Na nauce – dobru całej ludzkości – uwłaszczyło się kilka korporacji

System cyrkulacji wiedzy naukowej oparty jest na patologii. Racje etyczne są tu po stronie piratów, a legalni wydawcy działają na szkodę społeczeństwa.

02.01.2024

Czyta się kilka minut

Wystawa w American Museum of Natural History w Nowym Jorku z okazji 50. rocznicy publikacji w "Nature" artykułu Jamesa Watsona i Francisa Cricka opisującego podwójną helisę DNA, Nowy Jork, sierpień 2001 r. // fot. Mario Tama / Getty Images
Wystawa w American Museum of Natural History w Nowym Jorku z okazji 50. rocznicy publikacji w „Nature” artykułu Jamesa Watsona i Francisa Cricka opisującego podwójną helisę DNA, Nowy Jork, sierpień 2001 r. // fot. Mario Tama / Getty Images

Henry Oldenburg miał sporo talentów – znał przynajmniej siedem języków i potrafił poruszać się w intelektualnych kręgach całej Europy – ale raczej nie umiał przewidywać przyszłości. Ten pracowity niemiecki filozof i dyplomata nie mógł się więc spodziewać, że niewielki interes, który rozkręcił w 1665 r. w Londynie, po ponad 350 latach wciąż będzie działać, a rynek, na którym był pionierem, będzie dziś wart 19 mld dolarów rocznie. 

Nie mógł więc też wiedzieć, jak wielkie pojawią się w nim patologie.

Na ramionach gigantów

Oldenburg żył w czasach, w których tworzyła się nowożytna nauka, fundamenty pod nią kładli m.in. Galileusz i Newton. On sam też zapisał się w historii nauki, ale nie od strony eksperymentalnej czy teoretycznej, lecz logistycznej.

Po przeprowadzce do Londynu Oldenburg przyjął zaszczytną, czasochłonną i bezpłatną funkcję pierwszego w historii sekretarza Towarzystwa Królewskiego, zrzeszającego brytyjskich przyrodników i intelektualistów. Na potrzeby tej organizacji założył w 1665 r. pismo „Philosophical Transactions”. Planował omawiać w nim nowe odkrycia i relacjonować dyskusje toczone w środowisku. W pierwszym numerze znalazła się m.in. wzmianka Oldenburga o zaobserwowaniu przez Roberta Hooke’a Wielkiej Czerwonej Plamy na Jowiszu, a także krótki opis „dziwacznego i potwornego” płodu cielaka, na jaki natknął się pewien brytyjski rzeźnik, pióra jednego z twórców nowożytnej chemii, Roberta Boyle’a.

„Philosophical Transactions” było prywatnym przedsięwzięciem, wzorowanym na starszym o dwa miesiące, ale bardziej humanistycznym niż przyrodniczym tytule „Journal des sçavans”, ukazującym się w Paryżu, którego redaktorzy zresztą zatrudnili Oldenburga jako korespondenta. Te czasopisma stworzyły podwaliny nowego systemu cyrkulacji wiedzy, którego znaczenie trudno przecenić, zważywszy na to, że nauka jest działalnością ściśle społeczną. Nawet giganci pokroju Galileusza i Newtona nie funkcjonowali w próżni – prowadzili swoje badania i interpretowali wyniki eksperymentów w kontekście wiedzy i poglądów panujących w danej epoce. Ostateczny kształt teorii naukowych wykuwa się w dyskusjach między uczonymi. Pismo Oldenburga i kolejne, wzorowane na nim, dały rosnącemu środowisku uczonych platformę do szybkiego porządkowania i wymiany myśli oraz rozstrzygania sporów. 

Złoty standard

W 2015 r., podczas obchodów 350-lecia „Philosophical Transactions”, prezydent Towarzystwa Królewskiego Paul Nurse stwierdził, że wzorzec czasopisma naukowego stworzony przez Oldenburga przetrwał w niezmienionej postaci do naszych czasów.

Choć rola czasopism pozostała podobna (Oldenburg definiował ją jako rejestrowanie odkryć i wynalazków, a także certyfikację, rozpowszechnianie i archiwizowanie wiedzy), to w słowach Nurse’a jest trochę przesady. Historyczka Aileen Fyfe uważa, że dopiero w XIX w. i na początku XX w. nastąpiły kluczowe dla naszej opowieści zmiany w funkcjonowaniu czasopism, związane z profesjonalizacją ich redakcji.

W XIX w. najważniejsze tytuły przyjęły współczesny złoty standard – system podwójnych eksperckich recenzji (ang. peer review). Każdy zgłoszony do redakcji artykuł oceniany jest przez co najmniej dwóch specjalistów z tej samej dziedziny, a ich recenzje decydują o tym, czy tekst trafi do obiegu. Ten system nie jest niezawodny, czego dowodzi również praktykowana w redakcjach procedura wycofywania wadliwych publikacji z obiegu, ale zmniejsza ryzyko tego, że teksty uchybiające standardom danej dziedziny zostaną rozpowszechnione.

Drugim ważnym obok peer review pomysłem wydawców było wprowadzenie opłat dla autorów artykułów. Warto to podkreślić: naukowcy, którzy chcą opublikować swoje doniesienia w specjalistycznym czasopiśmie, nie tylko nie otrzymują za to wynagrodzenia (co odróżnia ich od dziennikarzy piszących do tradycyjnych mediów), ale często muszą pokrywać koszty wydawnicze. Amerykańskie Towarzystwo Fizyczne wprowadziło opłaty dla autorów zaakceptowanych do druku tekstów w latach 30. XX w., a w następnych dekadach ten proceder rozprzestrzenił się wśród innych wydawców. Amerykańska Akademia Nauk posunęła się nawet dalej: pobierała opłaty za każdy artykuł nadesłany do redakcji, także za te, którym ostatecznie odmawiano publikacji.

Złoty interes

Dochody ze sprzedaży „Philosophical Transactions” ledwo pozwalały Oldenburgowi opłacić czynsz za jego dom przy ulicy Piccadilly w Londynie. Dzisiaj wydawanie czasopism naukowych to znacznie lepszy biznes – przychody pięciu największych graczy na tym rynku sięgają 10 mld dolarów rocznie (więcej w ramce). Ci wydawcy szczycą się tym, że wspierają rozwój nauki, a więc służą całemu społeczeństwu, ale na ich działalność można spojrzeć inaczej.

Na dochody wydawców składamy się wszyscy. W teorii każdy czytelnik może kupić numer dowolnego czasopisma czy nawet pojedynczy artykuł. Przykładowo, 24-godzinny dostęp online do opublikowanego w świątecznym numerze dwutygodnika „Current Biology” artykułu opisującego, jak pod wpływem zdobywanego doświadczenia u sępów egipskich zmieniają się wzorce migracji, kosztowałby mnie 35,95 dolarów, zaś roczny dostęp do całego tytułu – 369 dolarów (po dopłacie 168 dolarów otrzymałbym wydanie drukowane).

Głównymi klientami wydawców są jednak nie indywidualni odbiorcy (mało który uczony mógłby sobie pozwolić, by opłacić dostęp do dziesiątek różnych czasopism, czego wymaga prowadzenie badań i dydaktyka), lecz uniwersytety i biblioteki czy ich stowarzyszenia, a nawet państwa. Jako pracownik Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych UJ mogę więc ten sam artykuł z „Current Biology” o egipskich sępach przeczytać za darmo – dzięki subskrypcji opłacanej przez podatników. W Polsce negocjacjami z wydawcami zajmuje się finansowana z budżetu państwa Wirtualna Biblioteka Nauki, której wydatki w 2022 r. przekroczyły 270 mln zł. Największe uczelnie mogą także wykupować dodatkowe prenumeraty.

Drugim głównym źródłem dochodów wydawców, o czym była już mowa, są autorzy. Choć większość redakcji zrezygnowała już z pobierania opłat za każdy tekst przyjęty do recenzji, a wiele nie wymaga nawet opłat za publikację, tylko za pewne przywileje. Np. ponadprzeciętną długość tekstu, kolorowe ilustracje, profesjonalne usługi korektorskie, szybką ścieżkę redakcyjną (zazwyczaj od złożenia artykułu do czasopisma do jego publikacji mija wiele miesięcy, u niektórych wydawców za dopłatą można sobie zagwarantować przejście całego procesu w kilka tygodni; rekordowe stawki, dochodzące do 7 tys. dolarów, mają pewne czasopisma grupy wydawniczej Taylor & Francis) czy wreszcie za publikowanie w tzw. otwartym dostępie (udostępniony w tym modelu artykuł nie wymaga już opłat od czytelników).

Ten ostatni „przywilej” jest najdroższy – opłaty mogą w tym przypadku sięgać od tysiąca do nawet 12 tys. dolarów (w przypadku „Nature” i jego licznych mutacji). Ale ponieważ autorom zależy na tym, by ich publikacje trafiły do jak najszerszej grupy odbiorców, podatnicy na całym świecie płacą dziś wydawcom dwa razy: po pierwsze, wykupując subskrypcje dla naukowców do obszernych i zamkniętych archiwów wydawców, po drugie – za każdy nowy artykuł publikowany w otwartym dostępie.

To nie koniec listy przysług, jakie społeczeństwo wyświadcza wydawcom – w wielu przypadkach prywatnym firmom. Dla funkcjonowania czasopism kluczowe są przecież recenzje artykułów (peer review). Każda recenzja pochłania od kilku do kilkudziesięciu godzin pracy jakiegoś naukowca. To praca wykonywana społecznie (choć niektóre uczelnie wymagają jej od swoich pracowników) – brak wynagradzania recenzentów jest w tej branży standardem. Dlaczego zatem naukowcy się na to godzą? Wybierzcie sobie ulubioną odpowiedź: z poczucia obowiązku, solidarności branżowej (dziś ty zrecenzujesz czyjś artykuł, jutro ktoś inny zrecenzuje twój), ale i dlatego, że bycie recenzentem znanego tytułu jest źródłem prestiżu (każdy uczony będzie mile połechtany, jeśli z prośbą o recenzję zwróci się do niego redaktor „Nature”), a także umożliwia podbijanie wartości własnego dorobku (recenzent zawsze może mniej lub bardziej subtelnie podsunąć autorom artykułu pomysł przywołania jego własnych badań).

Trzeba też pamiętać, że publikacje w czasopismach są raportami z prowadzonych badań naukowych, a te najczęściej finansowane są ze środków publicznych. Pensje naukowców, instrumenty badawcze i całe laboratoria, nawet materiały i odczynniki wykorzystywane w badaniach – za to wszystko płacą podatnicy, a przecież bez tych wydatków nie byłoby badań (nawet jeśli naukowców zatrudniają prywatne firmy czy uczelnie, to i one często korzystają z publicznych dotacji). Zaś bez badań nie byłoby czego raportować w czasopismach. Wydawcy otrzymują więc czasochłonne recenzje i raporty z kosztownych badań za darmo – a potem sprzedają do nich dostęp. Aż dziwne, że za ten perfekcyjny model działalności nikt dotąd nie otrzymał ekonomicznego Nobla.

Batalia o Sci-Hub

Jeśli zgodzimy się, że nauka jest dobrem społecznym – należy do całej ludzkości – to warto zapytać, dlaczego uwłaszczyło się na niej kilka korporacji? Czemu cały system funkcjonuje w taki sposób? Kłopotliwa odpowiedź brzmi: bo może. Nikt nie zrobił z nim porządku. Częściowo dlatego, że naukowcy zdążyli się przyzwyczaić – skoro kluczowe elementy systemu powstały przed stu laty lub dawniej, to żaden uczony nie zaznał czasów, gdy publikowanie odbywało się w innym trybie. Zresztą wydawcy budowali swoje imperia stopniowo, regularnie podnosząc opłaty i podkręcając zyski.

Istnieją jednak buntownicy. Wojnę partyzancką przeciwko wydawcom od dekady prowadzi Aleksandra Ełbakian, informatyczka z Kazachstanu, która stworzyła piracki serwis Sci-Hub. O jego ogromnej popularności zadecydowały przepastne archiwa, brak opłat i prostota działania: wystarczy wkleić link do ukrytej za bramką płatniczą publikacji lub jej numer identyfikacyjny (tzw. DOI), a serwis błyskawicznie wypluje poszukiwany artykuł.

Do 2021 r. Sci-Hub zgromadził większość tekstów, jakie kiedykolwiek ukazały się w czasopismach naukowych – ponad 88 mln dokumentów. Wydawcy tacy jak Elsevier i Amerykańskie Towarzystwo Chemiczne próbowali z nim walczyć, tyle że Ełbakian nic nie robiła sobie z milionów dolarów odszkodowań, zasądzonych na rzecz wydawców w amerykańskich sądach. Wobec batalii prawnej, jaka od prawie 3 lat trwa w Indiach, zawiesiła jednak agregowanie w Sci-Hubie nowych publikacji. To pierwszy proces, w którym ten serwis reprezentowany jest przez prawników, zresztą wolontariuszy. Próbują oni przekonać sąd w Delhi, że większą wartością niż prawa legalnych wydawców jest prawo społeczeństwa do swobodnego dostępu do informacji naukowych. Od wyroku w tej sprawie może zależeć przyszłość serwisu.

Sci-Hub nie sprawdza się więc aktualnie jako platforma do czytania najnowszych doniesień naukowych, choć jego statystyki są nadal imponujące – rocznie użytkownicy sięgają po niego ok. 1,5 mld razy, by pobrać publikacje (dla porównania: wydawca najpoczytniejszych czasopism, Springer Nature, chwali się liczbą 2,9 mld udostępnień dokumentów rocznie). Przyzwolenie na korzystanie z Sci-Huba jest w środowisku powszechne – trudno znaleźć badacza, który wypowiedziałby się o nim nieżyczliwie. Sam znam profesorów zaczynających zajęcia od pokazania studentom, jak Sci-Hub działa. Serwis jest szczególnie cenny dla uczonych pochodzących z państw, które nie mogą lub nie chcą wykładać milionów dolarów na opłacanie instytucjonalnych subskrypcji. I jest niezastąpiony dla dziennikarzy naukowych.

Publikuj albo giń

Naukowcy publikują artykuły w czasopismach nie tylko dlatego, że chcą się pochwalić jakimś odkryciem – robią to, ponieważ właśnie z tego są rozliczani. Wiele państwowych systemów ewaluacji pracy naukowej opiera się na wycenianiu dorobku publikacyjnego, skąd wzięło się popularne w akademii hasło „publikuj albo giń!” (ang. publish or perish!).

W Polsce czasopismom przypisuje się pewną (dość arbitralną) wartość – np. publikacja w „Nature”, „Cell”, „Science” czy „The Lancet” to maksymalne 200 punktów ministerialnych (podobnie jak w przypadku... wydawanej przez Fundację Campus w Stalowej Woli „Pedagogice Katolickiej”, która przeskoczyła o kilka pułapów punktowych za kadencji ministra Czarnka). Zdobyte przez naukowców punkty wpływają na ich karierę – decydują o awansach czy rozstrzygnięciach konkursów stypendialnych – ale mają też znaczenie dla uczelni, rozliczanych z osiągnięć swoich pracowników. Za zgromadzonym dorobkiem idzie podział ministerialnej dotacji, zależą od niego też uprawnienia do nadawania stopni i tytułów naukowych.

Na rynku międzynarodowym wyznacznikiem dorobku jest raczej liczba wysoko cytowanych publikacji (takich, na których ustalenia często powołują się inni badacze) – ale i ona w dużej mierze zależy od tego, w jakich tytułach autorzy publikują. Czasopisma chwalą się nawet tzw. wskaźnikiem cytowań (impact factor, IF), mierzącym, jak często publikowane przez nich artykuły są przywoływane w innych pracach.

W tym systemie co rusz wyrastają nieuczciwe wydawnictwa, nazywane drapieżnymi. Prowadzą swoje niby-czasopisma, w których stosują niby-recenzje i publikują nadsyłane przez niby-naukowców niby-prace – w rzeczywistości można tam umieścić dowolne bzdury, o ile uiści się prawdziwą opłatę publikacyjną. W drapieżnych pismach jest ona niska – przykładowo, opublikowanie artykułu w „Journal of Tumor” udającym pismo medyczne kosztuje 400 dolarów, a w wielobranżowym „Scientific Journals” zaledwie 50 funtów. Jeśli system ewaluacji w jakimś kraju nie jest uszczelniony, to oszuści mogą tanim kosztem uzyskiwać awanse lub inne profity w oparciu o bezwartościowy (a przynajmniej niezrecenzowany przez nikogo) dorobek.

Istnieje też szara strefa, w której funkcjonują czasopisma o podejrzanej proweniencji. Nie są czysto drapieżne – nie da się w nich przepchnąć dowolnej bzdury – ale mają niski wskaźnik odrzuceń zgłaszanych artykułów. W „Nature” sięga on aż 93 proc., a 80 proc. zgłaszanych prac w ogóle nie trafia do recenzji, bo jest dyskwalifikowanych na etapie wstępnej selekcji (co z jednej strony wymaga dużego nakładu uczciwej pracy redakcyjnej, lecz z drugiej – jest krytykowaną praktyką i czasem powodem do wstydu: przełomowa praca ubiegłorocznych noblistów z medycyny została odrzucona w „Nature” i „Science” bez recenzji, po tym jak redaktorzy uznali, że nie pchnie ona zbytnio nauki do przodu). Czasopisma z szarej strefy mogą publikować przeszło połowę zgłaszanych tekstów.

Nieuczciwi wydawcy i naukowcy nie są oczywiście niczym pożądanym w środowisku, ale świadomość ich istnienia jest szeroka, a sposoby walki z nimi – znane. Nie trzeba też nikogo przekonywać, że oszustami trzeba się zająć. Dlatego z punktu widzenia społeczeństwa to w istocie marginalny i branżowy problem. Większym, paradoksalnie, są ci wydawcy, którzy pozostają rzetelni, profesjonalni i działają w pełni legalnie – jednak w pogoni za zyskiem nadużywają swojej rynkowej pozycji. Regularnie podnoszą opłaty za publikację w otwartym dostępie, otwierają nowe mutacje swoich prestiżowych tytułów, które z miejsca i raczej „na kredyt” uzyskują wysokie notowania (ewenementem jest grupa czasopism „Nature”, obejmująca już przeszło 60 różnych tytułów, tylko 15 z nich ma więcej niż 20 lat, w ciągu pięciu ostatnich lat przybyło 17 tytułów, a trzy kolejne: „Nature Cities”, „Nature Chemical Engineering” i „Nature Electrical Engineering” mają wystartować w przyszłym roku) czy manipulują pozornie obiektywnymi wskaźnikami, takimi jak IF – po to, by autorom najbardziej opłacało się skorzystać z ich oferty.


 

WIELKIE WYZWANIA: ANTROPOCEN

Przyglądamy się największym wyzwaniom epoki człowieka oraz drodze, która zaprowadziła nas od afrykańskich sawann do globalnej wioski. Omawiamy badania naukowe i dyskusje nad interakcjami między człowiekiem i innymi elementami przyrody – zarówno tymi współczesnymi, jak i przeszłymi. CZYTAJ WIĘCEJ W SERWISIE SPECJALNYM >>>


Otwieranie nauki

Poza partyzantami takimi jak Ełbakian, objawem buntu przeciw wydawcom jest nieformalny ruch tzw. otwartej nauki. Jego zwolenników jednoczą szersze postulaty walki z patologiami zdarzającymi się w nauce, w tym troska o ściślejszą kontrolę nad przebiegiem badań i weryfikację zgłaszanych wyników, ale rynek czasopism też z konieczności leży im na sercu, skoro są one kluczowym elementem w nauce.

Otwarta nauka to m.in. taka, która nie hamuje postępu naukowego w imię zysków prywatnych firm – a takie są konsekwencje ukrywania wyników badań przez wydawców za bramkami płatniczymi. Często powtarza się też w tym środowisku, że wydawcy, przynajmniej ci prywatni, w ogóle nie powinni czerpać z nauki zysków. Niestety, walka o rozpowszechnianie otwartego dostępu prowadzi czasem do rezultatów sprzecznych z tym postulatem.

Nie brak dzisiaj repozytoriów otwartego dostępu, takich jak serwisy arXiv.org czy biorXiv.org, gdzie można udostępniać artykuły w różnych wersjach (od pierwszych szkiców po zaakceptowane do druku). W niektórych dziedzinach, np. fizyce, matematyce czy informatyce, takie udostępnianie prac jest standardem, co podkopuje sens istnienia czasopism. Przydają się one nadal do oceny dorobku, ale obieg wiedzy naukowej zaczyna odbywać się poza nimi.

Można się było o tym przekonać kilka miesięcy temu, gdy zespół z Korei Południowej ogłosił znalezienie materiału nadprzewodzącego w temperaturze pokojowej (nazwanego LK-99). Artykuły na ten temat, wraz z instrukcją wytworzenia materiału, zostały udostępnione w arXive.org, zanim zostały zgłoszone do czasopisma. Po kilku tygodniach, dzięki pracom innych zespołów udostępnionym w tym samym repozytorium, stało się jasne, że autorzy pierwszej publikacji popełnili błędy – i materiał opisany przez nich nie jest nadprzewodnikiem.

W 2018 r. europejskie agencje grantowe, w tym polskie Narodowe Centrum Nauki, przyjęły w duchu otwartej nauki tzw. plan „S”, zgodnie z którym publikacje przygotowane w ramach finansowanych przez te agencje badań muszą znaleźć się w otwartym dostępie (podobną strategię przyjęły amerykańskie agencje). I choć plan „S” rozwiązuje problem z brakiem dostępu do wyników nowych badań, to na razie nie przyczynił się do ograniczenia zysków prywatnych wydawców. Wręcz przeciwnie! Ponieważ agencje zarezerwowały środki na opłaty publikacyjne, wydawcy nie muszą się martwić, że autorzy nie będą w stanie zapłacić za każdy trafiający do otwartego dostępu artykuł.

Nauka na przyszłość

Prywatni wydawcy czasopism, zarabiający miliardy na publikowaniu raportów z finansowanych przez społeczeństwo badań (w praktyce: na ograniczaniu do nich dostępu!), nie są jednym przejawem patologii w nauce: coraz częściej mówi się w tym środowisku o kryzysie zdrowia psychicznego, problemie wypalenia, toksycznej atmosferze i feudalnych stosunkach panujących na uczelniach, dyskryminacji, niskich zarobkach, zwłaszcza w kontekście tych oferowanych przez biznes, o zbyt dużej presji czy braku stabilności zatrudnienia dla młodych badaczy. To wszystko są realne problemy, które przekładają się ostatecznie na to, jak szybko będziemy radzić sobie z pandemiami, leczeniem nowotworów, ochroną środowiska czy tworzeniem sztucznej inteligencji. Z pewnością w nauce potrzeba znacznie więcej zmian, ale ponieważ czasopisma znajdują się w samym sercu systemu, wypadałoby w końcu rozwiązać problem z prywatnymi wydawcami. Bo ich chciwość zagraża rozwojowi nauki.

Ten problem nie jest nowy: w latach 90. w czasopiśmie „The Serials Librarian” ukazał się cykl tekstów o kryzysie związanym z błyskawicznie rosnącymi kosztami prenumerat czasopism naukowych, których nie były w stanie udźwignąć biblioteki. Jeden z artykułów zaczyna się od konstatacji, że kryzys ten przypomina... poprzedni, który miał miejsce dekadę wcześniej.

„Nie wierzę w żadne przyrodzone prawo czasopism akademickich do istnienia lub taką konieczność i spodziewam się, że w ciągu naszego życia większość z nich zniknie w obecnej formie. Nie wierzę, że zarządzanie recenzjami przez czasopisma jest czymś lepszym od systemu recenzji nadzorowanego przez samą społeczność akademicką, niezależnie od czasopism. Uważam system recenzji za usługę świadczoną przez społeczność na rzecz społeczności. Nie jest on wartością dodaną, gwarantowaną przez wydawców akademickich (...). Jestem silnie przekonany, że komercyjni wydawcy są czystym ciężarem nałożonym na społeczeństwo i należy ich we właściwym czasie wyplenić lub całkowicie przekształcić”.

To niedawne słowa jednego z liderów ruchu otwartej nauki, Chrisa Chambersa, z listu aplikacyjnego na stanowisko redaktora naczelnego czasopisma „Psychological Science”, należącego do prywatnego wydawnictwa SAGE.

W kwietniu z kolei głośno zrobiło się o rezygnacji ponad 40 osób z zespołu redakcyjnego dwóch powiązanych czasopism – „Neuroimage” i „NeuroImage: Reports” – w proteście po tym, jak ich wydawca, Elsevier, podwoił wysokość obligatoryjnej opłaty za otwarty dostęp.

Chambers nie dostał posady naczelnego „Psychological Science”, ale jeśli więcej naukowców zacznie się otwarcie przeciwstawiać wydawcom, ci ostatni będą musieli zareagować. A może nawet tym tematem zainteresują się także politycy.

Przyszłe rewolucje naukowe mogą zależeć od tego, czy w samym systemie funkcjonowania nauki dojdzie do rewolucji.

Pieniądze i prestiż

Wiele czasopism cieszących się do dziś największym uznaniem powstało w XIX w. Najstarszy medyczny tytuł – „New England Journal of Medicine” – ukazuje się w USA od 1812 r., przeszło dekadę później powstał konkurencyjny brytyjski „The Lancet”. W latach 30. XIX w. Towarzystwo Królewskie stworzyło swoje drugie, a dzisiaj bardziej wpływowe pismo – „Proceedings”. W drugiej połowie XIX w. zaczęły się ukazywać „Nature” i „Science”. Pierwsze założyła w Londynie grupa intelektualistów skupionych wokół zoologa Thomasa Henry’ego Huxleya, który zasłynął z publicznych debat w obronie teorii ewolucji i przydomku „buldoga Darwina”; drugie powstało za Atlantykiem, dzięki inwestycjom Thomasa Eddisona i Alexandra Grahama Bella, którzy dorobili się na swoich wynalazkach – m.in. żarówce i telefonie. W tym samym czasie w świecie anglosaskim karierę zaczął robić neologizm „naukowiec”.

Od lat liderem na rynku czasopism naukowych jest holenderski Elsevier, którego przychody w 2022 r. przekroczyły 3 mld dolarów, co wygenerowało ponad miliard dolarów czystego zysku (marża zysku wydawcy przekracza 30 proc., to wyższa wartość niż w przypadku gigantów technologicznych, takich jak Apple czy Google). Do Elseviera należy m.in. „The Lancet” i „Cell”, a także prawie 3 tysiące innych tytułów ze wszystkich dziedzin, publikujących 600 tys. artykułów rocznie.

Przychody Springer Nature (należy do niego 2 tys. tytułów, w tym „Nature”) – wynoszą ok. 2 mld dolarów rocznie, a zysk – setki milionów. Zbliżone wyniki osiągają Wiley oraz SAGE Publishing, za nimi znajduje się wydawnictwo Taylor & Francis. Tych pięciu największych wydawców kontroluje łącznie połowę rynku. Wszystkie znajdują się w rękach prywatnych. Wszystkie wydają także książki naukowe.

Nie każde prestiżowe czasopismo działa na komercyjnych zasadach. Np. „Science” i „ELife” wydawane są przez organizacje non-profit. Wymagają opłat za publikację (odpowiednio 5 tys. i 2 tys. dolarów), ale nawet bez nich zezwalają autorom na udostępnianie artykułów w otwartych repozytoriach.


 

Projekt dofinansowany ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Edukacji i Nauki w ramach Programu „Społeczna Odpowiedzialność Nauki II”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Filozof i kognitywista z Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych oraz redaktor działu Nauka „Tygodnika”, zainteresowany dwiema najbardziej niezwykłymi cechami ludzkiej natury: językiem i moralnością (również ich neuronalnym podłożem i ewolucją). Lubi się… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 1/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Model wart Nobla