Kagame nie tylko zwyciężył po raz czwarty w prezydenckiej elekcji, ale pobił też własny rekord. W wyborach 15 lipca zdobył 99,2 proc. głosów. Poprawił własny wynik sprzed siedmiu lat, gdy osiągnął 98,6 proc poparcia. W 2010 roku zdobył 93 proc., a w roku 2003 – 95 proc.
W lipcowych wyborach rekordowa, ponad 98-procentowa, była też frekwencja. Rekordowy – w swoim rodzaju – wynik osiągnęli też dwaj pozostali pretendenci do prezydentury, Frank Habineza, przywódca partii Zielonych i dawny dziennikarz, a dziś niezależny polityk Philippe Mpayimana. Nie udało im się zebrać nawet procenta głosów.
Wybory do parlamentu także zakończyły się zwycięstwem rządzącego Rwandyjskiego Frontu Patriotycznego, któremu przewodzi Kagame. Wraz ze sprzymierzonymi choć nominalnie niezależnymi liberałami i socjaldemokratami Front będzie miał w parlamencie prawie 90 procent posłów. Pozostałe mandaty przypadły dwóm rzeczywiście niezależnym partiom, w tym Zielonym, którym udało się przekroczyć 5-procentową granicę, by wprowadzić swoich przedstawicieli do parlamentu.
Przeciwnicy Kagamego twierdzą, że prawdziwa opozycja nawet nie została dopuszczona do wyborów. Najbardziej znani dysydenci, Victoire Ingabire Umuhoza i Bernard Ntaganda zostali wykluczeni z powodu kryminalnej kartoteki (Ingabire odsiedziała 6 lat, a Ntaganda – 4 za podważanie prowadzonej przez Kagamego polityki). Zgodnie z rwandyjskim prawem osoby skazane na wyroki surowsze niż pół roku więzienia nie mogą ubiegać się o sprawowanie urzędów publicznych. Kilku innych kandydatów skreślono z powodu niedopełnienia wymogów biurokratycznych.
Następne wybory odbędą się za pięć lat i 66-letni dziś Kagame będzie mógł ubiegać się o reelekcję. Ostatnia zmiana konstytucji nie tylko skróciła prezydencką kadencję z siedmiu lat do pięciu, ale też „wyzerowała licznik” obecnemu prezydentowi. Teraz zgodnie z prawem będzie mógł rządzić (jeśli oczywiście wygra wybory) przez następne dwie kadencje. W 2034 roku, kiedy skończy się druga, będzie miał 76 lat, co w polityce wcale nie oznacza wieku starczego i emerytury. Jeśli uzna, że chce rządzić dalej, konstytucję poprawi się ponownie.
Nierówne boisko
Kagame tak naprawdę włada Rwandą, odkąd w lipcu 1994 roku dowodzeni przez niego partyzanci Tutsi rozgromili zajęte ludobójczymi mordami rządowe wojsko Hutu i zajęli Kigali. Kagame, wówczas niespełna 40-latek, ustąpił prezydenturę towarzyszowi broni Hutu, Pasteurowi Bizimungu, którego nominacja miała być dowodem, że partyzantom nie chodzi wyłącznie o krwawą zemstę na Hutu. W rządzie Bizimungu Kagame był wiceprezydentem i ministrem obrony. Sześć lat później postanowił skończyć z maskaradą. W 2000 roku Bizimungu ustąpił, a Kagame został szefem państwa.
Odtąd wygrywa wszystkie wybory, a szydercy pytają po co je w ogóle urządza, skoro zwycięzca z góry jest znany? „To tak jakby urządzić piłkarski mecz, w którym jedna z drużyn ustala wynik, wybiera, którzy gracze zagrają w drużynie przeciwnej, a przeciwnicy muszą udawać, że wszystko odbywa się na poważnie” – powiedział jednej z gazet b. przewodniczący parlamentu Rwandy Joseph Sebarenzi, żyjący dziś w USA.
Kagame, zapalony kibic piłkarski, a zwłaszcza drużyny londyńskiego Arsenalu, na szyderstwo odpowiada szyderstwem. „Podobno tam, gdzie wszyscy wybierają jednomyślnie, nie może być mowy o demokracji” – powiedział na jednym z wyborczych wieców. – „A co, jeśli ktoś jest wybierany na urząd, a głosuje na niego ledwie co piąty obywatel? To jest demokracja? To co się dzieje w Rwandzie to wyłącznie nasza sprawa, a demokracja polega według mnie na tym, żeby ludzie sami mogli wybierać to, co uważają, że będzie dla nich najlepsze”.
Tyran zbawiciel
Za granicą – poza sąsiadami z Konga, którzy uważają go za wojennego zbrodniarza i grabieżcę – wzbudza zgodny zachwyt jako władca surowy, ale sprawiedliwy i skuteczny, wierny przyjaciel, gotów wyświadczyć każdą przysługę. Od Brytyjczyków zgodził się przyjmować niechcianych imigrantów (umowa upadła po zmianie rządów w Londynie), Francuzów, których z Afryki przepędzają z ich dawnych kolonii, Kagame zaprasza do Rwandy. Jeszcze niedawno z nimi wojował i wypominał ich komitywę z ludobójcami z Rwandy, a dziś proponuje przyjaźń. I Brytyjczycy, i Francuzi płacą mu za to inwestycjami i polityczną opieką.
ONZ chętnie przyjmuje do swoich pokojowych wojsk tych samych rwandyjskich żołnierzy, którzy najeżdżają i plądrują wschodnie Kongo, wdając się nie raz, nie dwa, w zbrojne potyczki ze stacjonującymi tam „błękitnymi hełmami”. Nawet najazdy zbrojne i grabież Konga uchodzą mu na Zachodzie na sucho. Kagame pozwala sobie na nie, bo wie, jak bardzo Zachód boi się wplątania w któryś z afrykańskich konfliktów i jak chętnie da się Rwandzie wyręczyć w Mozambiku, Republice Środkowoafrykańskiej czy Południowym Sudanie.
Zachodni bankierzy wychwalają Kagamego, bo spłaca w terminie zaciągane długi (stanowią prawie trzy czwarte dochodów państwa). Przerabia swoje państwo na „afrykański Singapur” – ściąga ze świata inwestorów, ukrócił korupcję, a gospodarka wzrasta w tempie ponad 7 proc. rocznie, szybciej niż jakakolwiek inna w Afryce. Stołeczne Kigali lśni czystością i uchodzi za jedno z najbezpieczniejszych miast na kontynencie i jest najchętniej – obok Marrakeszu i Kapsztadu – odwiedzane przez zachodnich turystów.
Odkąd nastał Kagame Rwandyjczycy żyją dłużej, trzy czwarte ma dostęp do prądu, prawie wszyscy umieją czytać i pisać. Nauka w szkołach podstawowych i średnich jest bezpłatna, a rolnicy mogą tanio kupować nawozy sztuczne, bo rząd dopłaca do ich ceny.
Po ludobójczych mordach, w których zginęło prawie milion ludzi, żyją też w pokoju, choć wielu uskarża się, że taki pokój panuje także w więzieniu. Żeby nie dopuścić do odwetu i dalszych mordów, Kagame od pierwszych dni rządów zaprowadził w Rwandzie porządki państwa policyjnego. Podejrzanych o zbrodnie kazał osądzić przed powoływanymi po wsiach trybunałami ludowymi i ukarać. Zabronił używania nazw „Tutsi” i „Hutu”. Odtąd w Rwandzie wszyscy są po prostu Rwandyjczykami (Tutsich i Hutu łączy zresztą ta sama mowa, zwyczaje, tradycja, religia), a ktoś, kto wspomni o Tutsich i Hutu, może zostać oskarżony o podżeganie do narodowych waśni i skazany na 10 lat więzienia.
Jednocześnie nie znosi żadnej krytyki, ani prawdziwej opozycji. Ludzie, którzy ośmielają się rzucić mu wyzwanie, kończą w więzieniach lub muszą uciekać z kraju. Na wygnaniu też wcale nie są bezpieczni, bo Kagame, pewny poparcia Zachodu, wysyła za najgroźniejszymi dysydentami swoje „szwadrony śmierci”, które bez skrupułów mordują uciekinierów. Tak w 2014 roku w Johannesburgu zginął jego dawny przyjaciel (jeszcze z czasów szkolnych) i szef wywiadu płk Patrick Karegeya.
„Czy ponoszę winę także za to, że moi przeciwnicy polityczni są tak słabi?” – kpił w wywiadzie dla „Al-Dżaziry”. Ale podczas jednego z publicznych wystąpień ostrzegł wprost: „Kto zdradzi Rwandę, nie uniknie kary. To tylko kwestia czasu”.
Według zachodnich działaczy praw człowieka tylko Rosja, Chiny i Arabia Saudyjska równie wytrwale i bezlitośnie co Rwanda ścigają rodzimych dysydentów, ukrywających się na wygnaniu. A Rwandyjczycy, ich zdaniem, w równej mierze podziwiają Kagamego, co się go boją.
Dobre czasy, nie dla wszystkich
Krytycy Kagamego wytykają mu, że choć rwandyjska gospodarka tak świetnie się rozwija, prawie połowa z 14-milionowej ludności wciąż klepie biedę. Co gorsza, trzy czwarte ludności utrzymuje się z rolnictwa, a maleńka Rwanda pozostaje jednym z najgęściej zaludnionych krajów świata. Prawie połowa jej obywateli to ludzie poniżej 25. roku życia, a co piąty z nich nie może znaleźć pracy.
Kagame, były partyzancki komendant i zwiadowca, widzi jednak, że młodzi Afrykanie, niepamiętający czasów złodziejskich satrapii ani wojskowych tyranii z przełomu wieków, z coraz większym przyzwoleniem odnoszą się do przywódców, którzy może i rządzą „twardą ręką”, ale zapewniają pokój, porządek, dach nad głową i pracę. Zwracają się zaś przeciwko tym, którzy choć wybrani zgodnie z demokratycznymi regułami i popierani przez Zachód, okazują się fajtłapami i złodziejami. Młodzi w Mali, Burkina Faso czy Nigrze poparli wojskowe przewroty nie dlatego, że tęsknią za dyktaturą, ale mieli powyżej uszu niekompetencji wspieranych przez Zachód przywódców. To samo niezadowolenie jest przyczyną gwałtownych protestów na ulicach Nairobi, które właśnie doprowadziły do dymisji kenijskiego rządu.
Afrykańska pracownia sondażowa Afrobarometer uważa, że rozczarowanie korupcją i nieudolnością przywódców sprawia, że choć młodzi Afrykanie wciąż uważają demokrację za najlepszą formę rządów, to jednak tracą w nią wiarę. Najbardziej zwątpili w nią młodzi mieszkańcy Południowej Afryki (wiarę w nią deklaruje niespełna jedna trzecia) i Mali (nieco ponad jedna trzecia, a tylko niespełna jedna piąta odrzuca dyktaturę wojskowych). Niezadowoleni z demokracji są w większości mieszkańcy tych krajów, w których najgłębiej zapuściła ona korzenie – Mauritiusu czy Botswany. Najbardziej wierzą w nią mieszkańcy Zambii, Etiopii, gdzie dopiero się ona przyjmuje, Senegalu, Tanzanii, Maroka i Zimbabwe, gdzie w ogóle jej brak.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















