Moja karuzela

Jestem po kilkukrotnej lekturze tekstu Tomasza Potkaja “Na karuzeli" (“TP" nr 14/04). Nie potrafię się do niego odnieść bez emocji. Chciałabym uwierzyć, że to tylko wstęp do rozważań na temat problemu, w którym nie chodzi jedynie o to, że “200 tys. par żyje w Polsce w związkach niesakramentalnych" i co z nimi począć, ale i o to, że w kraju żyje znacznie więcej ludzi dotkniętych nieuleczalną chorobą, zdiagnozowaną jako kryzys rodziny.
Czyta się kilka minut

Trzeba pomagać potrzebującym, więc cieszę się, że Kościół interesuje się konkubinatami i związkami cywilnymi oraz pionierską pracą z tymi w tzw. duszpasterstwach rozwiedzionych. Jest jeszcze jednak rzesza ludzi wiernych zasadom opartym na ewangelicznej nauce Kościoła, których współmałżonkowie brutalnie opuścili, którym świat uczuć zawalił się w jednej sekundzie, którym doznanych krzywd nie wytłumaczą racjonalne przesłanki, którzy zostali sami ze swoim dramatem. Ludziom tym każe się z reguły wszystko rozumieć: że wolny wybór, że syndrom trudnego okresu życiowego, że taka moda, że nienaruszalność małżeństwa to anachronizm, że... Z tych oto rozlicznych “że" w dużej mierze powstają luźne związki, spotykające się z coraz szerszym zrozumieniem.

Zgoda, Chrystus nie potępił Samarytanki, ale wiemy, co myślał o małżeństwie. W posłudze Kościoła, lekcja płynąca ze słów “cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych..." w równym stopniu odnosi się do osób tworzących nowe związki, jak pogrążonych w niezawinionej rozpaczy z powodu rozbicia związku przez partnera. Czy jednak obok duszpasterstwa ludzi rozwiedzionych przy jakimkolwiek kościele powstało duszpasterstwo ludzi porzuconych?

Jestem jedną z nich. Cztery lata temu, w najpiękniejszym dniu sierpnia, bez słowa zostałam opuszczona. Nie szukałam ukojenia w sesjach psychoterapeutycznych, lecz udawałam się do kolejnych duszpasterzy. Trudne, a nawet niemożliwe w realizacji słowa o potrzebie przebaczenia i uznania sprawy za skomplikowaną, były dla mnie puste, bez znaczenia. Z przerażeniem odkrywałam, że nie jestem najwygodniejszym penitentem. Zostałam sama, lecząc zranioną duszę przy pomocy medycyny. Po przeczytaniu artykułu odniosłam wrażenie, że konkubinat mojego męża (nie mamy rozwodu) znajdzie więcej duszpasterskich wspomożycieli niż ja z rodzinnym dramatem, osamotnieniem i załamaniem.

(dane osobowe do wiadomości redakcji)

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 17/2004