Modę od dawna ogląda się w bardzo prestiżowych miejscach. Nowojorskie Metropolitan Museum of Art chlubi się swoimi zbiorami strojów, a doroczna gala Met uchodzi za jedno z najgłośniejszych wydarzeń, nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Z kolei Luwr po raz pierwszy w swej ponad dwustuletniej historii zaprezentował w tym roku prace najsłynniejszych projektantów. Wystawę „Louvre Couture” obejrzało ponad milion osób. To drugi pod względem frekwencji wynik paryskiego muzeum – niewiele więcej przyciągnęła jubileuszowa ekspozycja Leonarda da Vinci. Ekspozycja została uznana za przełamanie kolejnej bariery oddzielającej tzw. sztukę wysoką od użytkowej. I była udaną próbą przyciągnięcia nowej, młodej publiczności.
Zamek Królewski w Warszawie także sięga dziś po prace znanych projektantów. Na wystawie „Niech nas widzą!” znalazły się ubrania autorstwa m.in. Cristóbala Balenciagi, Alexandra McQueena, Paco Rabanne, Yves’a Saint Laurenta czy Vivienne Westwood. Jednak to nie ich obecność sprawiła, że należy koniecznie zobaczyć tę wystawę.
Ważniejsze jest to, że po raz pierwszy w Polsce tak obszernie i różnorodnie opowiedziano o roli ubioru, który „od szat królewskich po ekstrawaganckie kreacje współczesnych wizjonerów mody nieustannie sygnalizuje tożsamość, władzę, status społeczny, gust i poglądy”, jak podkreślają twórcy ekspozycji.
W królewskiej rezydencji zgromadzono 250 eksponatów, w tym obrazy, rysunki, grafiki i rzeźby wykonane przez ponad 150 artystek i artystów. Są wśród nich dzieła mistrzów dawnego malarstwa, ale też cały szereg współczesnych prac: od Natalii LL i Edwarda Dwurnika po Marcina Maciejowskiego i Karolinę Jabłońską. A przeszłość nieustannie przenika się na tej wystawie ze współczesnością.
Ekspozycję otwiera wykonany z aksamitu wyszywanego srebrną nicią i obszyty gronostajem płaszcz koronacyjny Stanisława Augusta Poniatowskiego. To obiekt szczególny – nawet jeżeli jest repliką zamówioną przez króla w związku ze złym stanem pierwszej purpury, należy do nielicznych polskich regaliów, które przetrwały. Późniejsze losy tego płaszcza są nie mniej symboliczne. Kolejnym jego właścicielem był ks. Józef Poniatowski. I to nim nakryto jego trumnę podczas nabożeństwa żałobnego w kościele Świętego Krzyża w Warszawie. Wreszcie – trafił do skarbca katedry na Wawelu.
Zawsze ogromne znaczenie miało to, co noszą ludzie sprawujący władzę oraz w jaki sposób są przedstawiani – trzeba zresztą pamiętać, że portrety, nie tylko władców, niekoniecznie odpowiadają rzeczywistości. Tworzone przez artystów i artystki wyobrażenia na temat królów i książąt były jednym z kluczowych narzędzi budowania wizerunku, a tym samym legitymizowania ich rządów.
August III Sas kazał się sportretować w stroju polskim, białym żupanie i czerwonym kontuszu. Płaszcz koronacyjny jest przewieszony na tronie, a insygnia koronacyjne leżą na stole. Nawet głowę król ma podgoloną „po szlachecku”. Wszystko to, by pokreślić swoje związki z tradycją sarmacką i republiką szlachecką. Stanisław Poniatowski kazał się z kolei sportretować w zbroi, by zaznaczyć swoją rolę w stworzeniu Szkoły Rycerskiej. Jednej z tych inicjatyw, które miały zmodernizować Rzeczpospolitą. Królewski przepych nie znika wraz z monarchiami. Przeciwnie, przejmuje go burżuazja przemysłowa wieku XIX, nawet w tak republikańskim kraju jak Stany Zjednoczone.
Obok figury władcy na wystawie są też inne postaci: rycerza, myśliwego i filozofa. Wystawa pokazuje odwołania do ikonografii chrześcijańskiej, ale przede wszystkim do mitologii antycznej. Prezentuje wcielenia kobiet w postaci Minerwy, ale też Diany czy Flory. W ogóle w dobie nowożytnej chętnie odwoływano się do starożytności: zarówno do postaci historycznych z Cezarem na czele, jak też do Apolla, z którym tak chętnie utożsamiał się Ludwik XIV, a u nas – Stanisław August Poniatowski.
Wreszcie w modzie, zwłaszcza od XVIII w., coraz chętniej sięgano po wzorce zaczerpnięte z Orientu – odrębnym fenomenem był strój szlachecki, którego elementy zaczerpnięto ze wschodnich, nie tylko tureckich ubiorów. Lovis Corinth, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli niemieckiego impresjonizmu, i Jacek Malczewski na początku XX w. malują własne portrety, w których stylizują się na dawnych rycerzy.

Warszawska wystawa pokazuje, w jaki sposób przekształcane, dekonstruowane czy wykorzystywane są dziś dawne wzorce. Z jednej strony przez projektantów mody, którzy potrafią sięgać do zaskakujących tradycji. Paco Rabanne w sukienkach projektowanych w latach 60. odwoływał się np. do rycerskiej zbroi, a dwie dekady później rehabilitował gorset, którego odrzucenie było jednym z głównych postulatów ruchu kobiecego z przełomu XIX-XX w.
Z drugiej strony projektanci wykorzystują dawne wzorce do tworzenia współczesnych, czasami bardzo politycznych dzieł. Viola Głowacka bohaterkę swojej „Bitwy pod Empikiem” również ubrała w zbroję. Inni twórcy i twórczynie wykorzystują motywy z przeszłości, by dać głos tym, którzy byli pomijani czy marginalizowani, obnażając hipokryzję, nierówność i przemoc kryjące się za odwiecznymi figurami rycerza czy myśliwego.
Najciekawsze na wystawie jednak są prace, które idą pod prąd, jak twórczość Dominiki Kowyni. Jej uwagę zwróciły internetowe komentarze pod zdjęciami kobiet biorących udział w polowaniach. Wyrażano w nich oburzenie nie z powodu zabijania, lecz tego, kto się go dopuszczał. Namalowała więc uzbrojoną kobietę pochylającą się nad zastrzelonym zwierzęciem. Silną, władczą. „Zainteresował mnie zgrzyt – komentuje sama artystka – z jednej strony moja prozwierzęcość, z drugiej wściekłość na wciskanie kobiet w rolę opiekuńczą, uznanie ich za niezdolne do przemocy”.
Wystawa, zorganizowana na Zamku Królewskim, w dużej części poświęcona jest elitom. Trudno jednak, doceniając jej wyjątkowość, nie zapytać o tych, których na niej pominięto. A lista jest długa. Nie tylko kler czy mieszczaństwo, ale przede wszystkim służba, nieodłączna część dworskiego życia. Niewidoczna niegdyś, a teraz niemalże niedostrzeżona przez twórców wystawy. Wyjątek zrobiono jedynie dla czarnoskórego służącego na portrecie książąt saskich autorstwa Stefana Torelliego i przebranych w orientalne stroje służących hrabiego Brühla na obrazie nieznanego autora, powstałym ok. 1747 roku.
Sytuacja zmienia się dopiero w ostatniej części wystawy, poświęconej obecnym czasom. Pokazującej modę, która się coraz bardziej demokratyzuje, podobnie jak sztuka. Jednocześnie to w tym czasie najlepiej widać paradoksy, opisywane przez jednego z twórców socjologii Georga Simmla w klasycznym, opublikowanym w 1905 r. tekście „Filozofia mody”. Na przykład to, że jest ona naśladownictwem dominujących wzorów, a jednocześnie „zaspokaja pragnienie różnicowania”. Łączy „tendencję ku społecznemu ujednolicaniu i pragnienie jednostkowego odróżniania się i zmiany”.
Ubrania unifikują, służą podkreślaniu przynależności do określonych grup czy klas społecznych, a jednocześnie są narzędziem podkreślającym nasz indywidualizm. Bywają nawet, jak przed wiekami, politycznym narzędziem, co pokazały obywatelskie protesty w czasach rządów Zjednoczonej Prawicy. Świetnie ten paradoks dwoistości funkcji ubioru pokazała Aneta Grzeszykowska w „Kate’s Portfolio”. To fotografia przestawiająca tę samą kobietę w różnych ubraniach, od bielizny po eleganckie stroje. Proces nieustannego przeobrażania się. Przyjmowania kolejnych tożsamości, które wyrażane są poprzez to, co się na siebie nakłada.
Niech nas widzą! Wizerunek, strój, ciało. Zamek Królewski w Warszawie. Wystawa czynna do 8 lutego 2026 r.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















