Między rozpadem Unii, a „Europą dwóch prędkości”

Gdy dwa tygodnie temu przywódcy krajów strefy euro uzgodnili program stabilizacyjny dla zadłużonych krajów unijnego południa, mogło się wydawać, że "grecka choroba" finansów publicznych jest praktycznie opanowana.
Czyta się kilka minut

Jednak przez te dwa tygodnie wartość euro na światowych rynkach spadała, przypominając, że najgłębsze europejskie problemy pozostają nierozwiązane. Kontynent się starzeje, rośnie góra długu publicznego, gospodarka jest nie dość innowacyjna, a rynki pracy pozostają nieelastyczne.

Przede wszystkim jednak - diagnozują ekonomiści - katastrofą grozi sama konstrukcja, gdzie wspólnej walucie nie towarzyszy wspólna polityka budżetowa, fiskalna, gospodarcza. To tak, jakby każdemu z pasażerów w autobusie dać własną kierownicę i własny pedał gazu. Jako eksperyment może nawet ciekawe, ale daleko się w ten sposób nie zajedzie.

A skoro tak, to możliwe są tylko dwa wyjścia - albo wysiąść z pojazdu, albo przekonać wszystkich do jakiejś formy wspólnego decydowania o kierunku i prędkości jazdy. Innymi słowy - albo zrezygnować z nieudanego eksperymentu euro, albo do wspólnej waluty dołączyć jeszcze wspólny zarząd finansami. "Wspólny", czyli w praktyce niemiecki, a może niemiecko-francuski. Ten kto stawia kolejkę, ma święte prawo decydować, za czyje zdrowie toast zostanie wzniesiony.

Co to oznacza dla nas?

Oznacza podwójne ryzyko. Z jednej strony jest ryzyko rozpadu Unii Europejskiej, która przez dwie dekady była dla nas nie tylko coraz szerzej otwartym rynkiem, nie tylko sponsorem finansującym nasz program modernizacji, ale przede wszystkim punktem geopolitycznego odniesienia zawieszającym pytanie o to, czy możliwe jest prowadzenie samodzielnej polityki przez niewielki kraj wepchnięty między dwa mocarstwa. A z drugiej strony grozi ryzyko powrotu do idei "Europy dwóch prędkości". Tej "lepszej" Europy, integrującej się już nie tylko wokół wspólnej waluty, ale też wokół wspólnej polityki gospodarczej. I tej "gorszej" - z własnym pieniądzem i być może także własnym zdaniem, tyle że tego zdania nikt nawet ciekaw nie będzie.

W tej sytuacji musimy próbować tego, co nasz eurokomisarz Janusz Lewandowski nazywa strategią wkładania nogi w drzwi. Taką strategię współdecydowania o tym, w którą stronę pójdzie kontynent, próbuje realizować polski rząd - choćby w osobie ministra finansów Jacka Rostowskiego, zachwalającego na unijnych posiedzeniach nasze rozwiązania ograniczające i ujawniające dług publiczny (w tym reformę emerytalną, którą - nawiasem mówiąc - ten sam minister jeszcze niedawno chciał zniszczyć, zabierając z Otwartych Funduszy Emerytalnych składkę, aby zmniejszyć bieżący deficyt). Jeśli bowiem przyszłość strefy euro jawi się niejasna, to warto przynajmniej zadbać o to, żebyśmy w jej sprawie mieli coś do powiedzenia.

Żebyśmy - odnosząc się do bieżącej metafory - nie dali się zepchnąć do pozycji gapia obserwującego, jak inni noszą worki z piaskiem mające chronić nas przed powodzią.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 22/2010