Nie ma szkoły, nie ma życia

W 2021 r. zamknięto w Polsce 200 placówek. „Bo się nie opłacało” – tłumaczą samorządy. Mało kto pyta o zapaść, jaką niesie brak edukacji w gminie.

14.03.2022

Czyta się kilka minut

Protest uczniów klasy mundurowej Liceum Ogólnokształcącego w Dubience przed delegaturą Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego w Chełmie. 10 grudnia 2021 r. / KAROLINA RYNIAK / POLSKA PRESSE
Protest uczniów klasy mundurowej Liceum Ogólnokształcącego w Dubience przed delegaturą Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego w Chełmie. 10 grudnia 2021 r. / KAROLINA RYNIAK / POLSKA PRESSE

Tadeusz Kościuszko pod Dubienką miał 5 tysięcy żołnierzy, a walczył z 25-tysięczną armią Rosjan. Sukces Polaków był zasługą fortyfikacji ­polowych, w których naczelnik insurekcji osiągnął mistrzostwo. I choć bitwy nie wygrał, to znacznie przetrzebił szeregi wroga. Uczniowie, nauczyciele i ­rodzice z liceum w Dubience też mają determinację, odwagę i upór. Biją się o swoją szkołę. Choć ich przeciwnik ma do ­dyspozycji prawo, urzędników i działa z zaskoczenia, oni okopali się na swoich pozycjach i czekają na posiłki.

Dawid Wencel, uczeń pierwszej klasy mundurowego Liceum Ogólnokształcącego im. 27 Wołyńskiej Dywizji Armii Krajowej w Dubience marzył o tej szkole od kilku lat i tylko tutaj złożył dokumenty. Dojeżdża 12 kilometrów i choć w jego klasie jest tylko dziewięciu uczniów, nie zamieniłby jej na żadną inną. – Mówi się, że ta szkoła jest zła, ale to nieprawda. Dobrze przygotowuje do zawodu, można się po niej dostać do wojska i do straży granicznej. Ja tego miejsca nie traktuję jak szkoły, to mój drugi dom – deklaruje Dawid.

Mało brakowało, a trafiłby gdzie indziej. Pod koniec sierpnia 2021 r. pojawiły się informacje, że pierwsza klasa nie powstanie i w efekcie wielu rodziców wycofało dokumenty. Skrzyknęli się jednak liczni obecni uczniowie i mimo zdalnego nauczania przyjeżdżali do Dubienki, choć wielu z nich mieszka ponad 50 ­kilometrów stąd. Nagrywali filmy i robili plakaty, byle tylko zachęcić ­ósmoklasistów. Na nic się to zdało, rekrutację rzeczywiście odwołano. I wtedy uczniowie z rodzicami w akcie desperacji zorganizowali strajk w starostwie chełmskim, który skończył się okupacją gabinetu Piotra Deniszczuka.

– Starosta wezwał na nasze dzieci policję, a potem oskarżył nas, że zjedliśmy paluszki i wypiliśmy wodę w jego gabinecie. Starosta nie tylko nie wspiera tej szkoły, ale jej wręcz szkodzi. Kiedy dyrektorka złożyła wniosek o przyznanie liceum certyfikatu Ministerstwa Obrony Narodowej, urzędnicy w Chełmie przetrzymali te dokumenty i wysłali je długo po terminie – opowiada z goryczą Magdalena Soboń, matka dwojga uczniów.

Skąd wziąć dwa miliony

Sytuacja w Dubience tak nabrzmiała, że w mediację zaangażował się wojewoda lubelski Lech Sprawka. Klasa pierwsza powstała, wszyscy odetchnęli z ulgą. Jednak już 10 grudnia 2021 r. na sesji rady powiatu podjęto uchwałę intencyjną o likwidacji placówki. Rodzice i nauczyciele dowiedzieli się o tym ze strony internetowej urzędu i od razu zorganizowali protest. Na schodach starostwa stanęła młodzież, rodzice i nauczyciele z transparentami. Nic nie wskórali. Dowiedzieli się, że koszty utrzymania są za wysokie, mało jest chętnych, a poziom nauczania niski (zdawalność matur w ostatnim roku wyniosła 33 proc.), więc placówki nic nie uratuje.

Z taką diagnozą nie zgadza się Marcin Zelent, nauczyciel wuefu: – Jestem absolwentem tej szkoły, tutaj uczyli moi rodzice. Przychodzą do nas dzieci z różnych środowisk, zdarzają się uczniowie z rodzin rozbitych, biednych. To miejsce daje im szansę na szybkie usamodzielnienie. Wielu z nich traktuje maturę fakultatywnie, bo nie jest konieczna przy staraniu się o pracę w korpusie szeregowym zawodowego wojska.

Organem prowadzącym liceum w Dubience jest starostwo chełmskie. Starosta Piotr Deniszczuk przekonuje, że region wyludnia się, a on nie może dołożyć do szkoły 2 mln zł, bo tyle brakuje do jej budżetu po uwzględnieniu subwencji, która przypada na każdego ucznia. – Wyszliśmy z propozycją przekazania budynków gminie. Obiecałem nawet, że powiat pokryje 80 proc. kosztów bieżących przez trzy lata. Pani wójt nie zdecydowała się na ten krok, mimo że rada gminy podjęła pozytywną uchwałę. Co ja mogę więcej zrobić? – pyta Deniszczuk.

LO w Dubience działa od 1975 r., a od 22 lat funkcjonuje jako szkoła mundurowa, obecnie uczy się w niej 59 uczniów. Liceum uczestniczy w projekcie Ministerstwa Obrony Narodowej – Certyfikowane Wojskowe Klasy Mundurowe, dzięki czemu uczniowie otrzymują dofinansowanie do umundurowania, a także dodatkowe zajęcia prowadzone przez patronacką jednostkę wojskową. W obecnych niespokojnych czasach wydaje się wręcz niezbędne, by rozwijać właśnie takie placówki kształcące ludzi, którzy w przyszłości mogliby bronić Polski – a jednak się je likwiduje. Nie dostrzega się też, jak ważną rolę społeczną pełnią takie miejsca. Wokół szkoły toczy się życie, a jeśli jej zabraknie – okolica staje się społeczną pustynią. Dubienka to najmniejsza i najbiedniejsza gmina w powiecie, w ciągu ostatnich trzech lat wyjechało stąd 300 mieszkańców. Za chlebem.

– Żal patrzeć, jak Dubienka pustoszeje – mówi pan Waldemar, przycinając drzewa w ogrodzie. – Kiedyś była tu poradnia psychologiczno-pedagogiczna, spółdzielnia kółek rolniczych. Wszystko zamknęli, a teraz chcą nam zabrać liceum. Mówi się u nas, że starosta ma zakusy na szkolny internat. Chce tu zrobić DPS, bo to smaczny kąsek finansowy. Już nawet wysłał swoich urzędników, żeby zmierzyli, czy przez drzwi wejdzie wózek inwalidzki.

Bidula z tornistrem

W raportach Instytutu Badań Edukacyjnych można przeczytać, że głównym powodem zamykania szkół w Polsce jest trudna sytuacja demograficzna przekładająca się na spadek liczby uczniów w gminach. Dlatego przenosi się ich do większych ośrodków, z lepszą infrastrukturą, z możliwością skorzystania z pomocy logopedy, psychologa i bogatszej oferty zajęć pozalekcyjnych.

Jest jednak druga strona medalu. Rodzice uczniów ze zlikwidowanych szkół narzekają, że ich dzieci nie mogą korzystać z zajęć popołudniowych: kółek zainteresowań czy kursów językowych, bo samorządy nie organizują dodatkowych dowozów. „Dzieci do [zlikwidowanej szkoły] dowożono z około osiemnastu pobliskich wiosek. Wstawały o szóstej. Teraz wstają o piątej. Autobus nie jedzie w linii prostej, ale objeżdża wszystkie wsie po drodze. Dzieci jadą półtorej godziny w jedną stronę. Zdarza się, że muszą iść dwa kilometry przez las, aby dojść do przystanku. Taka bidula z tornistrem” – to głos jednego z dyrektorów w ankiecie Instytutu Badań Edukacyjnych. Z danych IBE wynika też, że wiejskie szkoły wcale nie muszą uczyć gorzej od tych w mieście. Niejedna z nich jest też lepiej wyposażona w sprzęt komputerowy.

– Różnice w poziomie osiągnięć edukacyjnych między miastem a wsią wynikają m.in. z dostępu do oferty domu kultury lub szkoły językowej, przez co rodzicom w miastach łatwiej dbać o wszechstronny rozwój dzieci. Na wsi trudniej rozwijać zainteresowania uczniów. I dlatego po skończeniu podstawówki uczniowie ze środowisk wiejskich częściej niż ich koledzy i koleżanki z miast wybierają szkoły zawodowe i technika. Jeśli komuś uda się skończyć dobre liceum, najczęściej nie wraca do macierzystego środowiska – podkreśla dr Michał Sitek, kierujący Zespołem Badań Międzynarodowych w IBE.

Co ciekawe, aktywnym społecznościom wiejskim zdarza się skutecznie bronić szkół. Jedną z metod jest założenie stowarzyszenia i prowadzenie placówki na nowych zasadach. – Wiejskie szkoły mają przyszłość, ale muszą przekształcić się w instytucje wielofunkcyjne, a to wymaga poradzenia sobie z licznymi ograniczeniami biurokratycznymi. W jednym budynku można połączyć szkołę, bibliotekę, dom kultury, dzięki temu zyskają i młodzi, i starsi. Szkoła stanie się miejscem spotkań i działań dla całej społeczności lokalnej – uważa Sitek.

Został kościół i sklep

Minister edukacji Anna Zalewska reformując oświatę zapewniała, że PiS nie będzie zamykać placówek. I dlatego wprowadziła przepis wymagający zgody kuratora na taką decyzję. Cóż z tego, skoro w 2021 r. i tak zlikwidowano w Polsce 200 szkół i przedszkoli. Najwięcej na Lubelszczyźnie (52) i Śląsku (28).

Maria Marut, polonistka w podstawówce w Horyszowie zamkniętej w sierpniu 2021 r., przez całe życie zawodowe obserwowała, jak zmienia się wieś. Kiedy zaczynała pracę w 1983 r., szkoła dysponowała kuchnią, stołówką, biblioteką, uczęszczało do niej 200 uczniów. Horyszów przyciągał młodych – był urząd pocztowy, skup buraków, biblioteka. Działały dwa kluby dla mieszkańców.

– Wieś tętniła życiem, a szkoła była miejscem spotkań. Organizowaliśmy andrzejki, katarzynki i narodowe czytanie książek, zanim jeszcze taka moda nastała w kraju. Moja uczennica była nawet mistrzynią Polski w ortografii – podkreśla Maria Marut.

Dziś został tylko kościół i sklep spożywczy, a dzieci jeżdżą osiem kilometrów do szkoły do Miączyna. Zniknęły spółdzielnie i kółka rolnicze, skurczyła się sieć autobusów. Relacje międzyludzkie też się zmieniły. Kiedyś Maria Marut bywała często w domu swoich wychowanków i doskonale znała ich problemy. Dzięki temu indywidualizacja kształcenia wynikała nie z odgórnych założeń, ale z potrzeb wychowanków.

– Raz w roku organizowałam „Śniadanie na polanie”. Szliśmy do lasu, zbieraliśmy grzyby. Rodzice zapraszali nas na poczęstunek, dzieci opowiadały, co rośnie na ich polach. Byliśmy częścią tej wsi, nawet w wakacje. Przyjeżdżaliśmy na dożynki, do których przygotowywaliśmy część artystyczną – wspomina polonistka.

Dzisiaj duży budynek szkoły stoi pusty. Tuż obok mieszka Rafał Pijajko, uczeń siódmej klasy, dla którego boisko szkolne stanowiło centrum życia. Jednak od września musi dojeżdżać z młodszą siostrą do Miączyna. Wstaje po 6.00, bo o 7.00 ma autobus, a wraca o 15.30. Koledzy mieszkają w innych wsiach, więc trudno umówić się po lekcjach, bo każdy spieszy się na autobus do domu. Bezpośredni kontakt z rówieśnikami zastępują telefon i komputer.

Podobnie jest w Chomęciskach Dużych, gdzie szkoła istniała od 1918 do 2002 r. Dzisiaj w budynku hula wiatr. Wyrwane podłogi, instalacja wypruta ze ścian, gruz na schodach. Halina Mazurek, emerytowana nauczycielka biologii, mieszka niedaleko. Pamięta czasy, gdy po południu dzieci grały w piłkę, wszyscy się znali i spędzali czas razem. Ogród był pielęgnowany przez uczniów, rośliny opisane. Fakt, szkoła miała gorsze wyposażenie niż miejskie placówki, a klasy były łączone, ale dzieci nie były anonimowe, jak dziś. – Znałam wszystkich uczniów i kiedy dochodziło do konfliktów czy bójek, szybko mogliśmy rozwiązać problem – wspomina Halina Mazurek.

Lepiej naprawić drogi

W Polsce, a zwłaszcza na dotkniętej plagą likwidacji szkół Lubelszczyźnie, toczy się dziś wiele cichych wojen o utrzymanie małych placówek. Tak jest m.in. w Sahryniu w gminie Werbkowice. Mieszkańcy byli u lubelskiej kurator oświaty Teresy Misiak i próbują sprawę nagłośnić w mediach. Szkoła w Sahryniu liczy 60 uczniów, powstała w 1918 r., młodzież uczy się w nowoczesnym budynku.

– Wójt narzeka, że jest droga w utrzymaniu, ale to bogata gmina i ma na to środki. A poza tym to dobra szkoła, czworo naszych absolwentów skończyło prestiżowe LO im. Staszica w Warszawie, dzieci mają sprzyjającą atmosferę, a kadra jest wymagająca. Szkoła pełni też funkcję kulturotwórczą, mieszkańcy są z nią zżyci. Po co ją zamykać? – pyta Antoni Kijewski, radny z Sahrynia.

Rozmawiałam z kilkoma wójtami, którzy prowadzą małe szkoły. Ich perspektywa zazwyczaj jest podobna: prowadzenie szkół w czasach niżu nie opłaca się; lepiej zrobić za te pieniądze drogi. I dodają: może gdyby pensje nauczycieli opłacało państwo, szkół by nie likwidowali...

– Po drogach gminnych jeździ się dziś jak po stole, więc ludzie pakują manatki i uciekają do miasta. Może lepiej zmienić politykę? Zróbmy coś, żeby młodzież chciała się tu uczyć i tu żyć – mówi Marek Celeban, nauczyciel szkoły w Dubience.

Nauczyciele szkół wiejskich często podkreślają, że urzędnicy od lat wpędzają ich w poczucie winy, że za dużo kosztują. Tak jakby wójt albo starosta wykładali pieniądze z własnej kieszeni. Jakby robili łaskę, że płacą. Nauczyciele zgadzali się więc na darmowe kółka, zostawali po lekcjach na zajęciach wyrównawczych, robili dodatkowe fakultety, żeby tylko utrzymać się na etacie i uratować szkoły. Wielu się nie udało. Dziś mają żal, że w XXI wieku urzędnicy w Polsce nie pojmują, iż żadna społeczność nie może rozwijać się tam, gdzie nie dba się o rozwój ludzi i edukację. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka i polonistka. Absolwentka teatrologii UJ i podyplomowych studiów humanistycznych PAN. Z „Tygodnikiem Powszechnym” współpracuje od 2013 roku, autorka reportaży i wywiadów o tematyce społecznej, historycznej i kulturalnej. Laureatka m.in. I nagrody… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2022