Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Mamy swoje święto

Mamy swoje święto

26.06.2018
Czyta się kilka minut
28 czerwca w Watykanie kardynalski biret z rąk papieża Franciszka otrzyma jego jałmużnik, abp Konrad Krajewski.
FOT. GRAŻYNA MAKARA
D

Dzień później metropolitalny paliusz dostanie z kolei od papieża metropolita łódzki, Grzegorz Ryś. Tego dnia wieczorem w Watykanie wydana zostanie okolicznościowa kolacja, na której – obok gości nominatów – podjęci zostaną rzymscy bezdomni. Zaproszenia na czwartkowy konsystorz rozprowadzane są wśród ubogich na rzymskich dworcach. Ja zaś gorąco trzymam kciuki za kardynała Konrada, by udało mu się wcielić tego dnia w życie pewien pomysł na rozwiązanie istotnego (z punktu widzenia watykańskiej mechaniki) problemu. To bowiem jeden z nielicznych znanych mi hierarchów niemający sekretarza (niektórym biskupom rzeczywiście jest potrzebny; znam jednak i takich, dla których to wyłącznie oznaka statusu; pozwalają, by młody ksiądz marnotrawił swoje kapłaństwo na podawanie biskupowi). A sekretarz jest w czasie wręczania biretu, bulli i pierścienia logistycznie niezbędny. Zacieram ręce na myśl, że niespodzianka się uda i w świat pójdzie kolejny czytelny sygnał: marzenie Franciszka o „Kościele ubogich” wciela się w życie. Przynajmniej tam, gdzie są ci dwaj, Franciszek i ksiądz Konrad – powiedzmy to sobie szczerze – niemający na watykańskim wzgórzu przesadnie wielu fanów.

Pamiętam rozmowę, jaką parę lat temu miałem w Tegucigalpie, stolicy Hondurasu, z kard. Óscarem Rodríguezem Maradiagą (salezjaninem, teologiem, muzykiem, psychologiem, pilotem), jednym z najwybitniejszych przedstawicieli latynoamerykańskiego episkopatu. Od dawna przyjacielem (ale z pewnością nie klakierem) obecnego papieża, powołanym przez niego do koordynowania prac rady przybocznej papieża, tzw. grupy K9. Było to za czasów Benedykta XVI. Na moje sugestie, że chyba czas na odeuropeizowanie i odbiurokratyzowanie Watykanu, kardynał reagował śmiechem i pytaniem, czy naprawdę chciałbym widzieć jego odciętą głowę płynącą Tybrem.

Dziś, w książce „Solo il Vangelo è rivoluzionario” (Tylko Ewangelia jest rewolucyjna) mówi wprost o bałaganie, korupcji, dworsko-korporacyjnej mentalności, które przeżerały Kurię Rzymską od czasów po śmierci Pawła VI, przez erę Jana Pawła II, charyzmatycznego przywódcy, który nie miał serca do nadzorowania biurokracji, a kulminację osiągnęły za Benedykta XVI, który widząc, że nie jest w stanie wygrać z perfekcyjnie zorganizowaną grupą karierowiczów, krętaczy i lizusów, ostatecznie dał im mata (koniec pontyfikatu to automatyczna dymisja wyższych watykańskich urzędników). Kard. Maradiaga, porównując dwa ostatnie konklawe, w których uczestniczył, podaje ciekawą myśl, wskazując jeszcze jeden powód, dla którego rewolucyjny wybór kard. Bergoglia na papieża był możliwy (jak twierdzą jego biografowie, również po śmierci Jana Pawła II „był w grze”, w jednym z ostatnich głosowań miał zdobyć 40 głosów): na drugim konklawe nie było podniosło-nostalgicznej atmosfery żałoby po zmarłym papieżu. Kardynałowie wiedzieli, że te wybory nie mogą być kolejnym misterium kreowania kontynuacji, że tu potrzebna jest rewolucja, bo nie można wyobrazić sobie głębszego kryzysu rzymskiej instytucji niż ten, który de facto skłania następcę Piotra do rezygnacji. Wiedzieli, że muszą wybrać nie tyle kolejnego patriarchę rodu, co reformatora.

I wybrali. Papieża zupełnie „innego sortu”, z drugiej półkuli, kultury, teologicznej metody, pastoralnego stylu. W obiegowej refleksji wybrane przezeń imię kojarzy się z ubóstwem i prostotą świętego z Asyżu, zbyt rzadko pamiętając, że przecież miał on też usłyszeć w objawieniu słowa Boga: „Franciszku, idź odbuduj mój Kościół, bo popada w ruinę!”, i to był początek jego nowej drogi. Kard. Maradiaga, znający Jorgego Bergoglia od lat, mówi, że widzi, iż dla jego przyjaciela wybór na papieża też był nowym początkiem. Że nigdy nie widział go tak otwartym, radosnym, czułym – kościelny lider, apostoł ubogich, asceta, na Watykanie zamienił się w ojca.

I wciąż nie mogę się nadziwić, jak wielu szczerze go tu za to nienawidzi. Jak pełne czystego jadu rzeczy potrafią mówić o papieżu (ale i o jego jałmużniku). Jak walczą o te swoje barwne szatki, o to, by podczas Eucharystii stanąć wyżej, przekonani, że „są z zawodu dyrektorem”. Papież Franciszek bije ich po najczulszym miejscu każdego karierowicza – po ambicji, ma alergię na kościelne „książątka”. Niektórzy mają tyle odwagi, by przeciwstawić się otwarcie (jak kardynał Burke, którego kard. Maradiaga nie oszczędza, mówiąc o nim jako o kimś, „kto pragnął władzy, ale ją stracił”). Większość robi to, co tacy ludzie robią zawsze: obtaczają gładkie słowa w cukrze kościelnych zachwytów, i wiją się w pokornych ukłonach, a za plecami tworzą koterie, plotkują, nakręcają obstrukcję, biorą na przeczekanie i tego „tymczasowego” papieża, i jego jałmużnika, który każdym swoim gestem i słowem wywołuje wyrzut sumienia (i chęć do działania) u tysięcy ludzi, mnie z tego grona na sekundę nie wyłączając.

Ja naprawdę doskonale rozumiem tych, którzy mają ochotę rzucić Kościół, patrząc na watykańskie bagienko. Albo – u nas – na odrażające polityczno-majątkowe gry toczone przez medialnego demiurga polskiej sceny, ojca Tadeusza Rydzyka, przy kompletnej bezradności polskiego Episkopatu. Ja też mam odruch wymiotny po każdej kolejnej próbie wciskania ludziom tych wierutnych bzdur, że „partia z Kościołem, Kościół z partią”, i że nie tylko papież, ale i pewnie sam Jezus autoryzuje z nieba wszystkie jej poczynania. Myślę też jednak, że jest nas w tym Kościele – i księży, i świeckich – dość, i dostatecznie dużo każdy z nas w nim przeżył, by nie dopuścić do tego, by ci ludzie zabrali nam radość Ewangelii. Niech sobie, jawnie i za plecami, plują na Franciszka, niech „przytulają” w zamian za propagandę robioną władzy kolejne dziesiątki państwowych milionów i przeżywają młodzieńcze ekstazy u boku ministrów – my jutro i pojutrze mamy swoje święto. W sercu Kościoła powszechnego staną dwaj łodzianie (jeden z urodzenia, drugi z nominacji), którzy – gdyby byli jedynymi członkami tego Kościoła – to już byłby wystarczający powód, by w tym Kościele z nimi zostać. By za nimi iść, bo ci nie znają innego kierunku, nie mają innej ambicji, innego hobby niż Jezus. ©

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

FOT. GRAŻYNA MAKARA
Polski dziennikarz, publicysta, pisarz, dwukrotny laureat nagrody Grand Press. Po raz pierwszy w 2006 roku w kategorii wywiad i w 2007 w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne. Na koncie...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

to dobitny i klarowny opis Watykanu jako miejsca największego zepsucia i zgorszenia w kościele katolickim - paradoksalnie pośrednio potwierdzenie od dawna funkcjonującej w powszechnym obiegu tezy, iż stolica Piotrowa to de facto stolica Belzebuba - i tu nie trzeba filozofa, by pojąć o co chodzi +++ p.s. a święto "swoje" czy "nasze" - z całym szacunkiem dla Autora, to taki sam humbug jak "my" albo "nasi wygrali mecz"

czy nie jesteś w stanie?

pozwolę sobie Sz. Pana zapytać?

Rybę Kościoła 500 lat temu dotknęła choroba mafijnego partykularyzmu, wychodzącego z nieprzeobrażonej łaską Boga natury człowieka, który jest pasożytem. Właśnie wtedy (w tzw. renesansie), powrócono do tej surowej, pogańskiej natury w imię hasła: "nic co ludzkie, nie jest mi obce". A w ten renesans neopogaństwa zostało także wciągnięte papiestwo wraz z "przywilejami danymi od Boga". Pasożytnicze naturszczykostwo przetrwało wśród rzesz hierarchów, pomimo wstrząsu Reformacji i korekt Soboru Trydenckiego, praktycznie do II Soboru Watykańskiego, przywdziewając konfekcję "tradycji". Jest to jednak tradycja grzechu i odrzucenia samego Chrystusa w istocie ofiary "pełnej i czystej". No i się zjawił papież, co nie chce demonstrować władzy w odwołaniu się do "tradycji" i daje celne diagnozy ukrytego robaka pasożytniczej natury-także wielu kościelnych hierarchów. I nawołuje do prawdziwej ofiarności-takiej która boli. Ale dla świętości "z depozytu", to takie wezwanie nie jest za bardzo w smak, a to zniesmaczenie przekłada się na oskarżanie miłosierdzia i ofiarności o bluźnierstwa. Oby tylko jakiś rzymski prefekt nie dał się wciągnąć w tą kontrowersję między Sanhedrynem z Nazarejczykiem. Bo przerwie proces zdrowienia Ryby, który się zaczął właśnie od głowy...

29 września 2015 roku ks. Krzysztof Charamsa opisał zło dokonywane przez ks. Dariusza Oko podczas "nauczania" w kwestiach ludzkiej seksualności. Kilka dni później dokonał tzw. coming out-u (po polsku "wyjścia z szafy") przyznając się do swojego homoseksualizmu. W swym wystąpieniu, (jak również wydanej w 2016 roku książce "Kamień węgielny. Mój bunt przeciw hipokryzji Kościoła") ks. Charamsa przedstawił kulisy swojej pracy w watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary. Obraz jaki wyłonił się z tych rozważań jest wstrząsający: korupcja, lizusostwo, zakłamanie, pogarda i wyniszczanie słabszych - pod płaszczykiem pobożności. Akcent rozważań ks. Charamsy tylko połowicznie dotyczył seksualności (dla niego sprawy najbardziej intymnej i osobistej) - istotniejszy był "szerszy kontekst" - to jak naprawdę wygląda instytucjonalny kościół. Za swoje wystąpienie ks. Charamsa został usunięty z pełnionych funkcji pedagogicznych i naukowych oraz nałożono na niego karę zakazu wykonywania czynności kapłańskich. 4.10.2015 "Tygodnik Powszechny" na kolanach dołączył do grona oszczerców (<< złamał wiążące go w Kościele śluby i ponosi tego oczywiste konsekwencje>>, <<styl (...) oceniamy negatywnie>>, <<dopuścił się manipulacji>>). Dzisiaj red. Hołownia porusza ten sam temat (pominąwszy jedynie wątek homoseksualizmu). „Tygodnik Powszechny” ma zatem okazję by powtórnie „odszczekać” wszystko c o zostało napisane a Redaktora z hukiem wyrzucić. Sądzę, że tak się jednak nie stanie: po pierwsze red. Hołownia pisze nie w swoim imieniu (jedynie cytuje jakiegoś biskupa z Hondurasu), po drugie nie dotyka kwestii seksualnej, na temat której kościół instytucjonalny jest ultra przewrażliwiony, a po trzecie kościół polski przez ostatnie 2 lata „urósł w siłę” i nie będzie przejmował się jakimś „redaktorzyną” z „Żydownika Powszechnego”. Członków Episkopatu nie znam zbyt dobrze. O abp Krajewskim nie słyszałem, biskup Ryś jak wiem został wysłany do Łodzi. Łódź kojarzy mi się z trzema rzeczami: lewicowo-robotniczą przeszłością, silnym Ruchem Odnowy w Duchu Świętym i prężnym w latach 80-tych i 90-tych ruchem naturystycznym. Wnioskuję z tego, że jest to miasto otwarte, nastawione na wolność, czyli stanowi podatny grunt do ewangelizacji. Jest mi tylko podwójnie przykro (podwójnie bo pochodzę z Krakowa), że „zbożne” dzieło cofania na pogaństwo pobożnego ludu małopolskiego po abp Dziwiszu utrwala bez przeszkód abp Jędraszewski. Mam jeszcze jeden smutek, na co zwrócił (zwróciła ?) uwagę eddiepolo: w artykule Pana Hołowni czuć troszkę takie „potulne skulenie uszu po sobie”: <<mamy swoje święto>>, <<jest nas w Kościele dość dużo>>, <<to już byłby wystarczający powód, by w tym Kościele z nimi zostać!>>. Na wszelki wypadek – jeśli ktoś tam na górze rozzłoszczony huknie „co Wy tam Hołownia wyprawiacie!” można będzie powiedzieć: „To nieporozumienie! To nasz Kościół, nasi biskupi ! Alleluja (i do przodu)”.

Bardzo ciekawy felieton. W dalszej kolejności oczekiwałbym na opis wpływu opisanego przez Autora, bagna, na działania, układy, układziki, koterie , koteryjki w Polskim Episkopacie. Bo dryf Polskiego kościoła w kierunku kościoła partyjnego, zblatowanego z jedną, wiadomą partią jest faktem bezspornym. Poza tym ciekawy jestem układu i parasola rozpiętego nad arcywielebnym Peatzem. kto nadal chroni tego faceta i pozwala mu żyć w tak dogodnych warunkach? Zresztą pytań jest zdecydowanie więcej, Pewno i 120 felietonów nie wystarczyłoby na opis tego bagienka. Pewne jest jedno. Franciszek nie dotrze do niego.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]