Mocno przegięta baśń dla dorosłych widzów: recenzujemy „Brzydką siostrę” Emilie Blichfeldt

Młoda norweska reżyserka w swojej antybaśni uprawia bezpardonową krytykę społeczną, ale też empatyzuje ze swoją bohaterką, którą rzekoma przegrana na loterii genowej i bezlitosny system wartościowania popchnęły ku desperacji.
Czyta się kilka minut
Ane Dahl Torp i Lea Myren w filmie „Brzydka siostra” reż. Emilie Blichfeldt, 2025 r. // Materiały prasowe Best Film
Ane Dahl Torp i Lea Myren w filmie „Brzydka siostra” reż. Emilie Blichfeldt, 2025 r. // Materiały prasowe Best Film

„Dawno, dawno temu żyła sobie śliczna królewna/sierotka/dziewczynka…” – z taką postacią od razu łatwo się zidentyfikować. Zwłaszcza że w tak rozpoczynających się historiach to, co brzydkie na zewnątrz, bywa zazwyczaj szpetne i w środku.

Baśnie, czyli uszlachetnione przekazy ludowe, przyzwyczaiły nas do tego rodzaju powierzchownych utożsamień, dlatego nawet bestia musi na koniec przemienić się w pięknego królewicza, a brzydkie kaczątko w łabędzia. Obraz złej czarownicy zaś – jako starszej, karykaturalnie zohydzonej kobiety – zrobił wiele dla utrwalenia stereotypów związanych równocześnie z wiekiem i płcią. To jednak nic w porównaniu z wtłaczanymi nam do głów od wczesnego dzieciństwa wizerunkami najurodziwszych królewien, przejętymi przez popkulturę, przemysł zabawkarski i oczywiście przez branżę urodową.

A wszystko zaczęło się od baśni. Amerykański psychoanalityk Bruno Bettelheim nazywał ją elementarzem, z którego dziecko uczy się czytać we własnym umyśle. Dziś coraz częściej dostrzega się w tych tekstach nie tylko to, co „cudowne i pożyteczne”, pomagające w przepracowaniu treści głęboko nieświadomych, lecz także ukryte w nich przekazy toksyczne. I nie chodzi o dosłowne okrucieństwo tak charakterystyczne dla opowieści braci Grimm.

Film „Brzydka siostra” bierze na warsztat jedną z najstarszych (jej wątki sięgają co najmniej starożytnych Chin), czyli „Kopciuszka”, ażeby wywrócić na nice zawarte w niej przesłanie i przede wszystkim główny motyw, jakim jest siostrzana rywalizacja. Młoda reżyserka Emilie Blichfeldt stworzyła tu mocno przegiętą baśń dla widzów dorosłych, choć pewnie najbardziej pożyteczna mogłaby się okazać dla dorastających dziewczynek, które dzisiaj, na ogół po cichu, o wiele łatwiej identyfikują się z brzydką córką macochy aniżeli z królową balu.

Dlatego główną bohaterką filmu nie jest urodziwa Agnes (Thea Sofie Loch Naess), po śmierci ojca zdegradowana do rangi domowego popychadła, lecz jej przyrodnia siostra Elwira (w tej roli świetna Lea Myren) – z aparatem na zębach i mało twarzową fryzurą, niemieszcząca się w wytwornych sukniach. Za to wykarmiona romantycznymi mrzonkami o księciu, podsycanymi przez matkę (Ane Dahl Torp), której marzy się społeczno-ekonomiczny awans. W tym celu posyła pierworodną do szkoły tańca i dziewczęcej etykiety, pod okiem surowej madame Wandy (gra ją Katarzyna Herman).

Ale w scenerię wyobrażonego królestwa i umownego wieku XIX reżyserka wpuszcza znienacka ostry naturalizm. Widzimy, jak gnije ciało zmarłego ojca Agnes, ponieważ zła macocha zwleka z pochówkiem; jak opłacony przez nią sadystyczny konował poprawia, prawie bez znieczulenia, niestandardową urodę Elwiry, a połknięte przez nią jajo tasiemca robi z tej baśni burczącą parodię body horroru.

Wszystko, co tak skrupulatnie w warstwie obyczajowo-fizjologicznej ocenzurowali Grimmowie i Charles Perrault (to z jego koncepcji „brzydkich sióstr” czerpał scenariusz), nie mówiąc o dawnym Disneyu, Blichfeldt pokazuje w maksymalnym zbliżeniu, podobnie jak ognisty romans pięknej Agnes ze stajennym. Efekty bywają zgoła pornograficzne bądź po prostu obrzydliwe, lecz sporo przy tym prowokacyjnej zabawy. Nie tyle w duchu nowych kreskówek przepisujących klasyczne baśnie pod dyktando kultury woke, co raczej na modłę „Substancji” Coralie Fargeat, ironicznej i brawurowej przeróbki „Królewny Śnieżki”.

Nie przypadkiem w gronie filmowych idoli reżyserki znajdują się David Cronenberg, David Lynch i Walerian Borowczyk, na różne sposoby badający mroki ludzkiej seksualności i dominującej kultury. A pośród idolek są Claire Denis, Agnès Varda, Lynne Ramsay czy Catherine Breillat – twórczynie, których kino tak bardzo jest z ciała i o ciele, zwłaszcza tym kobiecym.

„Brzydka siostra” opowiada więc o jego tresurze w imię niedościgłego ideału i o morderczej konkurencji ciał, kalając baśniowy kostium rubasznym humorem, elektronicznym brzmieniem w stylu lat 80. i ludzkimi wydzielinami. Nie to jest jednak wywrotowe. Blichfeldt eksperymentuje z „Kopciuszkiem” nieoczekiwanie stawiając na młodszą z „brzydkich sióstr”, Almę (Flo Fagerli), dopiero wkraczającą w kobiecość. Sam zaś Kopciuszek okazuje się postacią mocno kontrowersyjną – i wcale nie dlatego, że wyłamuje się ze stereotypu moralnej i seksualnej niewinności, przez wieki przypisywanej tej postaci.

Wspomniany Bettelheim poszukiwał w baśni o cnotliwej pasierbicy wiadomych figur freudowskich: fantazji edypalnych, lęków kastracyjnych, postaci dobrej i złej matki, które mają do spełnienia ważną funkcję w indywidualnym rozwoju. Prawie pół wieku od wydania jego pracy „Cudowne i pożyteczne” Emilie Blichfeldt odziera starą baśń z tabu czy decorum. Szaleńcza zazdrość Elwiry i marzenia o księciu nie skończą się na samookaleczeniu, a zwycięstwo Agnes nad „brzydkimi siostrami” nie będzie triumfem dziewczęcej cnoty.

Słowem: Kopciuszek niewiele ma już wspólnego z czystym pięknem. Na dodatek książę Julian (Isac Calmroth) bardziej przypomina zepsutego bananowego dzieciaka niż uosobienie dziewczęcych marzeń. I pozostaje postacią mocno epizodyczną na tle zapasów kobiecych, w których przez wieki był upragnionym trofeum lub żelaznym punktem odniesienia.    

Aktorka Lea Myren swoją fizycznością poddawaną nieustannej przemianie opowiada historię dość oczywistą w czasach upiększających substancji, cudownych skalpeli i nadużywania ozempicu. Nie ma w „Brzydkiej siostrze” tej dwuznaczności, jaką miał na przykład pokazywany niedawno na Krakowskim Festiwalu Filmowym dokument „A niech tę zmarszczkę szlag trafi!”. Libański artysta wizualny Omar Mismar sfilmował salon piękności w poranionym wojnami Bejrucie, gdzie poddawanie się botoksowym torturom niekoniecznie podszyte jest próżnością; często bywa reakcją na różnego rodzaju zranienia.

Norweska reżyserka w swojej antybaśni uprawia dużo bardziej bezpardonową krytykę społeczną, ale nawet kiedy epatuje wyciskaniem wągrów, jednocześnie jakoś empatyzuje ze swoją bohaterką, którą rzekoma przegrana na loterii genowej i bezlitosny system wartościowania popchnęły ku dzikiej desperacji. To właśnie ustawiana w ostatnim rzędzie, mało reprezentacyjna i wiecznie poniżana Elwira robi zbiorową psychoanalizę naszym czasom.

BRZYDKA SIOSTRA („Den stygge stesøsteren”) – reż. Emilie Blichfeldt. Prod. Norwegia/Polska/Dania/Rumunia/Szwecja 2025. Dystryb. Best Film. W kinach od 4 lipca.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Baśń przenicowana