Reklama

Nazywałem się 918

Nazywałem się 918

20.01.2010
Czyta się kilka minut
W jednej z nazistowskich publikacji propagandowych jest zdjęcie: uśmiechnięty żołnierz-kierowca, obok rozradowane dziewczynki, z tyłu chłopiec patrzący w obiektyw wojennego reportera. Są też kwiaty. Podpis informuje, że niemieckie dzieci witają "wyzwolicieli" miasta Dirschau. 27 stycznia mija 65 lat od wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau
Wrzesień 1939 r. Wehrmacht wkracza do Tczewa, rodzinnego miasta Kazimierza Piechowskiego. Zdjęcie z niemieckiego albumu propagandowego
N

Niech nas nie zwiedzie sielski nastrój zaaranżowanej fotografii. To nie pokojowa "rewolucja goździków". Kilka dni wcześniej Dirschau nazywało się bardziej swojsko: Tczew. Prawie 10 proc. z niespełna 30-tysięcznej ludności było narodowości niemieckiej. Od pierwszych godzin II wojny światowej miasto na styku Polski, Wolnego Miasta Gdańska i leżących za Wisłą Prus Wschodnich (będących częścią Rzeszy) stało się celem ataku. Polscy saperzy zdołali pomieszać tu Niemcom szyki. Szef Sztabu Generalnego niemieckich wojsk lądowych gen. Franz Halder zanotował w dzienniku pod datą 1 września: "Godz. 8.00. Operacja w Tczewie prawdopodobnie się nie udała - atak lotniczy nieskuteczny. (...) most został wysadzony".

Po przejściu frontu w mieście rozpętał się terror; jak byśmy dziś powiedzieli: "czystki etniczne". Kto z Polaków nie został uwięziony lub zabity, otrzymał nakaz pracy. Niespełna 20-letni Kazimierz Piechowski, harcerz z Tczewa, musiał usuwać resztki wysadzonego mostu na Wiśle. Został pomocnikiem Sprengmeistra, który wysadzał betonowe przęsła.

12 listopada 1939 r. Kazik wraz z kolegą Alfonsem "Alkiem" Kiprowskim opuścili Tczew. Chcieli dostać się do Francji, gdzie odradzała się armia polska. Paradoks sprawił, że mimo okropności, które stały się później ich udziałem, decyzji tej zawdzięczają życie. Tczewskich harcerzy, metodycznie wyłapanych przez gestapo i tzw. Selbstschutz (Samoobronę, rekrutującą się m.in. z lokalnych Niemców), upamiętnia dziś pomnik w parku miejskim.

Drugi transport

Plan się nie udał. Harcerze zostali złapani tuż przy dawnej granicy polsko-węgierskiej. Trafili do więzienia gestapo w Baligrodzie, gdzie po skatowaniu usłyszeli: "Właściwie powinniśmy was rozstrzelać, ale mamy dla was coś o wiele bardziej ciekawego". Z Baligrodu przewieziono ich do więzienia w Sanoku, stąd na krótko do krakowskiego aresztu przy ul. Montelupich. Kilka miesięcy spędzili w więzieniu w Wiśniczu, u boku aresztowanych krakowskich profesorów.

20 czerwca 1940 r. grupę 313 polskich więźniów, w tym obu bohaterów tej opowieści, załadowano do wagonów towarowych i wywieziono w nieznanym kierunku. Na miejscu dowiedzieli się, że są w Konzentrationslager Auschwitz. Wówczas nazwa była bardziej tajemnicza niż złowieszcza. Ale więźniowie od pierwszych chwil doświadczyli piekła, które było tutaj - na ziemi.

- Nazywałem się - dziewięćset osiemnaście. Numer 918 Auschwitz, drugi transport - wspomina były więzień.

Nie podejmę się streszczania świadectwa Kazimierza Piechowskiego, które zawarł w książce "Byłem numerem... Historie z Auschwitz" (wyd. 2004). Trzeba je przeczytać i samemu podjąć próbę zrozumienia doświadczenia, którego rozumieć w istocie nie sposób.

Niech czytelnicy wybaczą mi osobistą dygresję. Jako uczeń szkoły średniej, dzięki pośrednictwu przyjaciela mojej rodziny, "Alka" Kiprowskiego (byłego więźnia nr 801), dotarłem do Piechowskiego. Przyjął mnie serdecznie, wyrysował drzewo genealogiczne, ale o wojennych przeżyciach milczał. Nie miałem siły naruszać tej ciszy. Tym bardziej jestem wdzięczny, że po latach przemówił i daje świadectwo. Wagę jego wspomnień wzmacnia ascetyczny styl. Fakty, które przedstawia, są tak dramatyczne, że nie ma potrzeby ozdabiać ich przymiotnikami. Piechowski potrafi nawet oddać sprawiedliwość tym nielicznym Niemcom, którzy pomogli mu przetrwać. W tym kapo Otto Küsselowi (więzień nr 2), zawodowemu kryminaliście, przydzielającemu go do lżejszych prac. "Myślę, że nie byłoby mnie już, gdyby nie on" - napisał po latach Piechowski.

Więzień nr 918 był jednym z tych, którzy rozbudowywali obóz. Doświadczył wszystkiego. Był członkiem Leichenkommando, wywożącego do krematorium spod "ściany śmierci" jeszcze drżące ciała pomordowanych. Cudem przetrwał kilka infekcji, które mogły zakończyć się selekcją do gazu.

Jednak nie to stanowi o wyjątkowości jego losu. Był on dotąd wręcz typowy dla tysięcy takich jak on, którzy z domu rodzinnego wynieśli przywiązanie do Boga i Ojczyzny.

Ucieczka

W sobotni poranek 20 czerwca 1942 r. czterech członków sformowanego wcześniej Rollwagenkommando - Ukrainiec Eugeniusz Bendera (ur. 1906), ks. Józef Lempart (ur. 1916), Stanisław Jaster (ur. 1921) i Kazimierz Piechowski - przekroczyło bramę obozu z napisem "Arbeit macht frei", udając się, rzekomo na polecenie SS, na teren tzw. Lagergebiet (obozu zewnętrznego). Stąd poszli do warsztatów SS, gdzie stał naprawiony wcześniej przez Benderę samochód steyer 220 - własność komendanta obozu Rudolfa Hößa.

Po włamaniu się do magazynu SS z mundurami i bronią, plan ucieczki stał się realny. Zresztą nie było odwrotu. Mózgiem całej operacji był Bendera, który dowiedział się, że będzie wkrótce przeznaczony na "rozwałkę". Ale każdy z więźniów swoją pomysłowością przyczynił się do sukcesu. Wydawałoby się - niemożliwego. Atutem okazała się biegła znajomość niemieckiego, którą Piechowski, podobnie jak wielu tczewskich rówieśników, wyniósł z podwórka.

W pewnym momencie uciekinierom wydawało się, że wszystko stracone. Gdy stali ukryci na parterze magazynu z bronią (niedaleko stacjonowało osiem kompanii SS), za drzwiami usłyszeli warkot samochodu i głosy mówiące po niemiecku. Wstrzymali oddechy, dłonie zacisnęli na broni. Po chwili samochód odjechał. Przebrali się w mundury SS-manów, wsiedli do auta (prowadził Bendera) i ruszyli w kierunku szlabanu, strzeżonego przez dwóch strażników z karabinem maszynowym. Była to najdłuższa droga w ich życiu. Samochód zwolnił. W głowie mieli pustkę, żadnych dokumentów. Piechowski, siedzący obok Bendery, poczuł uderzenie w kark i syk do ucha: "Kazik, rób coś!". Więzień nr 918, tym razem w roli podporucznika SS, wrzasnął do strażnika: "Otwórz! Śpisz, do cholery, czy co!? Ile mamy czekać?!". Szlaban poszedł w górę.

Za uciekinierami rozesłano listy gończe i urządzono obławę, która w pewnym momencie była bliska sukcesu. Niemcy postawili sobie za punkt honoru schwytanie więźniów. Na próżno. To nie była zwykła ucieczka. To była legenda. Zagranie na nosie całej machinie zbrodni i terroru.

Dalsze losy uciekinierów potoczyły się różnie; dziś żyje tylko Piechowski.

Nienawiści mówię: nie

Po powrocie z wojennej tułaczki, dawny harcerz, więzień i członek AK (do której wstąpił po ucieczce z obozu) spotkał się z rodzicami. Oni także wrócili z wygnania. Ich mieszkanie służyło niemieckiej rodzinie, mimo podeszłego wieku musieli ciężko pracować na roli. Kazimierz zapytał ojca, jak spędzili te lata, ten go uścisnął, mówiąc: "Nie zrobiłem ci wstydu, synu, nie podpisałem volkslisty".

W 2007 r. polonijna dziennikarka ze Szwecji Dana Platter zapytała Kazimierza Piechowskiego, czy czuje nienawiść do Niemców. Odparł, że ma głębokie urazy, ale nie są one nienawiścią: "Bo nienawiść znaczy odwet. My nie chcemy Niemców mordować. My nie chcemy ich nawet bić. Spotykam często Niemców zwiedzających moje piękne miasto Gdańsk. Nie skaczę im do gardła. A kiedy pytają mnie: »W którą stronę iść do bazyliki Mariackiej?«, grzecznie w ich języku im wyjaśniam. Nienawiści mówię: nie".

O losach Kazimierza Piechowskiego opowiada film dokumentalny "Uciekinier" Marka Tomasza Pawłowskiego z 2006 r., który zebrał wiele krajowych i zagranicznych nagród. 26 i 27 stycznia br.

dwukrotnie wyemituje go niemiecka telewizja WDR.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]