Nikt nie musi

Czytam w kąciku "Złote usta" ("Gość Niedzielny" z 17 sierpnia) jednozdaniową wypowiedź opozycyjnej posłanki, która spędzając urlop w górach "jest szczęśliwa, że nie musi oglądać telewizji" (tu pada nazwa stacji). Rozumiem ulgę pani poseł, choć nie bardzo rozumiem zasadności tej ulgi, jako że poza rzecznikami prasowymi nikt chyba nie "musi" konsumować przekazów medialnych, czyichkolwiek i gdziekolwiek. Faktem jest natomiast, że tę naszą wolność uświadamiamy sobie za rzadko i tak jakby ona nie istniała naprawdę. Zaproszenie sto razy w ciągu dnia płynące do nas z głośników i ekranów: "zostańcie państwo z nami" traktowane jest jak wiążąca przysięga. Łykane jest wszystko, jak leci.
Czyta się kilka minut

Dopiero co przeżywaliśmy smutek wyjątkowo gorzki: śmierć żołnierzy zabitych w zamachu terrorystycznym, na wojnie, której czarne perspektywy są coraz bardziej bezlitosne. Komunikaty i komentarze skupiały się na pytaniach, na które nie ma pocieszającej odpowiedzi, i na pewnikach, że trzeba spodziewać się tylko gorszego. W takich godzinach przekazy medialne uparcie skupiające się np. na plotkach i wpadkach z nieustannej wojny podjazdowej między najwyższymi urzędami, na powracaniu do scen mogących budzić tylko zażenowanie, odczuwało się jako trudne do zniesienia. Wybawieniem był pilot: bo po co raz jeszcze oglądać, raz jeszcze słuchać, raz jeszcze odczuwać wstyd i bezradność? Nie muszę i nie będę - mówiło się wtedy ufając, że nie my jedni tak właśnie reagujemy. I niewiele to miało wspólnego z konfrontacją poglądów politycznych...

Dwa zainteresowania medialne, wyjątkowo uparcie lansowane, chciałoby się choć trochę zredukować. Jedno wyraża się w nieustannych sondażach, analizie spadku i wzrostu procentów poparcia, zmiany pierwszych miejsc przyznawanych politykom itd., itd., itd. Przestaje mieć znaczenie, czy w ogóle sondaże te są reprezentatywne i ile dni (a może tylko godzin) trwa ich aktualność. Druga sfera tematyczna to uparte wprowadzanie perspektywy wyborczej - zupełnie niezależnie od tego, czy rzeczywiście wybory to jest to, co nas czeka za najbliższym zakrętem. Mamy połowę kadencji prezydenckiej, ale każe się nam już rozważać szanse przyszłych kandydatów, a nie owoce aktywności dzisiejszej, ważne dla Polski tu i teraz. Jesteśmy niecały rok po wyborach do parlamentu, ale przynajmniej raz na parę miesięcy wraca kwestia przyszłego układu sił w Sejmie, którego nie ma. Zupełnie tak, jakby to cokolwiek znaczyło dla wyników głosowań tu i teraz.

Dobrze byłoby, gdyby choć w tych dwóch tematach zapanował rodzaj sprzeciwu właścicieli pilotów. Nie muszę, więc nie będę - słuchać, oglądać, dać się zapraszać do jałowych dialogów i pozornie ważkich konfrontacji. Jest tyle spraw leżących nam na sercu, bliskich, ważnych, wartych uwagi. I ludzi, którzy mogą powiedzieć nam na ten temat coś, czemu nasz czas i uwagę poświęcimy z przekonaniem, że warto.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 35/2008