Reklama

Miłuj obcego bliźniego

Miłuj obcego bliźniego

21.11.2016
Czyta się kilka minut
No dobrze, na to się pisaliśmy, przynajmniej w teorii: mamy miłować bliźniego. Ale co zrobić, kiedy bliźni okazuje się aż tak bardzo inny, że staje się Obcym – jak Trump?
W noc wyboru nowego prezydenta USA, Times Square, Nowy Jork, 9 listopada 2016 r. / Fot. Michael Reaves / GETTY IMAGES
W

W noc, kiedy Amerykanie wybrali Donalda Trumpa na swojego prezydenta, budziłam się kilka razy. Za pierwszym razem wszystko było w porządku, czyli wygrywała Clinton. Za drugim razem, kiedy zeszłam do pokoju, w którym mój mąż niezmordowanie oglądał CNN, ważyły się losy Florydy – to już nie wyglądało dobrze. Być może moja podświadomość wiedziała, co się święci, skoro zamiast doczekać, aż skończą liczyć Florydę, poszłam spać. Za trzecim razem, nad ranem, nie wstając z łóżka, weszłam na stronę CNN w smartfonie i, podobnie pewnie jak niejeden czytelnik, patrzyłam na ekran nie rozumiejąc, co czytam, jakby nagle litery przekształciły się w hieroglify. Mózg uznał, że to dla niego za dużo, i zawiesił się na kilkanaście sekund.

„Nie wierzę, nie wierzę!”, „ja chyba śnię!”, „to nie może być prawda!”, „to niemożliwe” – echo niosło się przez nasze zwoje mózgowe, przez strony facebookowe, rozmowy telefoniczne i esemesy. Co dokładnie jest niemożliwe?

Niemożliwe jest, żeby nasi bliźni widzieli rzeczywistość inaczej niż my.

Przyjęcie tego do wiadomości w wymiarze intelektualnym jest banalne. Jeśli postawisz na środku stołu kubek, który będzie miał na jednej stronie namalowanego psa, a na drugiej kota, i siądziesz z drugim człowiekiem po przeciwnych stronach stołu, to dla każdego z was będzie oczywiste, że widzicie co innego. Jeśli zaczniecie ze sobą rozmawiać o tym, kto jaki kolor najbardziej lubi, to i tutaj różnice wydają się jeszcze w porządku, rzadko kiedy stając się przedmiotem sporu.

Ale tam, gdzie sprawa zaczyna dotyczyć tak zwanych wartości, dochodzi do głosu nasza psychologia i to, co przed chwilą było przedszkolną oczywistością, staje się oksfordzko trudne do zaakceptowania. Jak to, na Kaczyńskiego głosowałeś? Skoro ja głosowałem na Petru, to jak to możliwe, że ty nie? Jak to głosowałaś na Trumpa? Bo ja, jakbym miała prawo głosu, tobym głosowała na Clinton, to jakże ty na Trumpa? Poza tym – jak on mógł wygrać, kto go wybrał w ogóle, ja przecież nie znam ludzi, którzy na niego głosowali, a mam tylu znajomych Amerykanów i oni wszyscy teraz są zrozpaczeni, to gdzie są „tamci”? 60 milionów tamtych? To niemożliwe, bo ja ich nie znam. Wracam do łóżka i jak się obudzę, to proszę mi to wszystko z powrotem przywrócić do normy. Mojej.

Miłość bliźniego – na to owszem się pisaliśmy, przynajmniej w teorii. Ale co zrobić, kiedy bliźni okazuje się aż tak bardzo inny, że staje się Obcym? Co się zmienia wokół i jak przekształcamy się my sami, kiedy bliźni przemienia się w Obcego, który w sposób niedający się zlekceważyć wchodzi w przestrzeń wspólną, np. wybierając prezydenta „naszego” kraju? I tym samym okazuje się, że jest wśród nas, a nawet, o zgrozo, był wśród nas od dawna, chociaż starannie wyczyściliśmy teren wokół siebie, żeby sobie nie robić psychologicznego kłopotu, chociaż odfriendowaliśmy kogo trzeba i przestaliśmy dzwonić do niektórych ze świątecznymi życzeniami?

Ja i moja racja

Sprawa jest dość jasna, kiedy to inni mają w sobie wrogość. Patrzymy z oburzeniem, przerażeniem, niedowierzaniem na ONR-owskie tłumy pseudopatriotów, słuchamy, kręcąc z ubolewaniem głową, Trumpa mówiącego o kryminalistach z Meksyku czy Waszczykowskiego przestrzegającego przed wegetarianami i cyklistami. To mamy rozpoznane: ich wrogość jest wyraźna, jednoznaczna, bije po oczach. Ale co z nami? Co z, jak śpiewał Michael Jackson, „człowiekiem w lustrze?” Co z naszą wrogością i agresją, jak i kogo my wykluczamy?

Pierwsza wiadomość jest taka, że żadne wykształcenie nie wyjmie nas poza nawias tego równania – nawet najbardziej szlachetny, najbardziej wykształcony i najbardziej uduchowiony z nas będzie się czuł, częściej lub rzadziej, lepszy od innych, będzie innych przeżywał jako Obcego i będzie czuł agresję. W sytuacji warsztatu grupowego (a pisząca te słowa takowe prowadzi) wystarczy podzielić ludzi, według przypadkowego kryterium, na dwie grupy i zamknąć pomiędzy tymi grupami drzwi, żeby uruchomić w ludziach poczucie wzajemnej wrogości, rywalizacji, chęć przechytrzenia drugiej strony, a także nieuchronne w tych okolicznościach zjawisko opisywane przez Zimbarda w „Efekcie Lucyfera” – depersonalizacji, czyli postrzegania tych, którzy jeszcze przed chwilą byli naszymi serdecznymi kolegami i koleżankami – a teraz, poprzez prosty fakt znalezienia się w drugiej grupie, stali się „onymi” – jako jednorodnych i jednorodnie gorszych, głupszych i mniej ważnych od nas. To bardzo smutne, ale tak właśnie się dzieje, niezależnie od wykształcenia, poglądów i stanowisk uczestników oraz uczestniczek tego ćwiczenia.

W przypadku tych z nas, którzy uważają się za elitę (wiem, że nikt tak o sobie nie powie, ale wielu w cichości tak myśli), sprawa jest jeszcze bardziej, jak się wydaje, moralnie niebezpieczna. Otóż poczucie przewagi przybiera wówczas formy tak wysublimowane, że nawet ten, który jest jego właścicielem, może go nie zauważyć, co pozwala mu na swobodny rajd w kierunku przeciwnym do przykazania miłości bliźniego, bez żadnej świadomości, że taki rajd się odbywa. Kiedy tak zwany narodowiec woła: „Żydzi, wyp...ć!”, sprawa jest jasna. Ci z nas, którzy ujmują poczucie wyższości w bardziej eleganckie frazy, brzmią lepiej też sami dla siebie, ale natura zjawiska sprowadza się do tego samego: ja mam rację, a ty się mylisz, ja jestem dobry, a ty zły. Paradoksalnie, czasami źródłem naszego poczucia wyższości staje się też rzekomy brak poczucia wyższości nad tymi, od których nasz Obcy czuje się lepszy. Czujemy się lepsi od tych, którzy czują się lepsi – lepsi od rasistów, homofobów, seksistów; lepsi nie tylko w swoich racjach, ale lepsi fundamentalnie, my-do-nieba-oni-do-piekła-lepsi.

Zgorszenie i naiwność

No ale ja m a m rację! Słusznie może się oburzyć czytelnik. I, przynajmniej jeśli o mnie chodzi, nie ma sporu – poglądy rasistowskie są gorsze od nierasistowskich, poglądy wykluczające są gorsze od tych opartych na szacunku. Ale co z tą swoją racją zrobić? Bo jeśli sami nie złapiemy się za rękę, za chwilę będziemy w swojej niechęci, zamknięciu, zatkaniu uszu dokładnie tacy sami, tylko ładniej ubrani i bardziej elegancko się wyrażający od tych, którzy budzą nasze oburzenie.

Skrajną naiwnością byłoby też przypuszczać, że jednorazowy gest otwarcia się na „obcego bliźniego” skruszy jego serce i sprawi, że już po chwili padniemy sobie w ramiona. Osobiście podjęłam kiedyś taką próbę, jeszcze jako studentka psychologii, kiedy zbierałam podpisy potrzebne Tadeuszowi Mazowieckiemu do startu w wyborach prezydenckich. Stałam przy stoliku na Rynku Głównym w Krakowie, kiedy podszedł do nas starszy pan i zaczął wściekle obracać w ustach słowa o Żydach, którzy chcą opanować Polskę.

Byłam właśnie świeżo po zajęciach z psychologii społecznej, na których powiedziano nam, że bezpośredni kontakt z obiektem uprzedzenia zmniejsza poziom uprzedzenia, podeszłam zatem do pana i powiedziałam: „Ja jestem Żydówką, proszę pana”. Niestety, mechanizm, o którym się uczyłam, nie działał najwyraźniej tak szybko i bezwarunkowo, jak na to liczyłam. „To wyp...j, k...o, do Izraela” – odpowiedział pan płynnie i bez zawahania.

Stajemy na rozdrożu, fizycznie niewidocznym i moralnie nieobojętnym. Jeśli rzeczywiście sprawa nas dotyczy, bo świat nie składa się z naszych klonów, jeśli podlegamy tym samym co inni mechanizmom psychologicznym, które sprawiają, że doświadczamy poczucia fundamentalnej przewagi nad innymi i skoro nie możemy żadną łatwą sztuczką zmienić cudzych poglądów – co nam pozostaje? Zwłaszcza jeśli chcemy zachować się przyzwoicie?

Poznaj samego siebie

Pierwsza rzecz, którą, jak się wydaje, warto zrobić, to w obliczu różnicy przyjrzeć się nie tylko innym (tym gorszym), ale i sobie samemu. Zajmowanie się cudzymi sumieniami ma tę słabość, że jest wysoce nieskuteczne, ponieważ, wyjmując sytuacje zupełnie wyjątkowe, nie ma siły, żebyśmy mieli większą władzę nad cudzym sumieniem niż własnym. Robimy to zatem nie dlatego, że przyniesie większy efekt, tylko dlatego, że jest tańsze – nie stanowi dla nas wysiłku. Mózg nie będzie chciał się zastanawiać nad sobą i poddawać refleksji swojego właściciela, skoro może przyjrzeć się cudzym wadom. Mózgowi się nie opłaca. Mózg będzie protestować – po co wysyłasz go na wyprawę wysokogórską, skoro siedział sobie spokojnie przy basenie i sączył drinka z parasolką? Po co każesz mu się sobie przyglądać, i to wcale nie w najlepszym ujęciu?

A jednak, warto zrobić sobie kłopot – zobaczyć swoje uczucia, również te nie najładniejsze; włączyć tę sprawę do, jeśli go robimy, rachunku sumienia. Inaczej będziemy dalej od prawdy o sobie. To w skali mikro. A w skali makro? Będziemy pogłębiać różnice, bo nawet to elegancko zmilczane lub elegancko wyrażone poczucie wyższości, a może nawet szczególnie to wyrażone z pozycji salonu, budzi w „drugiej stronie” (skoro już tak jesteśmy podzieleni) złość i pragnienie zemsty w tym jednym miejscu, gdzie naprawdę jesteśmy równi – nad kartą wyborczą.

Eksperyment

Czy tak się stało właśnie w Stanach? Czy tak stało się w Polsce? Być może. Możemy czytać na ten temat w gazetach i na portalach i rozmawiać o tym z ludźmi, którzy mają podobne do nas poglądy. Ale możemy też zrobić inny eksperymencik – zafriendować odfriendowanego, choćby po to, żeby odbyć jedną rozmowę inną niż te dotychczas. Albo w następnej rozmowie, kiedy ktoś powie coś, z czym się nie zgadzamy, zamiast zwyczajowo przystąpić do ping-ponga, dopytać o racje Obcego, zakładając jego dobrą wolę. „Ważne jest, żeby iść dalej – powiedział Obama po tym, jak jego niedoszła następczyni przegrała wybory – z założeniem, że inni obywatele mieli dobrą wolę. Bo to założenie, o dobrej woli, jest zasadnicze dla żywej i sprawnej demokracji”.

Nawet jeśli uda nam się przyjąć to niezwykle trudne założenie dobrej woli na początku rozmowy, nasz bliźni-obcy na pewno utrudni nam zadanie, mówiąc rzeczy, które będą nas oburzać. Warto spróbować, chociaż chwilę dłużej, nie tracić ducha; wytrzymać jeszcze parę minut, zadając kolejne pytania, i to nie takie, które mają mu udowodnić naszą rację, tylko takie, które są wyrazem prawdziwej ciekawości. Być może, słuchając naprawdę, zapracujemy sobie na to, że za chwilę zostaniemy wysłuchani. A może nie. Tak czy inaczej – niczego nie stracimy, a możemy lepiej zrozumieć świat, który nas otacza. Nawet jeśli wolelibyśmy, żeby wyglądał inaczej. ©

​NATALIA DE BARBARO jest psycholożką i trenerką. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz szkolenia z komunikacji i przywództwa dla House of Skills. Autorka książki o kampaniach wyborczych „Dojść do głosu”.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

-w "megalomańskim" autorytecie Słowa Bożego: "Bądźcie prędcy do słuchania, zaś powolni do mówienia"...Wszyscy zgrzeszyli i wszystkim brak jest chwały Bożej...Obłudniku-najpierw wyjmij belkę z własnego oka, a potem źdżbło z oka bliźniego...Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień...Jeżeli ktoś powie swemu bliźniemu >rakka<, podlega karze piekła...Nie walczymy przeciw ciału i krwi, ale przeciw ukrytym mocom ciemności...Nie masz już Żyda, Greka i Scyty, ani niewolnika i wolnego, ani mężczyzny i kobiety, tylko wszyscy są jednością w Chrystusie...Syn Człowieczy nie przyszedł na świat po to, by mu służono, ale by usługiwać innym...Królestwo moje nie jest z tego świata...Pozostaje więc wiara, nadzieja i miłość, z tych trzech miłość jest największa

Proszę wymienić jakieś cnoty pani Clinton, coś co przekonałoby człowieka przyzwoitego, że warto było na nią głosować. Jeśli przyjąć za panią de Barbaro, że jednak człowiek przyzwoity powinien był i rzeczywiście głosował na Hillary ( przyjaciele pani de Barbaro niewątpliwie mają klasę i zarazem są szlachetni ) to ze smutkiem stwierdzamy, iż Afroamerykanie mają dużo lepsze serca od białych mieszkańców USA. 88 procent Afroamerykanów głosowało na panią Clinton przy 42 procentach białasów. Nawet Żydzi okazali się mniej przyzwoici od Czarnych jako, że tylko 70 procent z nich głosowało na małżonkę Billa.

dziękuję; ten artykuł to zaproszenie do prostego-trudnego zadania; przełamanie jakiegoś paradoksu; Maria

Niestety jest wcielu ludzi, którzy wolą kopać doły niż je zasypywać. Dodatkowo szary człowiek nie ma pojęcia, że jest obiektem manipulacji polegającej na zmuszaniu do kopania dwa razy szybciej. A "poznanie siebie" jest zajęciem wymagającym czasu ciszy i wsłuchania w siebie - ilu takich jest.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]