Reklama

Nierozsądny romantyzm

Nierozsądny romantyzm

19.06.2007
Czyta się kilka minut
Chciałbym iść pod prąd, przeciwko powszechnej obecnie tendencji kalkulowania i zahandlowania: "przebaczę ci, jeśli się pokajasz", "przeproszę, jeśli najpierw ty mnie przeprosisz". Ludzie trzeźwo obliczający pożytki powiedzą: "naiwne", ale może właśnie taka postawa przynosi korzyści?
P

Polska wieś południowo-wschodniej Polski w latach socjalizmu (a może w dowolnym miejscu Polski?) Wyrastaliśmy w atmosferze stale podsycanej nienawiści do Niemców (zwłaszcza "zachodnich rewizjonistów"), pogardy do "ruskich" i "kacapów" (tak nazywaliśmy ludzi ze Wschodu), wrogości do Ukraińców i band upowskich. Nie pamiętam, czy była jakakolwiek sąsiednia nacja lub mniejszość narodowa, którą moglibyśmy lubić. Szkoła i propaganda socjalistyczna stereotypy te umacniały: straszono nas "krzyżakiem Adenauerem" i "rezunem ukraińskim". Jedynie do Związku Radzieckiego usiłowano nam zaszczepić miłość, ale bez powodzenia - czuliśmy nieszczerość, tym bardziej że w domu i na wsi nikt tych uczuć nie podzielał. Stereotypy nieprzyjaciół były tak silne, że jednym z najgorszych przekleństw w mojej wsi było: "ty Ukraińcu!". Moi rówieśnicy i ja wyrastaliśmy na "prawdziwych Polaków", a komunizm, zwłaszcza narodowy, taką postawę akceptował, godząc się po cichu na antyrosyjskie "mruganie okiem".

Ale jednak coś się stało! Nie jestem polskim szowinistą, nie są nimi moi przyjaciele, właściwie całe moje pokolenie - ci, co tworzyli demokratyczną opozycję, zakładali "Solidarność". Także większość współczesnej Polski, zwłaszcza młodej, odrzuciła nienawiść jako sposób budowy relacji z innymi narodami, mimo że w wielu duszach zaczadzonych propagandą socjalistyczną i nacjonalistyczną pozostały złogi wrogości do innych. Jak to się stało, że udało nam się umknąć z pułapki nacjonalistycznej? Najlepiej byłoby posłużyć się własnym doświadczeniem. Moją wieś spacyfikowali Niemcy, większość ludzi - z częścią mojej rodziny i ze mną - trafiła do obozu w Majdanku lub do Niemiec. Wielu zginęło, mnie cudem uratowała babcia. Nie miałem więc żadnych powodów, by żywić przyjazne uczucia wobec Niemców, ale im dłużej żyłem w PRL, tym bardziej nie mogłem znieść nachalnej propagandy antyniemieckiej - traktowano mnie jak automat do wyrażania nienawiści do zachodnich sąsiadów i wdzięczności do władzy ludowej.

W latach 60., w warszawskim Klubie Inteligencji Katolickiej, dowiedziałem się o akcji "Znaki Pokuty", w ramach której młodzi Niemcy przyjeżdżali dobrowolnie pracować w byłym obozie w Auschwitz i Birkenau. To mnie poruszyło. Powiedziałem sobie, że muszę wszystko ocenić własnym rozumem, nie dać sobie niczego narzucić. Właśnie wtedy, jak olśniewający znak, ogłoszono list biskupów polskich do biskupów niemieckich ze słowami: "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". A więc można i tak?! Powiedzieć po chrześcijańsku "przebaczamy", bez kalkulacji i wyrachowania, bez żądania uprzedniego pokajania się.

Ten całkowicie moralny, nie "polityczny", gest stał się fundamentem przyszłego polsko-niemieckiego pojednania.

W tych samych latach 60. zacząłem chodzić po Bieszczadach. Spotykałem spalone wsie, zniszczone cerkiewki, opuszczone pola, zrujnowane cmentarze. Jak to, całe wsie zasiedlali wrogowie? A może, tak jak nas w '43 wysiedlili Niemcy, tak ich spacyfikowało Ludowe Wojsko Polskie w '47? My też byliśmy "bandytami", nawet małe dzieci. Kto tu jest winny, a kto ofiarą? W czasach opozycji stało się dla mnie oczywiste, że te winy trzeba naprawić, wzajemnie się poznać i pojednać, bo tylko razem będziemy umieli się wyzwolić. A podsycanie nienawiści i powiększanie podziałów może służyć tylko interesom radzieckiego imperium. Uchwalone na I Kongresie NSZZ "Solidarność", we wrześniu 1981 r., "Posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej" było manifestacją tej samej otwartej i przyjaznej postawy. Nic też dziwnego, że pierwszy demokratycznie wybrany Senat podjął w 1990 r. uchwałę potępiającą Akcję "Wisła", podczas której wysiedlono 150 tys. Łemków, Bojków i Ukraińców. To był akt nieskalkulowany i niewytargowany - może dlatego dał początek przyjaznym kontaktom polsko-ukraińskim, których kulminacją było poparcie Polaków, zwłaszcza młodych, dla "pomarańczowej rewolucji"? Wielu krytykowało ten nierozsądny romantyzm pozbawiony politycznego rachunku, ale teraz już wiemy, że tamten gest miał historyczne znaczenie - zadecydował o przełamaniu wzajemnych nieufności, przybliżył Ukrainę do UE.

Liczą się właśnie te wielkie chwile, kiedy coś od siebie bezinteresownie dajemy, obdarowując nie tylko bliźnich, ale i siebie. Nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy, historia przyzna nam rację.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]