Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Na nieobjętej ziemi

Na nieobjętej ziemi

01.12.2013
Czyta się kilka minut
Andrzej Stasiuk, Nie ma ekspresów przy żółtych drogach | Jest w Stasiukowym świecie głęboka studnia pamięci i jest ścieżka przez las, niewyraźny prześwit, gdzie majaczy już inne, pozaziemskie już światło.
Z

Zdawałoby się: proste, bezpośrednie, pisane w felietonowym rytmie, są opowieści Stasiuka zbudowane na darze patrzenia, ale też wspaniałym darze słowa, niczym niegdyś podróżnicze eseje Zbigniewa Herberta.

Nie ma ekspresów przy żółtych drogach? W tytule nowej książki Andrzeja Stasiuka zdaje się coś zgrzytać, jakby pomylony przyimek, choć może właśnie dzięki tej niezręczności bardziej przykuwa on uwagę. Zmusza do myślowego postoju, co tym bardziej stosowne, iż drogi zaznaczone w samochodowych atlasach na żółto to przecież trakty lokalne, po których jedzie się wolno, nie te autostradowe 150 km na godzinę, gdy walczymy o każdy kwadrans, a trasa zmienia się w asfaltowy pas transmisyjny, wiodący bezwolnych od jednej do następnej stacji benzynowej.
Stasiuk wybiera drogi pełne zakrętów i kolizyjnych skrzyżowań, powolne, z których dobrze widać świat, bo nie ma tu odgradzających dźwiękochłonnych płotów, a przede wszystkim my sami, nie śpieszący się zbytnio kierowcy, odnajdujemy wolność zatrzymania się: by zobaczyć, poczuć, pozwolić sobie myśleć. Podróżowanie „żółtą drogą” to codzienność pisarza z beskidzkiego Wołowca, ale oczywiście także metafora jego postawy wobec świata.
Ten świat można oglądać na Zabajkalu lub pod Jasłem, na stepie w Mongolii, gdzie nieogarniona, nieledwie mistyczna „nieskończoność zieleni pod błękitnym niebem”, i na pustyni Gobi, gdzie podczas ciemnej jak otchłań nocy z wielu kilometrów wyczuwa się – dający nadzieję odnalezienia domu – zapach zwierząt. Czeka on na nas w najbliższej okolicy, w której po łemkowskich wsiach zostały tylko ginące w zieleni fundamenty domów i otoczone triumfującą łąką figury Ukrzyżowanego. Podczas wypraw do Albanii i do Rumunii, ale też corocznej wycieczki (czy jednak pielgrzymki?) do Lichenia – portretowanego bez łatwego sarkazmu, „bo lepiej Panu zostawić ostateczny sąd”. A jeśli umie się patrzeć, czasem wystarczy tylko wyjrzeć przez szybę, za którą, na zboczach rozciąga się karpacka republika cmentarzy, międzynarodówka wojennych mogił.
Osią tych felietonów (publikowanych wcześniej m.in. w „Tygodniku Powszechnym”) jest wędrówka: daleka i najbliższa, czasem na poły wyimaginowana. Podczas wypraw można choćby przemyśleć raz jeszcze utopię komunizmu, który roił – przekonuje pisarz – o wyzwoleniu z materii, o narzuceniu światu nowej formy, a pozostawił po sobie chwasty, pola skruszałego betonu, tysiące kilometrów rdzewiejącego drutu kolczastego. Odczuć upiorność polskiej historii, zdającej się wcielać w drogę nr 816, meandrującą między dawną granicą Związku Radzieckiego z jednej a obozami zagłady – Bełżcem, Sobiborem, Treblinką – z drugiej strony. Odkryć wioskowy pejzaż, z którego zniknęły zwierzęta, obory, stare chałupy, grządki warzyw, drzewka owocowe – zamiast nich jest przystrzyżony trawnik, szara kostka brukowa, rząd równo wznoszących się tui; bawarska nieledwie kurtyna, za którą trwa poszukiwanie nowej formy – narodowej, a może już raczej do bólu uniwersalnej. Usłyszeć obsesyjny oberek, w który wcielił się chłopski los i chłopski bunt wielu stuleci. Krańcem oka dostrzec bestię, która prędzej czy później wyjdzie do nas z ciemności...
Trzeba być blisko życia – podpowiada Stasiuk – w kręgu ogniska, przy ziemi, w pyle, obserwować rodzące się owce w ich nieporadnym kształcie, patrzeć z uwagą, dzięki której świat się otwiera, dzięki której możemy spotkać człowieka (a nie tylko „tubylca”, przewodnika, kierowcę), odnaleźć intensywność szczegółu. Doznać epifanii dzikiego istnienia, którą staje się walczący o życie ryś, poświadczyć cud kolejnego maja, gdy „jak łaska przenajświętsza spływa z niebios złotawy pył, mgła zielonkawa i godzina za godziną, dzień za dniem tężeje w listowie, skrapla się i krystalizuje w ruń”.
Jest w tym Stasiukowym świecie głęboka studnia pamięci i jest ścieżka przez las, niewyraźny prześwit, gdzie majaczy jakieś inne, pozaziemskie już światło. Bo gdy przekroczyło się kolejny rubikon, wpadło w solidną, szczęśliwie krzepką jeszcze pięćdziesiątkę, coraz częściej zawadza się myślą o Boga, w głowie czasami na nowo grzechoczą słowa litanii, z sierpniowych pól znów zda się unosić w niebo zielna Boża Matka. I coraz bliżej są ci, którzy wyprzedzili nas w drodze. Czekają, kryją się w tych chwilach, gdy „pejzaż kończył się, ale poza nim było coś, co nieodparcie pociągało wyobraźnię. Nic konkretnego, nic wyrazistego. To była raczej próżnia, pustka wypełniona mlecznym światłem jesieni. Ilekroć jestem w tamtych stronach, zatrzymuję się na cmentarzu i wypatruję. Czasami tamto powraca w jakiejś postaci. Ten blask wydobywający się z nieznanego. Może z miejsca, dokąd odeszli zmarli. A może tylko z głębi naszego umysłu”.
Podróże mężczyzny w średnim wieku to także czas powrotów, przeszukiwania wspomnień. Odbudowywania w materii słów tej warszawskiej Fabryki Samochodów Osobowych, która miała istnieć zawsze, przyjmując w siebie kolejne pokolenia robotników; tej lemoniady pitej razem z ojcem i pierwszych papierosów, paraliżujących smakiem; nawet lekcji religii z czasów, gdy Kościół (szczęśliwiej dla siebie i dla nas) nauczał nie w szkołach czy radiu, a w skromnych salkach katechetycznych; i oczywiście tych słuchanych niegdyś nieuważnie opowieści babki. Trzeba odnaleźć swoje dawne miejsca, które dziś najdosłowniej butwieją i rdzewieją. Przypomnieć je, zapisać – by nie stracić siebie. Czasem zresztą przeszłość bierze sprawy w swoje ręce, wręcz domaga się uwagi, niespodzianie wybłyskuje przed oczyma i to jest „oślepiające jak delikatna magnezja. (...) Jakby śmierć się oddaliła, jakby na ten ułamek czasu utraciła swoją władzę”.
Czytając ostatnią, powstałą już właściwie na łożu śmierci, książkę Tiziana Terzaniego, Stasiuk przekonuje z siłą aforyzmu: „Być może nasze istnienie nie ma innego sensu. Wędrujemy przez świat, by o nim opowiadać. Wcale nie po to, by go podbijać, zmieniać, poznawać i rozumieć, ale jedynie po to, by opisywać jego piękno. Piękno, którego często nie jesteśmy w stanie pojąć, lecz czujemy, że nas przeszywa z siłą pierwszej miłości”.
Być może tak jest, w rzeczy samej, pomrukuję, wędrując śmiało między jednym pokojem a drugim, od biurka i komputera do ściany książek. Być może, lecz cóż z naszego opowiadania, jeśli nie jest nam przyznany język ku niemu? Zdawałoby się: proste, bezpośrednie, pisane w felietonowym rytmie, są opowieści Stasiuka zbudowane na darze patrzenia, ale też darze słowa, niczym niegdyś podróżnicze eseje Zbigniewa Herberta. To dzięki niemu wryje się nam w pamięć krajobraz „z czasów, gdy Stwórca dopiero rozmyślał nad ideą roślinności”; zatrzyma puenta zwracająca uwagę niczym biała gwiazdka na czole czarnej, właśnie narodzonej owcy; wiosną powróci niepewny swego istnienia pejzaż, co „zsuwa się z powierzchni ziemi jak rękawiczka”.
***
„Przestań już z tym Stasiukiem, przecież on ciągle pisze o tym samym” – słyszę ostatnio. Nie całkiem bez racji, bo autor „Opowieści galicyjskich” wykroił sobie suwerenną dziedzinę rzeczywistości i wyobraźni, którą uporczywie przemierza, podobnie jak Paweł Huelle splątane szlaki Gdańska, niemieckiej kultury, Kaszubów, a Jerzy Pilch – pełną demonów kotlinę podniesionej w mit Wisły. Mnie jednak, zasłuchanemu w melodię Stasiukowych zdań, uwiedzionemu jego czułym i mądrym oglądaniem świata – zupełnie to nie przeszkadza. Wśród ponurej masy prefabrykowanych tekstów, wzbierającej fali obiecujących, śmiałych i przekraczających rozmaite granice debiutów, wśród rzesz absolwentów kursów creative writing – dobrze jest odnajdywać światło prawdziwej prozy. Nawet jeśli ukrywa się ono pod korcem „felietonu”.

Andrzej Stasiuk, Nie ma ekspresów przy żółtych drogach, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Ur. 1971 r. Redaktor działu kultury „Tygodnika Powszechnego”, krytyk literacki, pracownik Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, sekretarz Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. Zbigniewa...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]