Literatura, która dąży do neutralnej poprawności, a jej bohaterowie mówią językiem poradników, staje się płaska

Za sprawą popularności poradników i edukatorów internetowych w autobusie czy na ulicy można czasem zasłyszeć, jak ktoś w zwyczajne zdanie wtrąca „on ma nieprzepracowaną traumę” albo „wydzieliła mi się dopamina”.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

„Eksponowane zdjęcia są dobre, ale wpisy do księgi jeszcze lepsze” (19.IX.77, podpis nieczytelny), „KTO POZWOLIŁ FOTOGRAFOWAĆ MOJĄ I KIEDY ŻONĘ – J.S.”, „Ładna dziś pogoda. A tak w ogóle to fajnie. Delegacja TME Kąty”... To kilka wpisów z księgi gości towarzyszącej głośnej niegdyś w Krakowie wystawie „Venus”, które w swoich „Nikiformach” zebrał Edward Redliński. Niedawna wiadomość o śmierci tego pisarza sprawiła, że przypomniałam sobie o tym zbiorze słownego drobiazgu, który można chyba nazwać literaturą z przypadku. 

Skargi konsumentów, katalog epitafiów, zgłoszenia patentowe, dość wstrząsające wypisy z pamiętnika kobiety, która dokumentowała intymne spotkania z kochankiem oraz spożyte z nim przekąski. Uderza jawność adresów i nazwisk, wówczas standard, lecz i tak za każdym razem jestem tym nieco zszokowana (warto byłoby opisać, co w powszechnym obyczaju zmieniło RODO). Redliński zgromadził tekstowe „obiekty znalezione”, które – jak wyjaśniał – działały jak antidotum na „nieznośną literackość literatury”, jej nieprzystawalność do żywej mowy z jej nieoczekiwanymi woltami, omyłkowością, niespójnością.

Czasami obserwuję powtórkę z rozrywki. Istnieje pokaźny zasób popularnej i docenianej literatury, która – być może przez ambicje wyjaśniania świata albo przekonanie o konieczności kształtowania właściwych postaw – dąży do neutralnej poprawności, przezroczystości stylu, przez co staje się płaska, a scenom i wypowiedziom towarzyszą rozbudowane didaskalia. To sprawia, że nie tylko bohaterowie, ale i narrator zaczyna mówić językiem vlogów z YouTube, poradników czy niestety uproszczonych, rozwodnionych nauk społecznych. I nie jest to najwyraźniej zabieg celowy, lecz po prostu nowy język podstawowy. W prozie – mimo dobrych zamiarów – rezultatem bywa niestety letnia kaszka z mleczkiem, teksty podobne do siebie i podobnie umiarkowane.

Oczywiście, nie można uznać, że zupełnie nikt tak nie mówi na żywo. To, co literaturę czyni nudną od nadmiaru kawy na ławę, w zwyczajnej mowie zaskakuje niedopasowaniem. I tak za sprawą popularności poradników i edukatorów internetowych w potocznych rozmowach w autobusie czy na ulicy można czasem zasłyszeć, jak ktoś w zwyczajne zdanie wtrąca „on ma nieprzepracowaną traumę” albo „wydzieliła mi się dopamina”. To nieco przypomina częste w czasach Redlińskiego próby pisania językiem urzędowym, sztucznym z zasady. 

W rękach niewprawionych w tym fachu użytkowników owocowało to niespodziewaną poezją w rodzaju frazy „będąc konsumentem obiadu”. Internet wydaje się terenem dobrym dla początkujących obserwatorów przemian języka w użytku; nieraz zastanawiam się, jak to się dzieje, że archaiczne, wygrzebane z kuferka zwroty doczekują się tam niespodziewanej kariery (na przykład „przeorać” albo „piewca”; na żywo nikt tak nie mówi, zaś w internecie – owszem). To jednak pułapka, nie wiemy bowiem, jak dużą część ruchu w sieci generują dzisiaj konta fikcyjne, czyli takie, które niewątpliwie warto badać, ale trudno posądzać o posługiwanie się mową żywą. Wiele internetowych „nikiform”, którymi bulgotała jeszcze niedawno sieć – copypasty, gafy, popisowe błędy, mimowolne bon moty – znów tonie dzisiaj w płaskim tekście maszynowym, pisanym pod łaskawość algorytmów.

Do Edwarda Redlińskiego warto wracać nie tylko dla nauki czujności. W swoich powieściach rysował karykaturalną kreską, co nie musi trafiać do każdego, ale pokazuje coś ważnego. Roch Sulima w szkicu o „Konopielce” wytropił u tego pisarza zjawisko, na które warto się również uczulić obserwując rzeczywistość poza literaturą: wrogą teatralność relacji międzyludzkich, która prowadzi do tego, że ludzie zaczynają odgrywać najgorsze cudze wyobrażenia na własny temat. Ten wątek u Redlińskiego pojawia się nieraz, również i w takiej wersji, w której ktoś we własnej karykaturze znajduje upodobanie i zamienia ją w swoją zwyczajną twarz. Twarz ta zapewne może przybierać również kształt wygładzony i pozornie nieszkodliwy. To coś, z czego warto zdawać sobie sprawę, zwłaszcza dziś, gdy czasem uważamy, że panuje pełna swoboda wypowiedzi i każdy może wyrzucić z serca i wątroby to, co na nich leży – albo że wystarczy mówić ładnie, by stać się ładnym i od środka.  

Amatorski internet znika jak litery w oknie tej kawiarenki. // Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Konsument obiadu