„Nie jestem wirtuozem. Jestem gościem, który musi przesiedzieć długie godziny nad rysunkiem” – przyznał w rozmowie z Radio France. Manu Larcenetowi, przedstawicielowi komiksowej Francuskiej Nowej Fali, słowo talent zawsze wydawało się podejrzane. Jest po prostu jednym z tych, którzy uważają, że za sztuką stoi harówka.
Na jego bibliografię składa się dziś wiele różnorodnych tytułów, wśród nich komiksy nagrodzone nie tylko we Francji. W Polsce rysownik wielokrotnie zdobywał nagrody Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego, a wśród rodzimych miłośników opowieści obrazkowych premiera „nowego Larceneta” traktowana jest jak małe święto. Dość powiedzieć, że nakład 2 tys. egzemplarzy wydanej przez Mandiokę „Drogi” w tłumaczeniu Pawła Łapińskiego (rysowanej na podstawie słynnej powieści Cormaca McCarthy’ego) rozszedł się w niecałe trzy miesiące – to na polskim rynku naprawdę duży sukces.

Po zrzuceniu glanów
Mały Larcenet nie rozstawał się z przyborami do rysowania, odkąd skończył dwanaście lat. W liceum zajęcia z rysunku przeplatał malowaniem fresków na skłotach – był wówczas zarówno wzorowym punkiem, jak i lewicowym radykałem. Z wiekiem nie tyle spokorniał, ile postawił na indywidualizm, porzucił hardkorową kapelę, odwiesił glany i poświęcił czas komiksom.
Szybko został dostrzeżony i zatrudniony w miesięczniku „Fluide Glacial” przez Gotliba (wł. Marcela Gottlieba), legendę frankofońskiego komiksu. Twórcza dezynwoltura Manu, jak również jego zamiłowanie do absurdu i parodii, współgrały z satyrycznym profilem czasopisma. Publikacje na łamach poczytnego magazynu przyniosły rozgłos, który przełożył się na zainteresowanie najważniejszych domów wydawniczych nad Sekwaną – Dupuis, Glénat, Dargaud.
Przyczyn szybkiego sukcesu Larceneta można doszukiwać się w jego warsztacie. Rysownik czuje się świetnie zarówno w efektownych gatunkowych opowiadaniach, jak i intymnych autobiograficznych wyznaniach. Radzi sobie zarówno z cartoonem i ligne claire, jak i quasirealizmem (zob. ramka), a jego różnorodność stylistyczna idzie w parze z szerokim zakresem tematycznym.
O ile we „Fluide Glacial” laureat nagrody dla najlepszego albumu znanego festiwalu w Angoulême spełniał się przede wszystkim jako niepokorny sowizdrzał, o tyle w autorskich komiksach na pierwszym planie umieszczał własne odczucia i emocje. Niemała część utworów Manu zasadza się na jego życiorysie. W 1997 r. wespół z przyjacielem Nicolasem Lebedelem założył oficynę Les Rêveurs (po polsku: Marzyciele), która stała się poligonem doświadczalnym dla jego autobiograficznych eksperymentów.

Walka o codzienność
W albumie „Dallas Cowboy” (1997) Larcenet wziął się za zmagania z bezsennością. W rozgrywającej się na przecięciu jawy i snu historii artysta przygląda się własnej chorobie, przywołując raz po raz wspomnienia z dzieciństwa i głęboko skrywane lęki. Równie ciekawe jest „Presque” (1998), w którym wraca myślami do lat obowiązkowej służby wojskowej. W rozliczeniowej manierze wymienia nieprzyjemności, jakie go spotkały, aby, jak pisze we wstępie, wyrównać rachunki i z podniesionym czołem spojrzeć na swoich oprawców. Oba albumy, choć ważne dla autora, są zaledwie wprawką. Widać, że powstały w czasie, gdy styl Larceneta dopiero nabierał kształtu.
Zasiadając kilka lat później do rysowania „Le Retour à la terre” (2002-2008) był już rysownikiem wyrobionym. W zilustrowanej do scenariusza Jeana-Yvesa Ferriego serii niegdysiejszy satyryk powrócił do komedii, jednak tym razem punkowe przedrzeźnianie rzeczywistości znów ustąpiło miejsca autotematycznemu dowcipowi. Komiks Francuzów przedstawia losy niejakiego Manu Larssineta, paryskiego rysownika, który po latach kiszenia się w mieście postanawia zamieszkać wraz z partnerką i kotem na prowincji.
Nie trzeba być Herkulesem Poirotem, aby zauważyć, że Larssinet to w rzeczywistości alter ego Larceneta. Zresztą twórcy wykładają kawę na ławę już w drugim tomie. „To Manu, opisywany przez Ferriego, lecz rysowany przez Manu, z tą różnicą, że kiedy Manu z komiksu rysuje, Manu zmienia swój styl, aby nikt nie zauważył, że rysuje jak on” – tłumaczy pokrętnie założenia „Le Retour à la terre” komiksowa Mariette.
Epizodyczna, pełna kreskówkowej przesady opowieść Ferriego i Larceneta przywodzi na myśl klasyczne paski z magazynu „Spirou”. Na innym biegunie estetycznym znajduje się nagrodzona w Angoulême „Codzienna walka” (2003-2008, wyd. polskie 2016). Odpowiedzialny nie tylko za ilustracje, ale też scenariusz Manu opisuje w niej perypetie Marca, wypalonego fotoreportera, który postanawia poszukać świętego spokoju żyjąc poza miastem.
Album obfituje w wątki autobiograficzne, choć tym razem są one zawoalowane. Larcenet użycza protagoniście swojej twarzy oraz temperamentu, a nawet dzieli się z nim domem (gros lokacji przewijających się w kadrach posiada swoje rzeczywiste odpowiedniki). Mimo że w tle pojawiają się przemiany społeczno-polityczne we Francji lat zerowych, clou „Codziennej walki” pozostaje intymna historia o dojrzewaniu do zmian w obliczu depresji i panicznego lęku.

W głąb mroku
Larcenet wielokrotnie wykorzystywał komiks jako kanał emocjonalnego ujścia. Stworzone przezeń albumy opowiadały o zaburzeniach psychicznych, służąc za narzędzie autoekspresji (co ciekawe, sam autor nieraz w swoich utworach z arteterapii kpił). Od momentu diagnozy powracającym wątkiem w twórczości komiksowego nowofalowca jest życie z chorobą afektywną dwubiegunową.
Wydana nad Wisłą nakładem Mandioki „Terapia grupowa” (2024) to smoliście czarna komedia, w której Manu szarga tabu, opowiadając bez ogródek o swoich epizodach maniakalnych i depresyjnych. Historię o chorobie ubiera w płaszcz zbzikowanej opowieści o kryzysie twórczym. Draczne perypetie Jeana-Pierre’a Boua-Pasztette’a, kolejnego alter ego autora, przypominają utkany z gagów strumień świadomości, w którym znaleźć można kłębowisko inspiracji: mangi, paski ze „Spirou”, tabloidy, poradniki, chiaroscuro, karykatury i Cézanne’a.
„Po »Codziennej walce« wiedziałem, że zamierzam sięgnąć do burzącego się we mnie mroku. Wykluczenie, przemoc, szaleństwo – musiałem to wszystko z siebie wyrzucić” – stwierdził Larcenet w wywiadzie dla tygodnika „L’Express”. Tak powstał „Blast” (2009, wyd. polskie 2022-2023), rozpisana na osiemset stron opowieść o granicach człowieczeństwa, uznawana nie bez kozery za opus magnum wychowanka „Fluide Glacial”.
Głównym bohaterem kryminalnej tetralogii jest Polza (imię znaczy tyle, co „pamiętaj o przykazaniach Lenina”) Mancini, niegdysiejszy krytyk kulinarny, obecny kloszard, oskarżony o dotkliwe pobicie młodej kobiety. W trakcie czterdziestoośmiogodzinnego przesłuchania osobliwy mężczyzna dzieli się z funkcjonariuszami swoim przepełnionym cierpieniem życiorysem, w tym wspomnieniami tytułowych blastów – momentów transcendentnego uniesienia, przypominających w istocie narkotyczny wid.
„Blast” znajduje się na antypodach komediowo-biograficznego „Le Retour à la terre”. Sam autor na antenie Radio France przyznał, że zależało mu na stworzeniu szczerego obrazu bólu, pozbawionego nawet odrobiny otuchy. Bo właśnie tak widzi depresję – jako unicestwienie pragnień i ograbienie z nadziei.
Polza jest postacią uosabiającą bolączki Larceneta, miota się od manii do załamania i nieustępliwie poszukuje ulgi, choćby krótkotrwałej. Tę gwarantują blasty. Droga do nich prowadzi przez hektolitry alkoholu, grudy zanieczyszczonej heroiny oraz ustawiczne narażanie życia. Polza Mancini zrzucił okowy nałożone przez społeczeństwo i wybrał wolność. Szkopuł tkwi w tym, że znajduje się ona w odwiecznym konflikcie z życiem.
W „Blaście” pobrzmiewają echa filozofii Thomasa Hobbesa. „Życie człowieka jest samotne, biedne, bez słońca, zwierzęce i krótkie” – pisał w „Lewiatanie” autor kontraktualizmu. Ta ponura konstatacja zdaje się być fundamentem aksjologicznego kryminału Larceneta, w którym nie ma miejsca na akty altruizmu, a natura to stan wojny każdego z każdym.
Nagrodzony w Angoulême komiksiarz buduje swoją opowieść na atrakcyjnych kontrastach, bukoliczne zachwyty przeplata aktami gwałtownej, bezrozumnej przemocy. Ten dziwny związek piękna i brzydoty znajduje odzwierciedlenie w rysunkach. Larcenet pieczołowicie oddaje walory przyrody, aby zestawić je z ujęciami zupełnego upodlenia.
Interesujący jest również projekt postaci nieobliczalnego wagabundy, który zarówno wyglądem, jak i obcesowym zachowaniem budzi u czytelnika wstręt. Manu, wzorem pierwszych publikacji w Les Rêveurs, stawia na monochromatyzm. Znaczna część „Blastu” wypełniona została tuszem, jednak z rzadka przez szarość przebija się kolor. Dzieje się tak przede wszystkim podczas psychodelicznych blastów i makabrycznych retrospekcji. Pracując nad historią Polzy Larcenet przedefiniował swój styl, równocześnie wyznaczył wektor swoich dalszych artystycznych poszukiwań – skierowany ku jądru ciemności.
Detale apokalipsy
Po ukończeniu ostatniego tomu „Blastu” artysta był wycieńczony, odłożył ołówek i zrobił sobie przerwę. Wówczas wpadł mu w ręce „Raport Brodecka” Philippe’a Claudela. Słowa laureata Nagrody Goncourta na nowo rozbudziły w nim obsesyjną potrzebę rysowania, więc Manu wiernie przełożył powieść na karty komiksu – fabularną ramę pozostawił nietkniętą.
Mimo że kanwą utworu Larceneta jest cudza proza, nie jest on wcale mniej osobisty niż „Dallas Cowboy” czy „Presque”. W adaptacji „Raportu Brodecka” (2015, wyd. polskie 2021) autor rozlicza się z wykluczeniem, na które był skazany od najmłodszych lat. Jak wspomniał na łamach „L’Express”: „Spodobał mi się pomysł historii o artyście przyjeżdżającym do wioski, w której każdy traktuje go jak wroga, wskutek czego ostatecznie zostaje zamordowany. (...) Bycie samemu przeciwko tłumowi to koszmar dzieciństwa”. Nie bez przyczyny rysopisy Anderera i Manu posiadają niemało punktów stycznych.
„Raport Brodecka” to opowieść o strachu przed obcością, który potrafi popchnąć do barbarzyństwa. Aby oddać okrucieństwo powieści Claudela, Larcenet zdecydował się przenicować swój styl – karykaturalna stylizacja ustąpiła miejsca realizmowi. W ten sposób przemoc, będąca w amoralnym świecie Brodecka na porządku dziennym, uderza czytelnika dotkliwiej, wywracając trzewia.
Owo podejście dostrzegalne jest także w „Drodze” (2024), której światowa premiera miała miejsce na tegorocznym Krakowskim Festiwalu Komiksu. Adaptując postapokaliptyczną powieść Cormaca McCarthy’ego Larcenet bynajmniej jej nie dekonstruuje. Pozostaje wierny ramom pierwowzoru, biorąc z niego wszystkie dialogi i dokonując wyłącznie niezbędnych przesunięć. Dlatego wyjątkowości komiksowego przekładu należy doszukiwać się w rysunkach. Autor „Codziennej walki” dołożył wszelkich starań, aby udobitnić proces powolnej degrengolady.
Za środek opisywania rzeczywistości bierze zbliżenie. W detalicznych kadrach umieszcza rozkładające się relikty cywilizacji: kikuty spopielonych drzew, rdzewiejące samochody, zapadające się budynki czy też skórzane trzewiki, szczęśliwie gnijące wolniej od leżących obok ludzkich szczątków. Larcenet lustruje atrofię ciała i rozkład duszy. Realizując turpistyczne założenia oddaje ducha powieści McCarthy’ego, a zarazem podsumowuje podróż na obrzeża człowieczeństwa, którą rozpoczął wraz z „Blastem”.
Być może na następnym przystanku do Manu wreszcie uśmiechnie się słońce.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















