Reklama

Nie wszyscy muszą fruwać

Nie wszyscy muszą fruwać

19.06.2007
Czyta się kilka minut
Centrum Inicjatyw Obywatelskich powstało w Słupsku w 1994 r. Wcześniej, jako Słupskie Centrum Wspomagania Organizacji Pozarządowych, wspierało i rozwijało działalność organizacji społecznych z byłego województwa słupskiego. W 2006 r. Centrum rozszerzyło działalność na animowanie aktywności społecznej grup nieformalnych oraz rozwój lokalnej samorządności. CIO m.in. zachęca do debat publicznych, organizuje przedwyborcze akcje frekwencyjne, monitoruje działalność lokalnego samorządu. Pełni także rolę Regionalnego Ośrodka EFS wspierającego instytucje z województwa pomorskiego w pozyskiwaniu środków z Europejskiego Funduszu Społecznego.Adres w internecie: www.cio.slupsk.pl.
N

Na pierwszy rzut oka czas tu stanął. Schodzone schody starej kamienicy w centrum Słupska przy Filmowej 2 wyglądają, jakby dobrze pamiętały pierwszych właścicieli. Tylko szyldy mieszkańców kolejnych kondygnacji nie pozwalają zapomnieć, że wiatr historii przemieszał tu powietrze. "Bella Napoli" - pizzeria, kebab, miejscowe radio, biuro nieruchomości i developer, przedsiębiorstwo handlowo-usługowe, miejsce spotkań tych, którzy kochają Jezusa, aż wreszcie, pod samym dachem, Centrum Inicjatyw Obywatelskich.

55+

"Nic bardziej nie odmładza człowieka niż towarzystwo starszych od siebie" - głosi hasło z tablicy wiszącej w sąsiedztwie biurka Barbary. Zawsze zachodziła w głowę, dlaczego do Polski przyjeżdżają autokarami uśmiechnięci seniorzy z Niemiec, a nasi zwiedzają świat oglądając telenowele. Dlaczego seniorzy w Holandii pływają kajakami, a w Polsce przespacerują się najwyżej do przychodni?

- Można oczywiście powiedzieć: "Bo tamci mają pieniądze", ale to słabe wyjaśnienie - nie ma wątpliwości Barbara Paszkiewicz, kobieta o niespożytej energii, której - jak przyznaje bez skrępowania - brakuje tylko kilku lat, by spełnić warunki formalne i zostać seniorem, czyli przekroczyć magiczny wiek 55 lat. - To problem mentalności, wpisywania się w stereotyp, że starsze osoby powinny siedzieć przed telewizorem albo opiekować się wnukami. A prawda jest taka, że jeśli tylko człowiek chce, może się nigdy nie zestarzeć.

Granice fantazji Barbary ogranicza jedynie liczba krzeseł w sali wykładowej. Zwiększająca się zresztą, jak choćby ostatnio, dzięki dobroci pani wójt z zaprzyjaźnionej gminy. W 2000 r. los sprawił, że Barbara zakończyła pracę w usteckim magistracie, gdzie przepracowała ćwierć wieku, przechodząc drogę od referenta po dyrektora zakładu budżetowego. Po odejściu założyła Ustecki Uniwersytet Trzeciego Wieku, dziś zrzeszający 140 osób. Seniorzy uczestniczą w cotygodniowych wykładach z różnych dziedzin nauki, seminariach, warsztatach, lektoratach, chodzą na basen, choreoterapię i gimnastykę. Uczą się obsługi komputera i opieki nad starszymi od siebie, współpracują z dziećmi z klasy integracyjnej, prowadzą kabaret, systematycznie chodzą do kina i teatru, jeżdżą na wycieczki.

- Dzięki nam ożyły w Ustce sklepy, krawcowe i fryzjerzy - śmieje się Barbara Paszkiewicz, opowiadając, jak wyjście do teatru staje się okazją do zaprezentowania nowej kreacji. - Budowanie pozarządowej organizacji pomocowej to moja pasja. Unia Europejska dysponuje ogromnymi pieniędzmi na projekty, dzięki którym można zrobić wiele dobrego - spełniać marzenia, własne i innych ludzi. Każdemu mogę powiedzieć: "Rób to, o czym marzysz". I wcale nie musisz przymierać przez to głodem - spełnianie marzeń nie musi być drogie.

Zośka wielkości mandarynki

"Zośka" waży pięćdziesiąt gramów i wygląda tak, jakby zeszło z niej powietrze. W piłeczce wielkości mandarynki, zszytej z trzydziestu dwóch łatek, jak piłka do nogi, swobodnie przesypują się ołowiane i plastikowe kuleczki.

- Profesjonalną "zośkę" potrafi uszyć tylko zawodnik - opowiada Kamil Wysocki, dwukrotny mistrz Polski, student piątego roku wychowania fizycznego na Akademii Pomorskiej w Słupsku, wyjmując z kieszeni własnoręcznie uszytą piłeczkę, z zamszowych łatek w kolorze czerwonym i groszkowym.

Pokazu wielkiego dziś nie będzie, bo Kamil nie ma na nogach specjalnych butów, po których można poznać zośkowca - butów do tenisa "zepsutych" dwoma przecięciami u czubka i sznurowadłami związanymi tak, by powstał koszyczek. Ale i tak robi z "zośką" rzeczy niewyobrażalne.

Kamil poznał chłopaków grających w "zośkę", kiedy ci przyjechali na wakacje do Ustki. Sam zaczął się bawić, podczytywać w internecie. Footgabowcy to w Polsce mała społeczność, wszyscy się znają. W USA mają po 60 lat i nadal podrzucają "zośkę". Kamil miał 21 lat, gdy wpadł na pomysł, że może z innymi podzielić się radością z podrzucania piłeczki. Tak powstało Słupskie Stowarzyszenie Footbagowe, dziś zrzeszające dwudziestu członków.

- Bez pomocy stowarzyszenia i Centrum Inicjatyw Obywatelskich nie potrafilibyśmy pozyskiwać funduszy - przyznaje Kamil. - Organizujemy zajęcia dla dzieci, pokazy. To wielka satysfakcja, kiedy okazuje się, że w szkole, gdzie byliśmy, powstała sekcja kilkunastu graczy.

Młodość pełna ideałów

Barbara Aziukiewicz nawet księdzu potrafi powiedzieć: "Zwierzęta stworzył ten sam Bóg, który stworzył człowieka".

- Oczywiście, gdybym spotkała głodne dziecko i głodnego psa, nakarmiłabym dziecko, a psu dała tylko okruszek - dopowiada.

Jest prezesem Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami w Słupsku, które od 25 lat pracuje tylko społecznie. Biuro Towarzystwa mieści się w mieszkaniu pani Barbary; nie ma etatów, wynagrodzeń, dotacji, jedynie składki członków. Najwięcej czasu i zachodu wymagają interwencje, głównie na wsi. Nieraz witano ją z widłami i słowami raczej obraźliwymi.

- Zdarza się, że by zostać "swoją", odwzajemniam się tym samym językiem - przyznaje, choć jakoś trudno to sobie wyobrazić, patrząc na drobną, subtelną kobietę o wilgotnych oczach, wyglądającą niczym bohaterki XIX-wiecznych powieści.

Towarzystwo prowadzi zajęcia z dziećmi, ucząc je wrażliwości na los zwierząt. Szuka sponsorów dla tych, którzy opiekują się zwierzętami, a mają problem z ich utrzymaniem.

- To pomysł na całe życie. Udaje mi się go realizować dzięki sponsorowi, mojemu mężowi. Brak pieniędzy to wielka bolączka wszystkich pracujących społecznie - śmieje się pani Barbara. - Żeby działać, trzeba mieć wsparcie w rodzinie. Mąż, córka, wnuk, dzięki nim wciąż znajduję siłę.

Kamila Łukomska mówi śpiewnym, dźwięcznym głosem. Miała 12 lat, kiedy jej rodzina przeprowadziła się z Kielecczyzny do Słupska. Tutaj chodziła do szkoły, ukończyła studia. Dziś wie, że to jej miejsce, i nie będzie szukać innego. Przed południem uczy języka polskiego w gimnazjum i liceum, po południu wciela się w rolę instruktora teatralnego. W październiku 2006 r. zawiązała z przyjaciółmi Stowarzyszenie "Grupa Formalna", bo grupa działała nieformalnie - od niepamiętnych czasów przy Klubie Osiedlowym "Kwadrat" w Słupsku - dzięki pasji teatralnej pani instruktor, czystej formie Witkacego i garstce zapaleńców, którzy przez lata z dzieci stali się dorosłymi ludźmi.

- Stowarzyszenie pozwala nam rozwinąć skrzydła, pozyskiwać fundusze i wyjść do miasta, poza mury osiedla - opowiada Łukomska. - Przeświadczenie, że robię coś ważnego dla drugiego człowieka, daje dużą satysfakcję. To jak przeciąganie w nieskończoność czasu młodzieńczego, kiedy nie tylko mówi się o ideałach, ale i próbuje wcielać je w życie. Mam wpływ na własne życie i szansę wpływania na życie innych ludzi. Tak tworzy się wspólnota.

A w domu? W domu czeka, niekręcący nosem, a życzliwie wspierający mężczyzna o praktycznym wykształceniu inżyniera.

- Musi być ktoś, kto fruwa, i ktoś, kto umie w porę ściągnąć na ziemię - śmieje się Kamila.

Społecznicy do kącika

Losy dwóch Barbar, Kamili i Kamila połączyła stara kamienica w centrum Słupska, gdzie znalazło schronienie Centrum Inicjatyw Obywatelskich.

Jest już po siedemnastej, ale przy wszystkich komputerach wciąż siedzą ludzie i wcale nie wyglądają na spieszących się do domu. Co chwilę odzywa się dzwonek telefonu. Ktoś przyszedł po książki. Z kuchni, przy każdym otwarciu drzwi, roznosi się woń frytek.

- Żyjemy trochę jak w komunie - żartuje Marcin Dadel, 26-letni "skończony" inżynier i "nie skończony" magister informatyk, prezes Centrum. - Idea potrzebuje przyjaciół. Samemu niewiele można zrobić, musi być grupa ludzi z pasją i realizująca wspólny cel.

Miał sześć lat, kiedy życie pozalekcyjne zdiagnozował jako nudne samo w sobie i zaczął przesiadywać w bibliotece miejskiej. Szybko stał się pupilkiem pań bibliotekarek, które pozwalały mu przystawiać pieczątki na kartach bibliotecznych, przynosić książki z regałów. Od czwartej klasy szkoły podstawowej do 21. roku życia grał w teatrze amatorskim (amatorskim tylko z nazwy, bo poważnym w intencjach i zaangażowaniu tworzącego go zespołu). Potem były studia w Warszawie i pierwsza praca w Stowarzyszeniu Klon/Jawor, wspierającym działalność i współpracę organizacji pozarządowych.

Kiedy w 2005 r. Marcin wrócił do Słupska - a wrócił nie tyle z sentymentu, ile z przekonania, że "przecież nie mogą wyjechać wszyscy" - po raz pierwszy zajrzał do Centrum. Wionęło pustką, budżet wielkości 60 tys. złotych na zbyt wiele nie pozwalał. Teraz CIO zarządza budżetem wysokości 850 tys. złotych, zatrudnia jedenaście osób, współpracowników i wolontariuszy.

Inkubator Inicjatyw Obywatelskich, Letnia Szkoła Liderów, wolontariat, poradnictwo, szkolenia, gazeta i wiele, wiele realnych owoców. Jak choćby ten, powstały w ramach projektu "Obywatelski Słupsk" (Rada Słupska ma się nim zająć na dniach): jeśli pod projektem uchwały podpisze się przynajmniej czterystu mieszkańców miasta, Rada Miasta będzie musiała się nim zająć, i to w ciągu trzech miesięcy.

Marcin spędza w biurze na poddaszu dziesięć-dwanaście godzin dziennie: - Po tym, co robię teraz, jedyną sferą, w której mógłbym się odnaleźć, jest samorząd - tam istnieją wielkie, wciąż niewykorzystane narzędzia do zmiany rzeczywistości.

Najwięcej trudności bowiem nie przysparza pozyskiwanie pieniędzy z funduszy unijnych, ale drzemiące w wielu ludziach przekonanie, że społecznicy to niegroźni wariaci. W imię poprawności politycznej mogą coś tam sobie robić w kąciku, byle nie przeszkadzali...

- Termin "społeczeństwo obywatelskie" brzmi strasznie. Wszyscy go używają, a niewielu wie, co naprawdę znaczy - zauważa Marcin Dadel. - Wolę mówić: wspólnota ludzi odpowiedzialnych za siebie wzajemnie i każdego z osobna. To ci, którzy biorą odpowiedzialność. Ludzie związani z miejscem, gdzie żyją i robią wszystko, by uczynić je lepszym.

Takim miejscem może stać się Słupsk, mimo że jest tu bezrobocie, a szanse na pracę czy wysokie zarobki raczej niewielkie. Może jednak powstać "dobra wspólnota" - dobre miasto, gdzie chce się żyć.

---ramka 519655|strona|1---

KATARZYNA ŻELAZEK jest dziennikarką, współorganizatorką Forum Dialogu "Gdański Areopag", przygotowującego co roku debaty publiczne na ważne społecznie tematy.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]