Reklama

Minus Wilno. Notatki z podróży

Minus Wilno. Notatki z podróży

12.09.2006
Czyta się kilka minut
Litwa to nie tylko Wilno. To także miasteczka i wsie, z których każda ma swoją historię i teraźniejszość. Dla Polaków to dziś ziemia niemal nieznana.
Piłkalnia w Kiernowie /fot. archiwum
Ż

Żuwinty

To rozległy akwen, otoczony jeszcze rozleglejszą połacią bagien i torfowisk. Jesienią każdego roku siadają na jego wodach tysiące dzikich gęsi, zatrzymujących się tu w drodze na północ. Ale i latem pełno tu życia. Na płytkiej toni białe łabędzie, nad łąkami w rozgrzanym powietrzu migocą sylwetki polujących czapli.

Jezioro wraz z okalającymi je Bagnami Buchciańskimi - kto dziś w Polsce pamięta tę nazwę? - jest jednym z najstarszych na Litwie rezerwatów przyrody. Ustanowiono go już w 1920 r., gdy trwały jeszcze polsko--litewskie walki o Suwalszczyznę.

Litwini dbają o przyrodę i mają o co dbać. Powietrze i woda są tu czystsze niż w Polsce, krajobraz bardziej dziewiczy. Lasy i łąki, malownicze jeziora rynnowe i morenowe pagórki wyłaniają się prawie wszędzie, gdzie tylko poprowadzi nas droga. I natura tu jeszcze niezadeptana. Wokół Wilna i Kowna, w Trokach, w Druskiennikach, nad morzem - w Połądze albo na mierzei - widzi się turystów, namioty, gdzieniegdzie śmieci. Ale reszta kraju, nie mniej malownicza, nadal jest ziemią nieznaną dla eksploratora. W mniejszych miastach nieliczne hotele, wybudowane za czasów sowieckich, pozamykano na kłódki, choć to przecież środek sezonu. Są puste, więc chętnie w ich pobliżu zakładają swe gniazda bociany.

Czasem, oszołomiony kolejnym widokiem wyłaniającym się zza zakrętu, zatrzymuję samochód i patrzę z pobocza na miasteczko przylepione do jeziora, czystego jak wspomnienie dzieciństwa. Na brzegu ani kiosku, ani hangaru - tylko trzciny. Nie widać żagli, nie słychać motorówek. Na środku spokojnej wody samotny wędkarz, zadumany w łódce.

Jednak podróżnemu przybywającemu od strony Polski pierwsze sto kilometrów drogi na Kowno może wydawać się mało malownicze. Gdy patrzę w lewo i w prawo, wzrok ślizga się po płaszczyznach pól, które urozmaica nieco widok łagodnych wzgórz i z rzadka rozrzuconych gospodarstw. Czasem tylko z pola nadleci vanagas, jastrząb i poszybuje chwilę równo z pędem samochodu, zanim oddali się, by kontynuować łowy. A przecież te puste przestrzenie porastała kiedyś puszcza, wycięta potem siekierą osadnika. Jesteśmy w samym sercu Suvalkiji, czyli litewskiej Suwalszczyzny, regionu na lewym brzegu Niemna. To ojczyzna Jadźwingów, ziemia pogranicza. Pustoszyli ją Krzyżacy, ale nigdy jej nie zdobyli. Wystarczy skręcić z szosy na Mariampol w stronę Dauksz i jeziora Żuwinty, by ujrzeć rozsypane po polach pagórki o dziwnych, nienaturalnych sylwetkach. To piłkalnie, pozostałości gródków strażniczych dawnych obrońców. Teraz porastają trawą.

Mimo wyciętych lasów tutejsi ludzie zachowali nieco z ducha niepodległych pionierów. Kiedy ziemie zaniemeńskie wcielono bezpośrednio do Rosji, Suwalszczyzna stała się częścią Królestwa Polskiego. Mniej tu było despotyzmu, za to wcześniej przyszła oświata i rodzenie się postaw obywatelskich wśród mieszkańców wsi. Tutaj też toczyły się pierwsze boje o prawa litewskiego języka i narodu. Przeciwnikiem był nie tylko rosyjski czynownik, ale - i chyba nawet w pierwszej kolejności - polski dziedzic i polski pleban. Tutaj też, na północy Suvalkiji, gdzie ostało się jeszcze trochę pierwotnych lasów, utworzono pierwsze na Litwie oddziały "leśnych braci", czyli partyzantów walczących z czerwoną okupacją. Jedna z ich baz znajdowała się nad Żuwintami, na niedostępnym, okolonym bagnami terenie. W sierpniu 1945 r. tę naturalną twierdzę przez pięć dni zdobywały regularne oddziały armii sowieckiej przy wsparciu artylerii i lotnictwa.

Dziś nad jeziorem cisza, jakiej w Polsce rzadko uświadczysz. Cicho jest również w sąsiadującej z rezerwatem wiosce Dauksze. Jest środek dnia, ale nie słychać ludzkich głosów ani hurkotu maszyn rolniczych. Trudno uwierzyć, że to zaledwie pół godziny drogi od polskiej granicy w Budzisku.

Medyngiany

Puste szosy, bezludne wioski - takie wrażenie często będzie mi towarzyszyć w tej podróży.

Upalne południe w centrum Giełgudyszek, sporej osady, którą nie wiem, czy zwać wsią, czy miasteczkiem. Na głównej ulicy żywej duszy. Na rogach nie stoją wyrostki, na podwórkach nie bawią się dzieci. Jeden tylko pies biega tam i z powrotem po trotuarze. Z placu przed kościołem ludzi również wymiotło. Na przystanku naprzeciwko dwie osoby pojawiają się dopiero w ostatniej chwili przed przyjazdem autobusu. Nie ma bazaru. Kościół, dom kultury, sklep czy restauracja... wszędzie ten sam spokój, jakby przeszła tu zaraza.

Gdzie są mieszkańcy? Może poszli nad rzekę? Idę nad Niemen. Po drugiej, żmudzkiej stronie, na wysokim brzegu razi oczy rozpalona słońcem czerwień ścian zamku Giełgudów. Na plaży pusto. Zaskoczona samotna para przygląda mi się, póki nie odejdę.

Odkąd Europa otworzyła się na Litwę, ludzie wyjeżdżają na Zachód. W pogoni za lepszym życiem trafiają do tych samych miejsc, do których docierają Polacy: Londynu, Dublina. Litewska emigracja jest porównywalna z polską również pod względem liczebności. Oficjalne statystyki mówią o 400 tys. nowych emigrantów, ale jest ich pewnie więcej, może pół miliona. Ale Litwinów jest dziesięć razy mniej niż Polaków. W takiej skali półmilionowy ubytek populacji musi być już zjawiskiem odciskającym się na życiu codziennym tych, co zostali. Może więc w Giełgudyszkach zabrakło teraz ludzi najaktywniejszych, którzy nadają ton życiu takich miasteczek?

Skok za Niemen przenosi mnie na Żmudź. Tutaj turyści z Polski zaglądają bardzo rzadko.

Medyngiany to serce tego kraju. W centrum osady jest wzniesienie, na którym stoi drewniany kościół. Nie jest stary, wybudowano go w XIX w., ale przed nim stał tu starszy, a przed tamtym jeszcze starszy... i tak aż do czasów Witolda, który osobiście wyganiał stąd czarowników i demony. Wzgórze, na którym stoi świątynia, było pierwotnie miejscem pogańskiego kultu: palono na nim święty ogień.

Zmieniła się wiara, potem, po kilkuset latach runął w gruzy porządek, którego była podporą, wreszcie przeminął sam system, wzniesiony na ruinach tamtego starego porządku - a tutaj środek świata nadal jest ten sam.

Wokół kościoła niewielki ruch. Pod kamiennym murem cmentarza babina rozłożyła chustę z towarami. Sprzedaje, lecz nie zachęca do kupna słowem ani gestem. Na ławce przed sklepikiem siedzi dwóch przedstawicieli miejscowej starszyzny.

Ten sam krajobraz napotykam w Żoranach, Łuknikach i Użwentach, kolejnych miasteczkach żmudzkiego interioru. Wszędzie na środku osady wznoszą się drewniane kościoły, znaczące miejsca obrzędów starszych niż chrzest tej ziemi. Gdy budowano te pierwsze placówki chrześcijaństwa, nie było tu większych osiedli. Parafia stawała się ośrodkiem życia dla kilkuset zagród rozrzuconych po okolicy. Taka zagroda musiała być samowystarczalna, w razie potrzeby pełniła też funkcje obronne. Czasy były niespokojne, od południa regularnie najeżdżali kraj Krzyżacy, od północy Kawalerowie Mieczowi, dlatego często otaczano gospodarstwo palisadą. Stopniowo wokół kościoła przybywało zabudowań i tak tworzyło się miasteczko.

Miejską kulturę przynosili na Litwę zawsze obcy: Rusini, Niemcy, Polacy. Dlatego tam, gdzie większe osiedla rozrastały się bez wyraźnego elementu zewnętrznej ingerencji, nie znajdziemy typowej dla starówek Zachodu szachownicy wąskich uliczek.

Właściwie jedyną litewską metropolią jest Wilno. To miasto inne od całej reszty kraju, jak inna była od reszty Związku Sowieckiego jego stolica, opisana w latach 30. w reportażu Bersona "Minus Moskwa". W historycznym centrum Kowna do ruchliwego skrzyżowania przylega cudnie zaściankowa uliczka Benedyktyńska. I nie jest to żaden skansen: mieszkają tam ludzie jakby wyjęci z małomiasteczkowego landszaftu. Tuż obok, za Wilią, w dawnym przedmieściu Wiliampolu do 1941 r. mieszkała żydowska biedota. Od tamtych czasów zmienili się ludzie, ale nie krajobraz: pozostał szereg krzywych, parterowych domków ciągnących się wzdłuż ulicy. Przez otwarte drzwi można zajrzeć do środka: tu siedzi szklarz kitujący szybę, tam fryzjer, jeszcze dalej jakiś sprzedawca. A wszystko to dzieje się w geograficznym środku kilkusettysięcznego miasta stali, szkła i wielopoziomowych węzłów drogowych, kilkaset kroków od supernowoczesnej Alei Wolności. Chwała Litwinom, że nie rozebrali Wiliampola pod blokowisko!

O ile w miastach mniejszych od Kowna wiejskie domki wdzierają się nawet na główne place, w małych miasteczkach opanowały zabudowę prawie całkowicie. I chociaż dziś w Medyngianach zamiast palisad otaczają drewniane domy zwykłe płoty, nadal wydaje się, że sąsiadujące ze sobą sadyby stoją osobno jedna od drugiej. To nie miasteczko, lecz zespół samowystarczalnych zagród, z jakich składała się Litwa pięćset i tysiąc lat temu.

Rombinus

Chociaż nazwę "Żmudź" tłumaczą Litwini jako "niski kraj", jej symbolem mogą być dwie góry: Medwiegoła i Szatrija. Nazywam je górami, mimo że ich bezwzględna wysokość stawia je w tyle nawet za naszą Wieżycą lub Szeskimi Wzgórzami. Obie jednak - wynosząc się znacznie nad nizinną okolicę - wyglądają z daleka dość majestatycznie, by na tę nazwę zasłużyć. Szatrija osłania od północnej strony Wornie, prastarą stolicę Żmudzi, Medwiegoła flankuje miasteczko od południa. Obie góry były kiedyś miejscami pogańskich obrządków. Otacza je wiele legend, obecne są w litewskiej literaturze. Dziś uznawane są oficjalnie za zabytki narodowej kultury.

Medwiegoła jest właściwie zespołem kilku rozległych wzniesień. Na najwyższym płonął święty ogień, obok piętrzą się widoczne wały grodziska, które Litwini nazywają zamkiem. Nieco dalej, na zalesionym i niepozornym wzgórzu składano ofiary ze zwierząt i ludzi. Takie ofiarne wzgórza, alkas, są dyskretnym, bo czytelnym jedynie dla wtajemniczonych elementem krajobrazu centralnej Litwy.

W siodłowatym zagłębieniu między trzema świętymi wzgórzami przycupnęła ogrodzona płotkiem chałupa, znalazło się też trochę miejsca na skromne uprawy. Para starszych gospodarzy garbi się nad bruzdami, nie zwracając uwagi ani na otaczające ich wyniosłości, ani na schodzącego z nich samotnego turystę. To dla nich widok powszedni.

Pod Szatriją, górą czarownic, nie ma zabudowań, jest za to skromny parking z pojemnikiem na śmieci, opróżnianym regularnie przez zakład oczyszczania z pobliskich Szawel. Parkuję samotnie, ale kiedy wracam ze szczytu, podjeżdża tu mitsubishi. Chłopak z dziewczyną odeszli już parę kroków, ale młody przypomina sobie o czymś i wraca do samochodu. Po chwili wchodzą na górę, trzymając się za ręce. On - w rogatym hełmie wikinga.

Pogańska, wyrazista estetyka to dziś dla Litwinów po trosze zabawa, po trosze recepta na utwierdzenie własnego wizerunku, od wieków podmywanego przez fale słowiańskiej miękkości i niedookreślenia. To także hołd złożony pierwotnym wartościom, długo przechowywanym przez litewski lud. Ale sam lud dawno już o nich zapomniał.

Nad Niemnem, który w tym miejscu rozgranicza Litwę od obwodu kaliningradzkiego, wznosi się trzecia święta góra: Rombinus. Z jej porośniętego świerkami klifu widać na horyzoncie kominy rosyjskiego miasta Sowietska. Na szczycie wymurowano postument znicza, zapalanego tu podczas narodowych uroczystości.

Dziś jest dzień powszedni, więc na górze pusto. Zaglądam do paleniska. W zagłębieniu, wśród niedopalonych szczap, walają się papierosowe niedopałki.

Opuszczam krainę świętych gajów i drewnianych chramów, kierując się na wschód. Kiedy wjeżdżam na rynek w Krożach, z dala widzę jakby znajomą sylwetę: na końcu ulicy strzela w górę barok benedyktyńskiego kościoła. Stąd już bliżej do Wilna niż do bałtyckiego wybrzeża.

Wendziagoła

Niewiaża to domowa rzeka Miłosza i Wańkowicza. Jej cudna dolina pełna jest wspomnień o dworach, dworkach, pałacach i o przeżytym w nich szczęśliwym dzieciństwie naszych prababek i pradziadów. Wpadająca do Niewiaży urokliwa Lauda to okolica zaścianków opisanych w "Potopie". Dziś z tej przeszłości nic nie zostało, poza historycznymi nazwiskami na nagrobkach przy kościele w Pacunelach.

Młody Litwin, spotkany na drodze pod Goszczunami - być może potomek Gościewiczów, którzy "smołę w lasach pędzili, od którego zajęcia zwano ich Gościewiczami Czarnymi albo Dymnymi" - nie słyszał o Sienkiewiczu, za to chętnie rozmawia ze mną po rosyjsku. Wydaje mi się, że na wschód od Niemna pytani o drogę prości ludzie łatwiej niż na Suvalkiji przechodzą na rosyjski, choć zawsze staram się sklecić kilka zdań po litewsku na początek rozmowy.

Resztki szlacheckiej tradycji tlą się jeszcze w Wendziagole, osadzie w połowie drogi między Kownem a Kiejdanami. Miejscowość ta znana jest w polskiej literaturze jako "Wędziagoła", jednak pisownia z "Wend..." jest trafniejsza, przechowuje bowiem pamięć o Wenedach, pierwotnych mieszkańcach tej okolicy.

Wendziagoła znana była swego czasu jako gniazdo twardej i niepodatnej na lituanizację polskości. Położona w samym środku Litwy, długo nie tolerowała litewskiego w swoim kościele. Kiedy byłem tu w 1990 r., trwała jeszcze mała wojna parafian z proboszczem, który wprowadził śpiewy po litewsku.

Dzisiaj dawne spory odeszły w przeszłość. Jest niedziela, w kościele trwa właśnie Msza w języku litewskim. Na ławce obok cmentarza siedzi kilka pań. - Jak Litwiny wyjdą, bendzie Msza po polsku - informują. Potem okazuje się, że połowa tych Litwinów po wyjściu z kościoła rozmawia między sobą po polsku.

Na polskiej Mszy dwa razy mniej wiernych. Chór intonuje pieśń na głosy, z litewska:

Z tej biednej ziemi, z tej łez doliny,

Tenskny sie w niebo unosi dzwienk.

O Boskie Serce, skarbie jedyny,

Wysłuchaj grzesznych serc naszych jęk!

Melodia i słowa niektórych pieśni są te same, co godzinę temu; różnią je tylko języki. Chór, choć się stara, brzmi słabiutko w porównaniu z tym, co było tu wcześniej. Wendziagoła znana była w okolicy ze swoich śpiewaków. Większość z nich wymarła w latach 90. i teraz nie ma ich kim zastąpić. W kościele, poza wikarym i mną, najmłodsza osoba ma na oko 65 lat.

Po Mszy zbliża się do mnie zgarbiona, siwa staruszka. Pyta, skąd jestem i nie chce wierzyć, gdy odpowiadam, że z Warszawy. Dowiaduję się, że przyjechała tu z Kiejdan, więc proponuję, że odwiozę ją do domu. Certuje się po staroszlachecku, że to fatyga, ale w końcu wsiada uszczęśliwiona.

Jadwiga Wysocka ma 84 lata, jest wdową po organiście i śpiewaku. Dobry miał głos, niejeden biskup chciał go mieć w swoim chórze diecezjalnym. Odszedł 30 lat temu. Cztery lata temu zginął w wypadku jedyny syn. Pani Jadwiga żyje dziś w drewnianym domku zupełnie sama. Kilka razy ją okradano, więc teraz boi się, gdy zapada zmrok. - Modle sień, jak bendą zabijac, to żeby szybko, żeby sień nie menczyła.

W trzydziestopięciotysięcznych Kiejdanach jest jedną z ostatnich osób mówiących po polsku.

Malaty

Mijam kolejne miasto podobne do poprzedniego. Czysto utrzymany skwer, pełen świeżej zieleni. Na środku pomnik jakiegoś zasłużonego Litwina. A wokół roześmiani i rozgadani młodzi. Przystojne chłopaki, dziewczyny smukłe jak jodły. Kilkanaście lat niepodległości dało Litwie prawdziwie udaną generację. Lepsze ubrania, lepsze jedzenie, lepsze kosmetyki, a nade wszystko przerwanie sowieckiej izolacji - wszystko to stworzyło pokoleniu ludzi urodzonych w czasach pierestrojki warunki do nieskrępowanego rozwoju cech przydatnych w życiu towarzyskim. Teraz zapełniają deptaki swą hałaśliwą, choć pozbawioną agresji obecnością. Są piękni i wiedzą o tym. Całe miasto należy tylko do nich.

Drogę z Onikszt do Malat projektował jakiś inżynier-eksperymentator. Wąska tak, że z trudem mijają się na niej dwa samochody, do połowy odcinka omija wszystkie pagórki, jazda nią przypomina więc raczej rajd Monte Carlo. Dobrze, że Litwini są najbardziej spokojnymi i zdyscyplinowanymi kierowcami, jakich znam. Natomiast druga połowa trasy wytyczona została idealnie prosto, bez względu na nierówności terenu, więc teraz z kolei czuję się jak w wesołym miasteczku.

Zapada zmrok, postanawiam zatem zatrzymać się w pierwszym napotkanym kempingu. Jego właściciel, 50-letni mężczyzna, z trudem zwleka się z kanapy. Nie, tu nie ma miejsc, proszę jechać dalej.

To nie pierwszy pijany, którego widzę, gdy zachodzę do domów, pytając o drogę lub o nocleg. Wielu litewskich mężczyzn w średnim albo starszym wieku spędza dziś wieczory na samotnym piciu i oglądaniu telewizji. Piją po skandynawsku, po domach; nie awanturują się. Czasem tylko zobaczyć można pijanego, wyciągniętego na jednym z tych ładnie utrzymanych skwerków.

Litwa ma piękne tradycje bractw trzeźwości, które w XIX w. przyczyniły się do moralnego odrodzenia narodu. Od tamtego czasu narodziło się kilka pokoleń tak czy owak skażonych sowiecką niewolą. Dziś naród cieszy się polityczną wolnością, lecz alkoholizm staje się problemem, o którym zaczyna się dyskutować publicznie. Czego tym ludziom brakuje?

Za Malatami zaczyna się jedna z piękniejszych części Litwy. Długie i kręte jeziora, przypominające nasze Nidzkie na Mazurach, wcinają się w zielone obszary Puszczy Łabonarskiej. Wokół tych jezior pola namiotowe. Samotnie stojące gospodarstwa zamieniają się latem w bazy żeglarskie.

Przyjeżdżają tu z Wilna i Kowna grupy znajomych, których łączy wspólna praca i wspólne interesy, litewska middle class in the making. Parkują na podwórkach, ściągają z przyczep łodzie, a na płotach dumnie wywieszają proporczyki z internetowym adresem swojej firmy: ...lt.

To "lt" w rozszerzeniu adresu przypomina im pewnie, że są częścią całości większej od współczesnej palisady, otaczającej ich miejsce urlopu.

---ramka 454338|strona|1---

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]