„To żywy kościół”. Opowieść o ukraińskich kapelanach wojskowych

W piwnicach wciąż zamieszkałych bloków, w medycznych punktach stabilizacyjnych i na opustoszałych ulicach przyfrontowych miast – wszędzie tam zostawiają swój ślad.
Czyta się kilka minut
Pastor Giennadij Mochnenko, lider Kapelańskiego Batalionu „Mariupol”, z wiernymi w salce magazynu pomocy humanitarnej w Zaporożu, marzec 2024 r. // Fot. Antonina Palarczyk
Pastor Giennadij Mochnenko, lider Kapelańskiego Batalionu „Mariupol”, z wiernymi w salce magazynu pomocy humanitarnej w Zaporożu, marzec 2024 r. // Fot. Antonina Palarczyk

Każdy dzień zaczyna się tu od małego koncertu. W niedużej salce przy magazynie pomocy humanitarnej, w przemysłowej dzielnicy Zaporoża we wschodniej Ukrainie. Czterdzieści kilometrów od frontu i dwieście od okupowanego Mariupola. Nad grupą członków Kapelańskiego Batalionu „Mariupol” góruje głos i niedźwiedziowata sylwetka ich lidera, Giennadija Mochnenki, pastora zielonoświątkowego Kościoła Dobrych Przemian. Teraz z gitarą w ręce – śpiew jest wśród jego wiernych jedną z najczęstszych form modlitwy.

– A u artylerzystów to jest taki hit, że mówię wam! Ogień – mówi i intonuje kolejny kawałek, tym razem zupełnie niereligijny, ze skandowanym refrenem: „Wroga trzeba bić!”. Nad głowami śpiewających wiszą flagi Ukrainy, Mołdawii, Czeczeńskiej Republiki Iczkerii, Polski oraz Watykanu i Stanów Zjednoczonych, szczelnie pokrywające ściany.

Modlitwa z papieżem

Z Watykanem Giennadij Mochnenko jest, jak na duchownego niewielkiego Kościoła z obwodu donieckiego, dość mocno związany. Tak pisał o wizycie zeszłej zimy w Stolicy Apostolskiej w swoich mediach społecznościowych: „Zełeński przyjechał do Bidena prosto z Bachmutu, tak ja, z piekła wojny, przyjechałem do Papieża Franciszka. I jak Prezydent Ukrainy naruszyłem oficjalny protokół, przyjechałem do Watykanu w swoim codziennym, frontowym ubraniu. 

Spotkanie z Papieżem zacząłem od przeprosin. Jednak od 24 lutego nie mam w szafie żadnych garniturów, półbutów ani muszek. Nie mam ani szafy, ani domu. Papież odpuścił mi ten grzech. To była bardzo interesująca i szczegółowa rozmowa. O wielu rzeczach, ale przede wszystkim o Ukrainie, o moim rodzinnym Mariupolu. Modliliśmy się (przypomnę, że jestem biskupem protestanckim) razem z papieżem Franciszkiem za ojczyznę. Nigdy nie myślałem, że pewnego dnia Papież poprosi mnie o poprowadzenie modlitwy, a po moim »Amen« będzie ją kontynuował ze łzami w oczach. Podzieliłem się wizją powojennej odbudowy Ukrainy. 

Wyznaję, że jestem zszokowany, że pomimo swojego zapracowania, w przeddzień pogrzebu swojego poprzednika, Benedykta XVI, Franciszek znalazł prawie półtorej godziny na spotkanie pozabiznesowe z ukraińskim kapelanem”.

Rozpoznawalność Giennadij zyskał na długo przed wojną, prowadząc w Mariupolu spory dom opieki „Republika Pielgrzyma" dla dzieci ulicy, sam wywodząc się z rodziny alkoholików zaniedbującej potomstwo. Własnego potomstwa Giennadij Mochnenko ma ponad trzydzieści, z czego trójka biologicznych dzieci i reszta adoptowanych. Jedna z córeczek pastora zginęła w trakcje ewakuacji z oblężonego Mariupola zimą 2022 r., kilkanaście z dorosłych dzieci aktywnie służy obecnie w ukraińskich siłach zbrojnych. A Giennadij razem z nimi przed wojną prowadził w amerykańskim stylu jedną z wielu kampanii w swoim dorobku (poświęconych m.in. walce z narkotykami), propagując adopcyjne rodzicielstwo. Zapoczątkowany w Ukrainie pomysł wyścigu rowerowego „Ukraina bez sierot” rozlał się na cały świat.

Po rozpoczęciu wojny Giennadij wstąpił w 2015 r. do Międzywyznaniowego Batalionu Kapelanów służących w Siłach Zbrojnych Ukrainy. Teraz kontynuuje posługę w Kapelańskim Batalionie „Mariupol”, na którego czele stoi.

Pastor Giennadij Mochnenko wręcza odznaczenie batalionu amerykańskiemu wolontariuszowi, Zaporoże, marzec 2024 r. // Fot. Antonina Palarczyk

Za Hitlera dwa procent zniszczeń

– Artiom, chodźże tu wreszcie! Saksofon leży, trąbka leży, a ja tu za was odwalam robotę! – woła tubalnym głosem Giennadij i wali ręką w pudło gitary. Ku ogólnemu entuzjazmowi Artiom, jeden z kapelanów, wyciąga z futerału saksofon i po pomieszczeniu rozpływa się melodia starej pieśni żydowskiej. „Hawa Nagila” to żelazny punkt codziennych koncertów w bazie batalionu. Razem z repertuarem sowieckich piosenek, które są tu jedyną pozostałością z czasów Sojuza.

– Dobra, teraz nowości! – ogłasza Giennadij. – Kto gdzie był i co robiliście wczoraj?

Z przerwami na śpiew kapelani opowiadają, czym zajmowali się poprzedniego dnia. Kto rozwoził zaopatrzenie medyczne do punktów stabilizacyjnych, kto zajmował się ewakuacją cywili; nad czym się zadumali.

– Zawieźliśmy chłopakom do Orichowa drona z termowizją, potem przyszedł i czas na najlepsze zajęcie. Zejście do jakiejś piwnicy, do okopu albo ziemianki, żeby wypić herbatę i porozmawiać z chłopakami. Bo mamy o czym mówić i mamy się czym dzielić.

– Wczoraj w piwnicy w Orichowie spotkałem staruszkę, która miała prawie dziewięćdziesiąt lat. Była małym dzieckiem w czasie drugiej wojny światowej; pamięta, jak naziści wzięli Ukrainę i ówczesne zniszczenia Orichowa, zdecydowanie mniejsze od tego, co Rosjanie zgotowali miastu. Ludzie bez prądu i świeżego powietrza żyją w trzęsących się w posadach piwnicach pod ruinami. Dożywają tam swoich dni bez swoich dzieci i wnuków. Hitler umiał narobić najwyżej dwa procent tych zniszczeń, za jakie odpowiedzialna jest Rosja.

Wojenny humor

Opowieści przerywa skinienie Giennadija w stronę jednego z kapelanów, Olega. Ten zaczyna odmawiać na głos modlitwę, wszyscy w krąg zastygają w milczeniu.

– Panie, Ojcze Niebieski, klękamy przed Tobą. Modlimy się o jedność, modlimy się za naszą Ukrainę. Zwycięstwo może przyjść tylko od Ciebie, Panie. Jesteś naszą wiarą, nadzieją i miłością. Modlimy się także za naszych żołnierzy na pierwszej linii frontu. Za tych, którzy są w niewoli. Prowadź ich swoją ręką, Panie. Modlimy się także za nasze rodziny i przyjaciół, za nasze relacje, przyjaciół, sponsorów. Dziękuję za wszystko, Tatusiu. Modlimy się za Twój Kościół, Panie. Za pasterzy, za kapelanów, za duchownych. Dziękujemy dzielnym chłopakom z RDK (Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego) i Legionu „Swoboda Rosji”, którzy odważyli się sprzeciwić reżimowi. Chwała Tobie, Panie. W imię Ojca, Syna i Ducha Świętego. Amen!

Po skończonej modlitwie ludzie wychodzą na podwórze przed magazyn, wszyscy wystawiają twarze do słońca.

– Tłum ludzi w mundurach, prosimy się o nieszczęście. Jeszcze ktoś z drona zobaczy – mruczy na ten widok Arsenij, jeden z kapelanów. Na jednym jego ramieniu widać proste logo z krzyżem, symbol kapelańskiego batalionu, na drugim naszywka z napisem „ukrop” i adekwatną roślinką pod nim. Bo „ukrop” oznacza koperek, a jednocześnie jest też rosyjskim obraźliwym określeniem na Ukraińców, które z czasem przeniknęło do wojskowego humoru. Podobny los w pewnym sensie spotkał nawet nazistowską symbolikę – pojawiający się coraz częściej na naszywkach orzeł Trzeciej Rzeszy, z jedynym niuansem polegającym na zastąpieniu swastyki w kole tryzubem – miał być humorystyczną odpowiedzią na nazywanie Ukraińców przez Rosję nazistami.

Arsenij, jeden z kapelanów, dostarcza pomoc humanitarną mieszkańcom Hulajpola, marzec 2024 r. // Fot. Antonina Palarczyk

Miłość od pierwszego wejrzenia

Oksana to dobry duch magazynu. Rzadko się odzywa, z uśmiechem przemyka przez rozgadany tłum, niezależnie od otoczenia zajęta swoimi obowiązkami. Ubrana w prosty mundur z brytyjskim wzorem kamuflażu, jako jedyna z kilku kobiet znajdujących się w okolicy. Do Kościoła Dobrych Zmian w Mariupolu trafiła jeszcze w 2016 r., na nabożeństwo przyprowadziła ją koleżanka.

– Zgodziłam się, powiedziałam, że zapalimy świeczki, a później pójdziemy gdzieś na kawę. Mniej więcej do tego ograniczała się wtedy moja religijność. Przyszłam pierwszy raz i to było jak pierwsza miłość – zapewnia z uśmiechem.

– To żywy kościół. Znałam dotychczas tylko poważne oblicze prawosławnej cerkwi, pełnej ikon i kadzidła. Sam Kościół Dobrych Zmian znajdował się w budynku byłego kinoteatru, została w nim jeszcze scena. Pachniało kawą i wokół biegały dzieci. Przyszłyśmy do cerkwi czy gdzie, co tu się dzieje? W cerkwi powinny siedzieć babuszki, powinny być kwiaty i mnóstwo świeczek. A tu? Ludzie rozmawiają głośno, śmieją się i piją kawę. Na scenie stoją muzyczne instrumenty. Masza, moja koleżanka, łapie się za głowę i mówi: Zapomniałam zapytać, jak znosisz głośną muzykę? Potem ze sceny rozlegają się pieśni, w sali ludzie zaczynają tańczyć. Wychodzi pastor, po raz pierwszy usłyszałam żywe słowo; pastor w prostych słowach opowiadał o narodzinach Jezusa. Kolejne niezwykłe zdziwienie, dotychczas słyszałam tylko niewyraźne mamrotanie w języku starosłowiańskim, wszystkie prawosławne cerkwie w Mariupolu należały do patriarchatu moskiewskiego.

W silnie zlaicyzowanym regionie donieckiego zagłębia węglowego, potocznie zwanym Donbasem, początkiem stulecia zaczęło przybywać różnej maści wspólnot protestanckich. Według statystyk ukraińskiego Centrum im. Razumkowa w okresie szczytowym, przypadającym na 2010 r., wśród mieszkańców regionu ponad trzy procent deklarowało przynależność do którejś z nich. W całej Ukrainie liczba ta nie przekraczała dwóch procentów. Statystyka obejmuje całą gamę wspólnot, od charyzmatycznych, przez Adwentystów Dnia Siódmego, aż po Mormonów.

Oksana: – Od tej pory regularnie pojawiałam się w kościele. Aż przyszedł 24 lutego i zagłada naszego miasta. Dla nas, „mariupolców”, świat stanął wówczas otworem, mogliśmy uciec w każde miejsce. Ja zatrzymałam się tutaj, w Zaporożu, gdzie żyje teraz większość wiernych Kościoła Dobrych Zmian, tworząc kapelański batalion. Bo stąd najbliżej do Mariupola.

Nalot

Około piątej rano Zaporożem wstrząsa seria wybuchów. Dość szybko wiadomo, że poważnie oberwała zaporoska elektrownia wodna znajdująca się na Dnieprze. Widoczny z daleka czarny dym kładzie się na mieście. W piwnicznym schronie bloku, gdzie mieszkam, spotykam tylko dwóch sąsiadów.

– Nie masz może papierosów? pyta młodszy, zaspany i nieogolony. – Przepraszam, że jestem w samych majtkach.

Drugi dzwoni do żony i popędza ją, żeby czym prędzej też zeszła do piwnicy.

– A daj też zadzwonić. Można po te fajki? – przebiera ze zniecierpliwieniem nogami pierwszy.

– Można, tylko szybko i zaraz wracaj – mruczy sąsiad i przegląda powiadomienia z komunikatora telegram. – W Krzywy Róg też walnęli. I w Charków!

Piknięcie i jednoczesny komunikat z kilku kanałów: Zaporoże, rakieta do was!

– No cóż, wygląda na to że przejazd na prawy brzeg dzisiaj nie przez zaporę.

– Sąsiadka, wpadnij na kolację, będą dzisiaj gołąbki.

– Aż wypadł mi ze ściany wentylator, tak rąbnęło – opowiada z kolei Arsenij, gdy o zwyczajowej siódmej jesteśmy już w samochodzie, w drodze do magazynu. I w korku na okrężnej drodze przez wyspę Chortycę, z którego każdy pilnie obserwuje kłąb dymu znad wyrwy ziejącej w ścianie hydroelektrowni. – A tak długo mieliśmy spokój w Zaporożu.

Pastor ogłosił dzisiaj wychodne, w związku z kryzysowym chaosem, który spadł na miasto. Po magazynowym obejściu kręci się tylko pięć osób, w tym Oksana i Arsenij, którzy przygotowują busa na wyjazd do Hulajpola, położonej sto kilometrów od Zaporoża niewielkiej przyfrontowej miejscowości – jednego z całej listy miejsc odwiedzanych regularnie przez kapelanów. Do bagażnika ładowane są kartony z zaopatrzeniem medycznym dla punktu stabilizacyjnego oraz drobiazgami pierwszej potrzeby do rozdania, które zawsze przydają się podczas wyjazdu.

Biznesmen kapelanem

Do wojny Arsenij wiódł beztroskie życie, zjeździł ponad trzydzieści krajów, lubił szczególnie wyspy. Miał spory biznes w Tokmaku – obróbka metalu, rolnictwo i do tego niemal setka pracowników. Teraz Orichiw-Tokmak to główny kierunek na zaporoskim odcinku frontu, okupowane miasto jest tutaj najważniejszym rosyjskim węzłem i zdobycie go miało być kluczowe dla zakończonej fiaskiem letniej kontrofensywy.

Z fortuny Arsenija niewiele zostało, Rosjanie rozkradli cały majątek, sporą część sprzętu wywożąc na Krym, jeszcze zanim spłonął w ukraińskich ostrzałach. Jeden z jego współpracowników, który nie zdecydował się wyjechać, został postawiony przed rosyjskim sądem i wlepili mu piętnaście lat z artykułu o współuczestnictwie w terroryzmie. Za produkcję metalowych elementów sprzedawanych ukraińskiemu wojsku.

– To wszystko kiedyś – opowiada Arsenij zza kierownicy busa przemierzającego zaporoskie peryferia, o których Bóg zapomniał. – Teraz jestem w Kościele Dobrych Zmian. Kościół specyficzny, jak na warunki Ukrainy, ale dla Europejczyków i zwłaszcza Amerykanów, jacy nas odwiedzają, zupełnie zwyczajny, odpowiadający ich standardom. Czemu trafiłem właśnie tu, a nie do którejś ze świeckich organizacji wolontariuszy? Bóg mnie tu przywiódł i poznał z tymi ludźmi. Miesiąc temu przechrzciłem się z prawosławia.

W rękach każdej napotkanej tego dnia osoby Arsenij zostawia paczkę z produktami pierwszej potrzeby.

– Choć nie zawsze spotykamy się przy tym z dobrym słowem – opowiada. – Kiedyś po wręczeniu jednej z babć paczki usłyszałem, jak mruczy pod nosem: Suki, obyście wszyscy pozdychali. To niestety częste myśli wśród odwiedzanych przez nas starszych ludzi, z których część nie ruszy się ze swoich domów. Czekają na Rosjan.

W piwnicy jednego z hulajpolskich bloków, w medycznym punkcie stabilizacyjnym i na opustoszałych ulicach – wszędzie tam kapelan zostawi swój ślad, porozmawia. Poza paczkami przywozi tym razem ponure wieści z Zaporoża. Długo uspokaja spotkaną na drodze wyjazdowej z miasta starszą panią, która dopiero od Arsenija dowiaduje się o dwóch rakietach, które uderzyły w zaporoską hydroelektrownię i wybucha płaczem. Hulajpole, odcięte na znacznym terenie od Internetu, o wydarzeniach dowiaduje się jako ostatnie, od przyjezdnych.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru NR 34/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Batalion kapelanów