Reklama

O bezwstydzie w naszych czasach

O bezwstydzie w naszych czasach

15.11.1998
Czyta się kilka minut
O banalnym romansie Clintona napisano już wiele, zbyt wiele zastanawiąjąc się nad jego skutkami dla samego prezydenta, dla Stanów Zjednoczonych, dla władzy w ogóle czy też dla demokracji. Można jednak spojrzeć na sam romans i na całą jego otoczkę polityczną i obyczajową od zgoła innej strony, widząc w nim przejaw - bardziej drastyczny niż inne - zjawisk powszechnie spotykanych w Stanach i Europie, tak częstych, że zaczynają stanowić charakterystyczny rys naszych czasów, a określiłabym je jednym słowem: bezwstyd..
P

Pojemne to słowo i stare, raczej o znaczeniu kulturowym niż moralnym; jak stare, wystarczy przypomnieć Biblię. Bezwstydni byli Adam i Ewa w raju, gdyż nie wstydzili się swej nagości. Bezwstydny w tym wypadku to niewinny, to czysty, to nie znający ani zła, ani wstydu, a jednocześnie ten, kto obnaża to, co niegodne ukazania. Właśnie to drogie znaczenie, nie niewinności, lecz obnażenia związało się z pojęciem bezwstydu przez wieki, i to z całą jego dwuznacznością. Nigdy nie było bowiem jasne, czy bezwstydnicą jest kobieta, która ośmieliła się obnażyć nagie piersi, czy obsesyjny mnich, który to podpatrzył i doniósł św. Inkwizycji, widząc w niewinnym geście obecność samego diabła. Obnażać siebie: czasem w śmiałości swej prawdy, czasem przeciwnie - w grzechu, w popełnionym złu, i obnażać kogoś w tym, co powinno być przed oczyma natrętów zakryte - takie są dwie twarze bezwstydu.

Bezwstyd to brak wstydu, a wstyd łączy się natychmiast z winą, wina z grzechami. ze złem, co zaś należy uznać za zło w jakimś określonym przypadku, nie jest do końca jasne. Wyobrażenia się zmieniały w naszych dziejach, różne klasyfikacje złych czynów konkurowały ze sobą, że wspomnę tylko klasyfikacje Arystotelesa, Cycerona, Piotra Lombarda lub Dantego. Nawet wskazania Dekalogu nie są trwałe. Zapuszczać się w tę pogmatwaną historię wierzeń, przesądów, bogobojnych deklaracji i okrutnych wyroków nie mam najmniejszego zamiaru. Trudno byłoby nazwać bezwstydnikiem rycerza krucjaty, chełpiącego się ilością obciętych tureckich głów i nie była bezwstydną kurtyzana, podążająca z podniesioną głową do sypialni władcy. Inne to były obyczaje i zostawmy historykom ich opis. Nas dziś interesują współczesne przejawy zjawiska, a te bywają rozmaite, niektóre są wstrząsające, niektóre budzą co najwyżej obrzydzenie.

CZYN NIEGODNY
Chcę wpierw zwrócić uwagę, że bezwstyd nie jest prostym przeciwnikiem wstydu. Wstyd jest zawsze własny, osobisty. Pojawia się wbrew woli, często bez należytej refleksji, a mimo to ma siłę, by odebrać nam cały spokój. Od wstydu nie można uciec, pojawia się i męczy, gdyż natychmiast jasne są nam jego racje. Przeżywamy go najczęściej w samotności, bez świadków, nie lubimy się do niego przyznawać. Wstydzę się przed samym sobą, wstydzę się swego czynu, myśli, postępowania, słabości, gdyż nie są one zgodne z moimi wartościami. Wstyd jest mój, słuszny lub niesłuszny, sam to oceniam, sam to czuję, choć inni nie wymagali, bym się wstydził i mogą nie dostrzegać gnębiących mnie wyrzutów sumienia. Nikt natomiast nie ma mocy nakazać mi wstydu. Społeczność może mnie oskarżyć o winę, to jej prawo. Może też w następstwie tej winy zawstydzić mnie, starać się wywołąć wstyd. Gdy mimo jej nacisku wstydu nie czuję, nazywa mnie bezwstydnikiem. To jej ocena. Wstyd zatem jest kategorią egzystencjalną. Bezwstyd kategorią społeczną. Jest to społeczna opinia wydawana na podstawie wartości, norm, nakazów i zakazów tej społeczności właściwych. A społeczności. zwłaszcza niewielkie, mają to do siebie, że są mało tolerancyjne, rzadko otwarte, ferują więc wyroki, niekiedy niesprawiedliwe, często głupie. Przykładów nie należy szukać daleko. Przeczytałam niedawno, że bezwstydnikami są ci przedstawiciele kultury w Krakowie, którzy domagali się uszanowania uczuć Żydów, dotkniętych prowokacyjną akcją na Żwirowisku.

O bezwstydzie należy mówić z wielką ostrożnością. Tam, gdzie chodzi o normy obyczajowe, a tym bardziej o wartości, zawsze się będą pojawiały konflikty i wobec takich dziś stajemy niemal na każdym kroku. Są jednak pewne wartości niezbywalne, podstawowe, takie, jak życie ludzkie lub sam człowiek. Nie mam więc wątpliwości, że bezwstydny jest ten, kto popełnił zło, zabił i nie żałuje, a co więcej, drwi sobie z naszego zgorszenia. Jest on ekshibicjonistą zła. Popełnił je, ale się nie wstydzi, nie ma wyrzutów sumienia, lekceważy swój czyn, lekceważy prawa, które ten czyn za zły uznają, lekceważy opinię innych ludzi. Jest bezwstydny, jak ten osiemnastoletni chłopak, który zamordował i chwalił się, jak był zręczny i pomysłowy w zabijaniu. Kiedy się spotykamy z takim faktem, ogarnia nas przerażenie. Stoimy bowiem wobec zła w jego czystej postaci, zła, które z nas kpi, kpi z całego z trudem budowanego świata kultury. To zło świat rujnuje i odsłania kruchość jego podstaw.

Ktoś powie, źe to patologia. Ale ta patologia zakreśla szerokie kręgi. I nie wolno nam nie zadawać pytań: gdzie leżą źródła braku skruchy, która w tym wypadku wydaje się naturalna, dlaczego tak się dzieje. kto tu zawinił, w czym? Skąd płynie obojętność wobec czyjejś śmierci, czyjegoś cierpienia? Czy wolno zwalić winę tylko na media, czy jest to głębszy proces? Faktem jest tylko, że z takim bezwstydem spotykamy się zbyt często. Nie o nim jednak chcę mówić. Stanowi on problem zbyt poważny, bym mogła w tym krótkim szkicu go rozwinąć. Zresztą nie czuję się na siłach; chcę powiedzieć parę stów o bezwstydzie, który nie jest aż tak drastyczny. Najczęściej jest on następstwem czynów, które na pozór nie są złe. a w każdym razie trudno byłoby je tak jednoznacznie określić. Są jednak niegodne.

Stówo „niegodny” niemal zniknęło z naszego słownika, a szkoda, odnosi się bowiem do spraw ważkich. Używa się go w różnych znaczeniach, wszystkie w jakiś sposób są zależne od definicji godności. Juliusz Domański sięgając do Cycerona, przedstawił kilka takich definicji. Z niektórych tu skorzystam, przede wszystkim z uwagi, że korzeń etymologiczny dignitas prowadzi do obszaru pojęć raczej estetycznych niż antropologicznych i etycznych, co nie znaczy, aby się tu na estetyce kończyło. Stąd wniosek, że niegodny czyn to taki, którego się czynić nie godzi, gdyż narusza ład, stan harmonii naszego bycia, o ile w ogóle taka istnieć może. Niepięknie jest bić leżącego, mówić źle o nieobecnym, skarżyć się, używać argumentów ad personom, popełniać niedyskrecję itd., itd. Nie są to czyny i zachowania, które można podciągnąć pod kodeks kamy, nie stanowią bowiem podstawy dla oskarżenia o brak moralności, a jednak jesteśmy świadomi ich niestosowności. Czyn niegodny to także taki czyn, który jest „nie w czasie", a więc nieodpowiedni do miejsca, okoliczności, osoby. Razi nasz smak. Narusza także normy współżycia, normy niepisane, czasem nawet zbyt tradycyjne, dla niektórych wręcz przestarzałe, wywodzące się z rycerskich kanonów, ale jakże piękne i jak ułatwiające społeczne życie.

Samo jednak słowo: niegodność, wskazuje na to, co dla niego najistotniejsze. Czyn niegodny narusza ludzką godność, przeciwko niej zazwyczaj występuje, jej poniżenie ma na celu. Dlatego, gdy gospotykamy, czujemy obrzydzenie, a sprawcę gotowi jesteśmy uznać za człowieka bez wstydu. Prasa polityczna roi się od takich wypowiedzi, które uwłaczają czyjejś godności. Pełno ich w różnych demagogicznych wystąpieniach, nawet w merytorycznych z pozoru dyskusjach, w których - jak to widać - nie o rzecz chodzi. lecz raczej o zniszczenie przeciwnika. Czasem jest to jakaś mała aluzja, czasem drobna, niekoniecznie rzetelna informacja, wyolbrzymiona, rozdęta, czasem dezinterpretacja stanowiska i słów - zaiste bogactwo tego politycznego oręża jest niewyczerpane i użycie go tak dalece wydaje się już normalne, że ci. co nim operują, nie czują wstydu, są bezwstydni.

Zostawmy jednak politykę, gdyż nigdy nie była święta. Cała jej historia jest pełna niegodnych czynów, pełna bezwstydnie chełpiących się swą zręcznością władców. Tu często bezwstyd łączy się z cynizmem. Nie chcę twierdzić, że wszyscy politycy muszą się uciekać do czynów niegodnych, tak być nie musi. Ale wielka fala zawsze niesie z sobą pianę.

CIEKAWOŚĆ GAWIEDZI
Zwykłe życie społeczne nie jest także wolne od bezwstydu. Dziś zwłaszcza w naszym pragmatycznie nastawionym święcie, wobec relatywizacji wszelkiego rodzaju wartości, jest on obecny niemal na każdym kroku, tak że przestajemy być nań wrażliwi. Różne niegodne czyny wydają się być czymś zgoła naturalnym. Sprawa Clintona zwraca uwagę na szczególny ich rodzaj, może najbardziej charakterystyczny dla współczesności. Dobrze o tym wiemy, że bezwstydną jest rzeczą zaglądać sąsiadowi do garnka. Każdy człowiek ma prawo do swej prywatności, do prywatnych opinii, kontaktów, do swych marzeń i przyjemności, jak i do cierpień, przeżywanych w samotnym skupieniu. Ma też prawo do jedynego miejsca, jakim jest jego własny dom. gdzie może być u siebie, sam z sobą, bez ciekawskich oczu. Dom to schronienie, przystań, ucieczka przed natręctwem, miejsce, do którego się wraca i miejsce intymnych wzruszeń. Każdy pragnie mieć dom. choć mało kto go ma. To prawda, że czasem kryje on w sobie piekło. Rodzi się więc problem granic prywatności. Kiedy je wolno przekroczyć lub wręcz przekroczyć trzeba? To wielki problem naszych czasów. Jest rzeczą oczywistą, że zbrodnia nie może korzystać z azylu prywatności. Ale nie o nią i jej skrywanie tu chodzi.

Myślę o ciekawości nienasyconej gawiedzi. Gawiedź to nie jest kategoria socjologiczna. to nie jest klasa czy warstwa, to raczej sposób bycia, niewybredny ale rozpowszechniony. Gawiedź jest ciekawa. Bez ciekawości nie byłoby wiedzy, to prawda, lecz zainteresowania gawiedzi nie skupiają się na zjawiskach tego świata i możliwościach ich zrozumienia. Ona śledzi bezwstydnie życie innych, a zwłaszcza tych możniejszych od siebie. Ileż jest więc w naszych czasach tej ciekawości podejrzliwej i natrętnej, przed którą niegdyś broniły mury i straże, a dziś jest ona panem i potrafi się pastwić nad swym przedmiotem. Przed tą ciekawością nie ma dziś obrony. Teleobiektyw to nie dziurka od klucza. Pod tym względem Orwellowski świat w pełni się zrealizował. Każdy może mieć w swej sypialni telewizyjne oko, o ile tylko zaspokojenie ciekawości leży w czyimś interesie.

Gawiedź zawsze miała swych idoli, których wielbiła i lubiła podglądać. Gawiedź zawsze kochała widowisko, choćby było najbardziej ponure. To już Plularch pisał, że wścibstwo niezbyt chętnie zajmuje się sprawami wesołymi, lecz woli oglądać tragedie. „Toteż, gdy ktoś opowiada o weselu, o uroczystej ofierze, o honorowym orszaku. wścibski człowiek jest słuchaczem obojętnym i nieuważnym... Ale jeśli usiądzie przy nim ktoś, co ma do opowiadania o zgwałceniu dziewicy, albo o wiarołomstwie żony, albo o przygotowaniach do procesu, albo o kłótni między braćmi, to on ani myśli drzemać", najchętniej zaś „uszy wścibskiego wtłaczają krwiożercze opowieści o wypadkach ohydnych i przynoszących zmazę".

Cytuję Plutarcha i widzę, że pod tym względem niewiele się w naszym życiu zmieniło. Znamy, co prawda, inne czasy, odległe czasy greckie, gdzie widok śmierci i zbrodni raził estetyczne gusta. Klitajmnestra zabija Agamemnona za sceną, nikt nieogląda wiszącej Jokasty lub trupa Polineika. Czyżby jedynie tragedia antyczna potrafiła wznieść się na takie wyżyny? Ten kanon estetyczny szybko został odrzucony. Dziś śmierć nie ty lko ciekawi, ona bawi. Film bez kilku zmasakrowanych trupów szybko schodzi z ekranu. Co więcej, ta chorobliwa ciekawość gawiedzi zaraża elity, które pozbyły się skrupułów i bez oporu usiłują obnażyć to, co najbardziej intymne. Na taśmach utrwala się cały przebieg porodu łub chwile autentycznej agonii. Wszystka się staje przedstawieniem, tym ciekawszym, tym bardziej pożądanym, im bardziej jest intymne. W ten sposób staje się też wulgarne. Zniesienie rozmaitych społecznych tabu, co sobie cenimy, odrzucenie hipokryzji, która zawsze była rzeczą wstrętną. chyba nie muszą i nie powinny prowadzić do nurzania ludzi i ich uczuć w bagnie. Wścibstwo było zawsze, dziś jednak trzeba przedmiot ciekawości nie tylko opisać. podać informację, lecz przede wszystkim pokazać, nadając dobrze wyreżyserowaną formę. Żadnych hamulców tu ciekawscy nie mają. Są bezwstydni.

SPEKTAKL BEZ GRANIC
Bezwstyd naszych czasów nie da się wyjaśnić tylko w estetycznych i moralnych kategoriach, choć się z nimi wiąże. Jego korzeni trzeba szukać gdzie indziej, tak zresztą jak i całej cywilizacji spektaklu, która dziś panuje. Nie wdając się w analizy chcę tylko zaryzykować twierdzenie, że owa żądza spektaklu rośnie wraz z demokratyzacją społeczeństw, a przede wszystkim z rozwojem technik informacji. Większe możliwości jej zdobycia rozbudzają pragnienie zaspokojenia ciekawości. Ludzie są ciekawi, chcą wiedzieć, kto i jak umarł, kto z kim przebywa, z kim śpi, co je, jak mieszka, skąd ma pieniądze, jeżeli cierpi, to dlaczego, jeżeli się cieszy, to co się za tą radością kryje. Każdy sekret budzi chęć jego odkrycia. To bowiem, co zasłonięte, rodzi podejrzenie. Właśnie podejrzenie jest jednym z najsilniejszych dziś motorów nie tylko owej ciekawskiej gawiedzi. Demokracja domaga się jawności życia politycznego i społecznego. Jest to zasada na pewno słuszna, ma jednak także swą negatywną stronę. Skoro bowiem jawność obowiązuje, nie powinno się kryć nawet najbardziej intymnych momentów życia, zwłaszcza ludzi na świeczniku. Jeżeli ktoś coś skrywa, nie czyni tego bez przyczyny, może więc czymś nam grozi, może coś knuje. Każdy, kto doszedł do sławy, pieniędzy lub stanowiska, jest więc otoczony siecią podejrzeń. Lud dostrzega wszędzie maski i żąda ich zdarcia.

Prócz podejrzenia jest jeszcze zawiść, stare ludzkie uczucie, nienawistne, jak je określił pięknie Plutarch. A zawistnik, pouczał nas z kolei Platon, wyobraża sobie, „że aby wyróżniać się od innych, oczerniać trzeba innych". By oczernić, trzeba zdobyć odpowiednie informacje. Dziś zaś zdobyć je łatwo i łatwo odpowiednio spreparować.

Podejrzliwość, zawiść to zwykłe ludzkie cechy, lecz w tej bezwstydnej żądzy spektaklu tkwi coś więcej. Jest rzeczą oczywistą, że spektakl, którego aktorami są żywi mani ludzie, choć występują w nim wbrew woli, silniej podnieca. To nie iluzje, fikcje, to twarda rzeczywistość, która na próżno się kryła, to śmiałe obnażenie. To także forma uczestnictwa w tym wielkim teatrze. Znika bowiem kurtyna dzieląca widza od sceny. Co więcej, widz ma satysfakcję, gdyż zyskuje moc ingerencji w sztukę. Zna jej didaskalia, zna to, co przebiegało poza kulisami, staje się zatem panem, władnym ubóstwić lub zdeptać. Od jego woli, woli widza, zaczyna zależeć przebieg dramatu. Zaiste, ogromna to satysfakcja. Zapomina się łub po prostu nie bierze się pod uwagę, że czyniąc spektakl z czyjegoś życia, odbiera mu się nie tylko prywatność, lecz także wolność. Spektakl tę wolność gwałci. Któżby się jednak pozbawił spektaklu, któżby zrezygnował z uciechy. Istnieje zresztą ideologia, która nie tylko tę niedyskrecję usprawiedliwia, lecz wręcz ją propaguje, gdyż jest paradoksalnie konsekwencją najpiękniejszych zasad demokracji. Wszakże lud ma prawo wiedzieć lub żąda informacji. On jest suwerennym i decyduje o losach wszystkich obywateli. A że środki tej informacji są coraz potężniejsze i nie stawiają sobie żadnych granic, to trudno, lud się cieszy i napawa swe oczy spektaklem.

Proszę czytelnika, by nie myślał, że jestem przeciwko demokracji, choć przykro mi patrzeć, jak niekiedy demokracja zmienia się w rządy gawiedzi. Proszę nie myśleć. że chciałabym wprowadzenia jakichś praw ograniczających informację, czegoś w rodzaju cenzury. Nic z tych rzeczy. Nie żądam zniszczenia gazet, teleobiektywów i intemetu. znakomitych osiągnięć naszej cywilizacji technicznej. Zresztą byłby to pomysł nie do zrealizowania. Biegu świata nie da się zatrzymać. Tak już jednak jest, że każde ludzkie osiągnięcie naukowe, ustrojowe (demokracja takim jest, na pewno). techniczne, ciągnie za sobą swój cień i ten cień nie jest łatwo rozproszyć. Może jest on ceną, którą musimy płacić za każdy krok zrobiony naprzód? Nie można się jednak powstrzymać od pytania, gdzie leżą granice między tym, co się godzi czynić i tym. co się nie godzi. Czy takich granic już nie ma? Czy nikt już nie czuje wstydu wdzierając się w intymne życie innych? W którym miejscu informacja staje się bezwstydna? Zastanowić się także trzeba, kto jest bezwstydny, czy ten. który zostaje obnażony, czy ten, kto obnaża. Zwróćmy bowiem uwagę na jeszcze jedną rzecz, może najistotniejszą. Oto w żądzy spektaklu, która przyzwala nawet na czyny niegodne, przekracza się nie tylko dobry smak. Zaczyna się tu iść niebezpieczną drogą, traktując człowieka nie jak człowieka, istotę wolną, mającą prawo do własnej intymności czy to w bólu, czy w miłości, czy w chwili śmierci, lecz jako przedmiot, który wolno poddać ze wszystkich stron informatycznej obróbce, a to już groźne zjawisko.

Barbara Skarga

TP 46/1998

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]