Reklama

Pomorski Dzień Niepodległości

Pomorski Dzień Niepodległości

09.02.2010
Czyta się kilka minut
Rocznica 10 lutego 1920 r., gdy gen. Haller dokonał symbolicznych zaślubin Polski z morzem, obchodzona jest na Pomorzu Gdańskim niczym drugi Dzień Niepodległości. Nie była to jednak niepodległość bez zgrzytów.
Uroczystość zaślubin Polski z morzem prowadzona przez gen. Józefa Hallera. Puck, 10 lutego 1920 r. / fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego
P

Podpisany w Wersalu 28 czerwca 1919 r. traktat pokojowy przyznał Polsce Wielkopolskę i ponad połowę prowincji pruskiej Prusy Zachodnie z dostępem do morza; Gdańsk z okolicznymi powiatami i portem został Wolnym Miastem. Dopiero 25 listopada 1919 r. doszło w Berlinie do parafowania "Umowy o wycofaniu wojsk z odstąpionych obszarów i oddania zarządu cywilnego", co miało nastąpić po ratyfikacji traktatu pokojowego przez Niemcy. Wcześniej w Polsce utworzono Front Pomorski, do przejęcia prowincji z rąk niemieckich. Jego dowódcą został gen. Józef Haller von Hallenburg, twórca Armii Polskiej powstającej od 1917 r. we Francji. Zadaniem Frontu było zajęcie przyznanego terytorium, zapobieżenie ewentualnym wystąpieniom niemieckim i ochrona ludności niemieckiej przed ewentualnym odwetem Polaków. Regularnym oddziałom Wojska Polskiego pomagać miała tajna (do 1920 r.) Organizacja Wojskowa Pomorza.

Ratyfikacja traktatu wersalskiego nastąpiła 10 stycznia 1920 r. Przejmowanie Pomorza zaczęło się 17 stycznia. Nie obyło się bez ofiar. Pod Gniewkowem doszło do wymiany ognia; Polacy stracili jednego żołnierza, niemiecka straż graniczna ośmiu. Incydent załagodzono. Następnego dnia oddziały polskie wkroczyły do Torunia. Jeden z członków ustępujących niemieckich władz miejskich nosił nazwisko Stachowitz, a polskim komisarycznym prezydentem miasta został dr Otton Steinborn (polski patriota, z pochodzenia Niemiec). W Grudziądzu, który Polacy przejmowali 22 stycznia, władzę ze strony niemieckiej przekazywał dowódca tamtejszej twierdzy gen. von Malachowski. Signum temporis.

 "Nowy Gibraltar"

Haller przybył na Pomorze 21 stycznia. Tego dnia w Toruniu odbyły się oficjalne uroczystości powrotu Pomorza do Rzeczypospolitej z jego udziałem. Pierwsza faza przejmowania prowincji skończyła się 23 stycznia; do końca miesiąca jej południowozachodnią część zajęły oddziały wielkopolskie.

25 stycznia zaczęła się faza druga; miała się skończyć nad Bałtykiem. 29 stycznia Polacy wkroczyli do Starogardu i zająć mieli Tczew, strategiczny węzeł kolejowy. Ale pociąg pancerny przywiózł na dworzec jedynie 1. Batalion Morski. Nie dotarły kawaleria i piechota: pogoda była niesprzyjająca, minus 15 stopni, zamiecie. Doszło do incydentu, który zantagonizował miejscowych Polaków i Niemców: marynarze obwiązali łańcuchami pomnik cesarza Wilhelma i oderwali mu głowę. Uroczyste wkroczenie wojsk polskich, witanych przez polską ludność, nastąpiło 30 stycznia. Dzień później kolejarze tczewscy - w większości Niemcy - ogłosili strajk, żądając naprawy pomnika i odszkodowania. Dopiero groźba wysiedlenia ich w ciągu 24 godzin spacyfikowała strajk.

Haller zjawił się w mieście 4 lutego. Rano pociąg sztabowy ruszył z Torunia na północ. "W Pelplinie witają nas tłumy" - relacjonował Edward Ligocki, członek sztabu Hallera, we wspomnieniach opublikowanych trzy miesiące później ("Straż nad Wisłą" nr 2/1920). "Po raz pierwszy widzimy nie programowe przyjęcie w mieście, nie oficjalne, obmyślane z góry powitanie, a prosty żywiołowy entuzjazm. (...) Wita Jenerała we drzwiach kościoła diecezjalnego biskup sufragan ks. dr Klunder, Polak, w zastępstwie biskupa Niemca ks. Rosentretera" (ów "biskup Niemiec" w czasie I wojny światowej organizował kwesty dla poszkodowanej polskiej ludności w Kongresówce, a na diecezjalnym zjeździe w Tczewie w 1924 r. uznał wskrzeszenie Polski za "akt Bożej sprawiedliwości").

Po zakończeniu uroczystości w Tczewie generał zwiedził mosty na Wiśle. Ligocki wspominał: "Na rzece kra. Ogromne bryły lodu posiadały na brzegach. Woda mętna i szara. Tam za Wisłą kończy się państwo polskie i zaczyna »wolne miasto« Gdańsk. Na prawem brzegu rzeki przyczółek mostowy, obsadzony przez pluton hallerczyków ze szturmowej kompanii. Dwadzieścia kroków - druty kolczaste - i koniec własnej ziemi. Ma się wrażenie, że posterunek polski stoi w żelaznym koszyku wiszącym na końcu mostu. Droga zamknięta - nowy jakiś Gibraltar". Niecałe 20 lat później w tym miejscu zaczęła się II wojna światowa.

 "Polski Hindenburg"

Haller wizytował miejscowości zajęte przez jego oddziały. Odwiedzinom towarzyszyła oprawa, przeglądy wojsk, co budziło entuzjazm mieszkańców. "Generał jest bowiem dla nich nie tylko wodzem armii polskiej, ale jest także legendą, opowiadaną na Pomorzu przeszło od roku, jest »Hindenburgiem polskim« (...). Jego imię związane z niezwykłymi kolejami życia, z Murmańskiem, Francją, działa silnie na wyobraźnię mas" - pisał toruński "Głos Robotnika" 11 lutego 1920 r.

Haller był postacią znaną, ucieleśnieniem legendy o "błękitnej armii", której wyczekiwano już pod koniec 1918 r. Popularność wykorzystywał, eksponując własny udział w odzyskaniu niepodległości. 4 lutego zaczął się ostatni etap przejmowania Pomorza i dzień później Haller wydał rozkaz o przeprowadzeniu ceremonii zaślubin Polski z morzem w Pucku.

Dlaczego tam - w rybackiej mieścinie, na peryferiach świata?

Pobytem Hallera nad morzem zainteresowani byli sami Kaszubi. Do Torunia przybyła z zaproszeniem ich delegacja z burmistrzem Pucka. Ponadto Puck był jednym z dwóch (obok Helu) portów rybackich przyznanych Polsce.

Ponieważ nie było linii kolejowej omijającej Gdańsk (zbudowano ją w II RP), 9 i 10 lutego transporty z polskim wojskiem przejechały tranzytem przez Wolne Miasto; żołnierzom nie wolno było opuszczać pociągów. Ligocki wspominał: "Nie bez pewnej goryczy wyjeżdżaliśmy z polskiego Tczewa, by przez terytorium »wolnego miasta« dotrzeć znów do fantastycznie wygiętej polskiej granicy, i stamtąd dopiero zobaczyć to »polskie morze«. (...) Witała nas w Gdańsku na dworcu polska ludność, odwiecznie tu nad morzem siedząca... Aleśmy szli z poczuciem krzywdy - i poczucie to rosło w nas wciąż, skoro nam zza domów i drzew błysnęła wreszcie linia daleka morza, maszty i żagle i dymy wielkich okrętów...".

 Warszawa! Warszawa!

Tymczasem w Pucku przygotowania do przyjęcia gości szły pełną parą.

Jeszcze przed przekazaniem władzy Polsce, w miasteczku zewnętrznie całkowicie niemieckim ujawniły się silne nastroje propolskie. Do koszar wdarła się gromada cywilów uzbrojona w kije. Pruscy oficerowie ze zdumieniem stwierdzali, że ich kaszubscy podwładni, mówiący dotąd po niemiecku, czują się Polakami. Niemieccy właściciele majątków, pracodawcy bezrolnych chłopów, rozpętali propagandę, strasząc bolszewizacją życia przez Polskę i zgłaszając postulat przyłączenia północnej części Pomorza do Wolnego Miasta.

Polacy nie siedzieli bezczynnie. Księża, cieszący się u katolickiej ludności kaszubskiej ogromnym posłuchem, organizowali ruch narodowy. "Liczne wiece we wsiach i miasteczkach wykazały jednomyślność ludu - wspominał kaszubski pisarz Józef Ceynowa, uczestnik wydarzeń. - "Na wiecu w Pucku tysiące wieśniaków (...) burzliwie wołało: - Warszawa! Warszawa! - demonstrując za przyłączeniem powiatu do Polski". Wielką rolę odegrał trybun ludowy Antoni Abraham, obdarzony talentem oratorskim: żarliwy patriota, wywodzący się z najuboższej ludności, dawał jej przykład, jak mimo szykan trwać przy polskości.

Z okien wystawowych cichaczem znikały portrety Wilhelma II, cesarzowej i generałów Hindenburga i Ludendorffa. Ich miejsce zajęli Paderewski, Piłsudski, Dmowski i wyczekiwany Haller. W konspiracji przed Niemcami tworzono milicję ludową. Na pruskich mundurach zaczęły się pojawiać orzełki, z koroną i bez. Komendy wydawano w dziwnej mieszance polskiego, kaszubskiego i niemczyzny. Entuzjazm niekiedy przewyższał umiejętności.

 "Błotnisty brzeg gnijącej zatoki"

9 lutego Puck opuściły oddziały niemieckie. Ceynowa, mieszkaniec pobliskiego Połczyna, tak zapamiętał ten dzień: "W szkole pleciono girlandy, (...) malowano i klejono hasła patriotyczne. (...) Mieszkańcy wywieszali polskie chorągwie i chorągiewki, stroili chaty w gałązki świerkowe i czyścili buty na dzień następny. Dziesiątego lutego Połczyno ruszyło do Pucka. Chorągiew polska, biało-czerwona, je prowadziła. Młodzież męska ją niosła, zmieniając się kolejno, sołtys kroczył przy niej".

W miarę zbliżania się do Pucka, drogi zapełniały się ludnością okolicznych wsi. Ceynowa: "Każda wieś chciała mieć najpiękniejszą bramę powitalną, chciała się najlepiej i w marszu prezentować, chciała jak największe datki złożyć na rzecz Państwa i na ugoszczenie wojska. (...) Każda wieś sądziła, że w tych rzeczach góruje nad innymi i dopiero przy zetknięciu się bliższym okazywało się, że inne wsie przodowały, że lepiej ujawniają swą radość z odzyskania wolności". Najdłuższą drogę mieli rybacy z Helu: kolej jeszcze tam nie istniała, a lód na Zatoce Puckiej był za cienki, by po nim przejść. Tłumy Kaszubów ciągnęły na dworzec kolejowy w Pucku, orkiestra grała, wznoszono wiwaty na cześć Polski.

Oddajmy teraz głos Ligockiemu, który jechał w pociągu: "Szaro było na niebie, mżył deszczyk drobny, włóczyła się lekka mgła. Dojeżdżaliśmy do Pucka, przepełnieni oczekiwaniem, tak długo noszonym w sercu. Tłum, czekający na dworcu ogarnął nas, zmieszał, popsuł szyk i kolejność pochodu. Brnęliśmy przez błoto puckie, a potem wprost przez łąki, do morza. Trudno nawet powiedzieć - do morza. Spieszyliśmy nad brzeg puckiej zatoki, wyglądającej jak staw gdzieś na stepach, zamarzniętej doszczętnie - i gdzieś daleko zlewającej się z linią obcej wody i chmur. (...) Smutno było i szaro".

Na łąkach nadmorskich, wśród deszczu, kazanie wygłosił ks. Józef Wrycza, cieszący się sławą bohatera, który cudem uniknął śmierci z niemieckiej ręki. Rozdzwoniły się dzwony kościelne, wyprężyła kompania honorowa: Haller rzucił platynowy pierścień w wodę. Legenda ubarwiła zdarzenie. "Generał w morze wjechał", "pierścień daleko rzucił" - pisano po latach. Tymczasem zatoka skuta była lodem i pierścień wylądował w przerębli, wyrąbanej przez rybaków.

Mieszkańcy zapamiętali 10 lutego 1920 r. jako święto wyzwolenia. Zupełnie inaczej niż Ligocki, towarzyszący Hallerowi: "Miało to być święto radości, dzień odzyskania, po tylu latach, własnego naszego, polskiego morza. Był natomiast dzień męskich rozmyślań - o tym, że li tylko złudzeniem dojścia do morza rzucono nam w oczy. Puck nie jest portem - Puck jest małym rybackim miasteczkiem, jakich setki są na lagunach (...) na południowym brzegu francuskim. Kto by się ośmielił twierdzić, że wielkiej Francji błotnisty brzeg gnijącej zatoki, wpółzarośnięty szuwarem, gdzieś pod Montpellier, jako port morski wystarczy? Takim właśnie jest nasz polski port Puck".

Nadzieje i rozczarowania

Ale bywało i tak, że Wojsko Polskie zachowywało się na Pomorzu bez wyczucia. "Pół roku po przejęciu widzimy patriotyzm zwarzony, apatię, upadek ducha narodowego (...). Ta awersja doszła do takiego stadium, że poważnie myślący ludzie obawiali się o utratę korytarza pomorskiego" - pisał z goryczą Jan Karnowski, Młodokaszuba, uczestnik Powstania Wielkopolskiego, komendant policji państwowej na odrodzonym Pomorzu. - "Rządy wojskowych były haniebne, równające się rządom soldasteski w podbitym kraju. (...) Nie tylko żołnierze, ale także oficerowie o instynktach zupełnie prymitywnych upatrzyli rozwój kultury polskiej na Pomorzu w szerzeniu publicznego nierządu (...). Powiaty nasze graniczne od czasów wojen szwedzkich tak ciężkich chwil nie przechodziły".

Sytuacja była na tyle poważna, że Sejm RP powołał specjalną Komisję Pomorską dla zbadania sytuacji. Jej ustalenia potwierdziły powyższe obserwacje. Oddajmy głos Karnowskiemu: "Czego nie dokonały 150-letnie rządy pruskie, tego dokonało wojsko polskie, gdyż obudziło w ludzie kaszubskim świadomość odrębności szczepowej i etycznej w stosunku do przybyszów". Owa "odrębność etyczna" to głównie poczucie łączności z Kościołem katolickim, najważniejszym autorytetem od czasów Kulturkampfu. Do tego doszły kwestie gospodarcze: wymiana waluty, rekwizycje, kontrybucje, a często zwykłe złodziejstwo. Obsadzanie urzędów z pominięciem miejscowych zrodziło w Międzywojniu hasło "Kaszubi dla Kaszubów", które było rozpaczliwym wołaniem o równe prawa obywatelskie. "Potrzeba będzie 20-letniej pracy ostrożnej, systematycznej i kierowanej sercem i dobrą wolą, aby przywrócić ten stan psychiczny, który panował przed zajęciem" - konkludował Karnowski.

Gdy II Rzeczpospolita zabrała się w końcu za naprawianie błędów (tzw. "Ogólny program pomorski" wojewody Władysława Raczkiewicza), nastał rok 1939. Obłędna polityka niemieckiego okupanta sprawiła, że urazy odeszły w cień. Mieszkańcy Pomorza znów tęsknie spoglądali ku Warszawie. Z leśnych bunkrów "Gryfa Pomorskiego", ze znienawidzonego niemieckiego Wehrmachtu, z armii Andersa, Berlinga, zza drutów Stutthofu.

TOMASZ ŻUROCH-PIECHOWSKI (ur. 1974) jest historykiem, autorem wierszy i opowiadań poświęconych Pomorzu. Z "Tygodnikiem Powszechnym" współpracuje od 2006 r. Pracuje w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]