Nikt nie jest nikim. Andrea Arnold w „Bird” znowu staje po stronie niewidzialnych

Przekonujący jest w tym filmie klimat nadmorskich peryferii, z niewesołym wesołym miasteczkiem i domowym barłogiem. Duża w tym zasługa Robbiego Ryana, którego rozedrgana kamera zdaje się oddychać razem z bohaterką.
Czyta się kilka minut
Franz Rogowski w filmie „The Bird”, reż. Andrea Arnold, 2024 r. // Robbie Ryan / materiały prasowe Gutek Film
Franz Rogowski w filmie „The Bird”, reż. Andrea Arnold, 2024 r. // Robbie Ryan / materiały prasowe Gutek Film

Andrea Arnold lubi buszować po społecznych obrzeżach, ale zdaje sobie sprawę, że bardzo łatwo w tym szlachetnym pochylaniu się nad losem wykluczonych popaść w fałsz czy paternalizm. Choć przecież stoi za nią piękna tradycja brytyjskiego kina, od Młodych Gniewnych, przez Kena Loacha i Mike’a Leigh, po tych bardziej współczesnych, w rodzaju Shane’a Meadowsa i Stephena Grahama. Jednocześnie, wzorem mistrzów tego nurtu, unika „realizmu zlewu kuchennego”, jak zwykło się określać brytyjskie filmy lat 60. osadzone w środowisku klas niższych, drobiazgowo odtwarzające jego warunki bytowe i egzystencjalne problemy. 

Tymczasem reżyserka, wychowana z trójką rodzeństwa przez samodzielną matkę w blokach komunalnych angielskiego Dartford, dobrze wie, o czym mówi. I często przepuszcza swoje historie przez dziecięcy filtr – bynajmniej nie ponury. W najnowszym filmie, „Bird”, idzie jeszcze o krok dalej, choć elementy magiczne, pozornie nieprzystające do surowych realiów, były już obecne w jej wcześniejszych filmach.

Bohaterki Andrei Arnold

Dziecięce bohaterki, bo Arnold opowiada przeważnie o dorastających dziewczynkach, są zazwyczaj za duże na bajki. To „dzieci śmieci”, pozostawione same sobie i przedwcześnie dorosłe, wrzucone w świat zepsuty, skrajnie niestabilny i najeżony niebezpieczeństwami. O dziwo, poruszają się po nim całkiem śmiało, z intuicyjnym wyczuciem i swobodą. 

Ta dzika energia zagarnia czasem cały ekran, jak w poprzednim filmie, „American Honey”. Tamta nastolatka uciekała od biedy i przemocy, wyruszając w drogę po USA z gangiem nieletnich domokrążców.

Ileż w tej szalonej jeździe było trafnych obserwacji – odpadów z „amerykańskiego snu”, rozdartej tkanki społecznej, wygnania z natury, znieczulającej popkultury. Wielokrotnie chciałoby się postawić krzyżyk na młodziutkiej bohaterce, a równocześnie ta historia o straconym dzieciństwie i zaburzonym dorastaniu potrafi ocalić jej niewinność. Oraz swoją niepokojącą baśniowość.

Podobna łobuzerska energia wypełnia najnowszy film Arnold, zrealizowany na powrót w ojczyźnie, w jej rodzinnych stronach na północnym zachodzie Anglii. I znowu: nie dalibyśmy funta kłaków za tę patchworkową patorodzinę, koczującą po squatach i biedadomkach. Za całą tę porzuconą przez państwo społeczność, gdzie dzieciaki próbują zastępować policję w egzekwowaniu sprawiedliwości i porządku. 

Rzeczywistość filmu „Bird”

Dlatego dwunastoletnia Bailey (w tej roli fenomenalna Nykiya Adams) ucieka we własną wyobraźnię. Przede wszystkim od ojca, który właśnie wszedł w kolejny, mało przyszłościowy związek i rozkręca wątpliwy interes z hodowlą kolumbijskich ropuch produkujących halucynogenny śluz. Gra tę postać szkocki aktor Barry Keoghan, znany z „Duchów Inisherin” czy „Saltburn” (do czego film ironicznie nawiązuje, gdy mowa o pewnej piosence) i w jego szorstkiej plebejskości kryje się gorzki społeczny determinizm.

Bo u Arnold dzieci rodzą dzieci (sama przyszła na świat ze związku dwojga niepełnoletnich). Tutaj przyrodni brat dziewczynki zdążył już zaliczyć wpadkę z czternastolatką, a młoda matka Bailey ma całkiem spory przychówek w nowym, wyraźnie przemocowym związku. Nic więc dziwnego, że główna bohaterka, która właśnie zaczęła miesiączkować, próbuje z całych sił wyrwać się swemu przeznaczeniu. Obcina włosy, nosi się jak chłopczyca, aż wreszcie na ratunek przychodzi jej tytułowy Bird, czyli tajemniczy człowiek ptak. Wytwór dziecięcej fantazji i zarazem bezsilności, a może raczej reżyserskiej bezradności?  

Magiczny Bird w niewesołym miasteczku

Jakże łatwo tego rodzaju magiczna figura mogła okazać się narracyjnym nielotem. Ot, kokieteryjny ozdobnik dla znudzonych społecznym realizmem i zapewne część widzów tak to odbierze. Jednakże ubranego w kilt „Ptaśka”, który przysiadł na dachu i rozmyśla o swojej utraconej rodzinie, próbując naprawić pokaleczony świat, zagrał Franz Rogowski. Czyli aktor niemiecki, znany z neurotycznych wcieleń „twarzowiec”, porównywany do Joaquina Phoeniksa i Vincenta Gallo. 

Taka decyzja obsadowa wydaje się w filmie szczególnym ekscesem, a półzwierzęcy charakter tej postaci ładnie wpisuje się w filmowe uniwersum Arnold, gdzie ludzie i zwierzęta bywają prawie równoprawnymi mieszkańcami społecznych „skrajobrazów”. Nie zmienia to faktu, iż pojawienie się dorosłego dziwoląga w życiu dorastającej, puszczonej samopas dziewczynki musi budzić przez chwilę uzasadniony niepokój. Zwłaszcza w świecie przedwczesnych inicjacji i złych dotyków.

Wiele w tym filmie gry kartami znaczonymi, również przez samą reżyserkę, wyspecjalizowaną w portretowaniu problematycznego i zarazem ekstatycznego dorastania. Mimo to wykreowany przez nią świat potrafi zassać, w czym bez wątpienia ma swój udział czujne oko dokumentalistki. 

Dlatego tak przekonujący jest ów klimat nadmorskich peryferii, z niewesołym wesołym miasteczkiem i domowym barłogiem. Duża w tym zasługa Robbiego Ryana, którego rozedrgana kamera zdaje się oddychać razem z bohaterką. Wybitny irlandzki operator, znany między innymi z regularnej współpracy z Arnold, robił także zdjęcia do wielu późnych filmów Kena Loacha. 

Tym łatwiej dopatrzyć się w „Birdzie” nawiązań do dużo wcześniejszego i kręconego z innym operatorem „Kesa” tegoż Loacha – o przyjaźni zaniedbywanego chłopca z oswojoną pustułką. Kino Andrei Arnold wyrasta z żyznego podglebia, jakkolwiek nie boi się penetrować nowych terytoriów.

Niewidoczni i najsłabsi

„Nienawidzę ludzi” – taki napis ma Bailey w „swoim braku pokoju”, lecz padają także z ekranu inne mocne słowa. Na przykład „Nikt nie jest nikim!” i już prędzej takim okrzykiem dałoby się podsumować „Birda”. Jego twórczyni wyposaża w supermoce tych najmniej widocznych i najsłabszych. Zresztą cała dorosła sprawczość ogranicza się tu głównie do sztafety obojętności, lekkomyślności czy okrucieństwa. 

To zmysłowe i cielesne kino, organicznie zrośnięte z naturą i swoim miejscem, jest niczym robienie przez Bailey „pokrzywki” – trochę boli, ale da się w ten sposób sprawdzić, czy ktoś żyje naprawdę. W istnienie Birda oczywiście wierzyć nie musimy, bez niego jednak każde szczęśliwe zakończenie byłoby (równie) naciągane, a rzeczywistość nieznośna i monotonna w swojej brutalności. Co nie zmienia faktu, że wszyscy wolelibyśmy świat, w którym nie trzeba sobie wymyślać nadprzyrodzonych opiekuńczych skrzydeł ani obronnych szponów. 

BIRD – reż. Andrea Arnold. Prod. Wielka Brytania/Francja/Niemcy/Stany Zjednoczone 2024. Dystryb. Gutek Film. W kinach od 1 sierpnia.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Za duże na bajki