polityczni oraz wyżsi urzędnicy - zarówno z ustępującej administracji prezydenta Busha, jak i nominowani już przez Obamę - a także ich partnerzy w rządach większych państw preferują trzy zasadnicze środki zaradcze:

- obniżenie stóp procentowych, aby zachęcić inwestorów;

- bezpośrednie dotacje, na początku tylko dla instytucji finansowych, a potem, gdy pojawili się kolejni chętni, również dla np. koncernów samochodowych;

- oraz roboty publiczne lub raczej wielki wzrost wydatków na wszelkiego rodzaju infrastrukturę.

Nie ma żadnej debaty, a światowi inwestorzy okazują swój brak pewności siebie w milczeniu, nie kupując akcji na światowych giełdach i przez wstrzymywanie bezpośrednich inwestycji.

Jednym słowem: istnieje zgoda, aby patrzeć na obecne załamanie na rynkach jako na pierwsze stadium Wielkiego Kryzysu, z którym trzeba sobie radzić za pomocą tych trzech głównych środków zaradczych.

Światowi inwestorzy nie uzasadniają swej krytycznej postawy wobec takich zmierzeń, nie podają żadnego historycznego porównania. Jeśli już, to przywołują długą stagnację w Japonii w latach 90., w obliczu której owe trzy środki zaradcze generalnie zawiodły - a prawdopodobnie przyniosły rezultaty wręcz odwrotne.

Punkt, z którego wychodzi wielu inwestorów zakłada, że kapitalizm musi mieć swoje wzloty i upadki. Że musi się załamywać, aby potem rozkwitać. Oraz że kryzysy są w kapitalizmie niezbędne, aby likwidować przeinwestowanie, nadmierne wydatki itd. Przede wszystkim zaś, kryzys zapewnia przyszły wzrost przez bankructwa nieefektywnych przedsiębiorstw, które nadużywają siły roboczej czy kapitału. Ich załamanie uwalnia środki dla bardziej efektywnych firm, które mogą wzrastać i wytwarzać majątek - to klasyczna teoria "twórczego zniszczenia", inaczej: "kreatywnej destrukcji".

Patrząc z takiego punktu widzenia, np. nadużywanie przez koncern General Motors jego malejącego już kapitału do utrzymywania nadmiernej siły roboczej spowodowało upadek Detroit i zaszkodziło gospodarce USA jako całości. Tymczasem po jego bankructwie nastąpiłoby pojawienie się prężnych firm, palących się do kupowania dawnych maszyn z GM po symbolicznych cenach, do zatrudniania dawnych pracowników GM za realistyczne stawki i do wynajmowania za grosze pomieszczeń w dawnych fabrykach GM. Na początku mogą to być firmy bardzo małe, ale mogłyby szybko się rozwijać, podczas gdy GM może się tylko pogrążać.

Są poważne zastrzeżenia do każdego z trzech zalecanych powszechnie środków zaradczych. Argument przeciw zerowej czy bliskiej zeru stopie oprocentowania brzmi, że w rozwiniętych społeczeństwach wielu emerytów jest zależnych od dochodów z oprocentowania (dziś jeszcze więcej, gdy wycofali się z akcji). Dlatego obcięcie stóp procentowych zmniejszy popyt, a to z kolei zmniejszy inwestycje, nawet jeśli koszty finansowe będą niskie.

Zastrzeżenie co do bezpośrednich dotacji - początkowo przyznawanych jedynie instytucjom finansowym, a teraz także koncernom samochodowych - sprowadza się do konstatacji, że publiczne pieniądze są w ten sposób używane do dotowania niewydajności, redukując tym samym środki dostępne dla firm wydajnych. Co do robót publicznych, czy raczej większych wydatków na wszelkiego rodzaju cele infrastrukturalne, to oczywistym faktem jest, że w rozwiniętych społeczeństwach (np. w USA, bo nie w Chinach) pieniądze przeznaczone na budowę autostrad, mostów, tuneli, oczyszczali ścieków itd. nie prowadzą do zakupów sprzętu i zatrudniania pracowników, dopóki prawnicy wszystkich stron nie osiągną porozumienia co do wpływu na środowisko, wpływu na sąsiedztwo itd. To trwa latami; w tym zaś czasie zatrudnienie nie rośnie, bo zatrudnionych jest w istocie tylko kilku prawników.

Szybsze rozwiązanie proponowane przez Obamę opiera się na transferze pieniędzy do stanów i do miast, które mają już zaaprobowane plany. Na początku to może zadziałać. Ale skandale, które zablokują pracę dla wszystkich (z wyjątkiem prawników), są nie do uniknięcia, jeśli fundusze federalne mają dystrybuowane w taki sposób.

Kto ostatecznie ma rację? Tego dowiemy się do końca 2009 r.

Jeśli odbudowa będzie w trakcie, konwencjonalne mądrości okażą się prawdziwe.

W innym przypadku - trzeba będzie się na nowo zastanowić, co dalej...

Przełożyła PB

EDWARD N. LUTTWAK jest amerykańskim politologiem, ekspertem w Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych w Waszyngtonie. Stale współpracuje z "TP".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]