Każdy z nas – jak tu ponuro siedzimy – przyzna, że polska polityka, polscy politycy, polska myśl polityczna to zestaw tworzący jedyny w swoim rodzaju segment. Łańcuch zdarzeń, dodajmy: niezmyślonych, składa się na obraz co najmniej anegdotyczny.
Zacznijmy od nadętego zapewnienia, że oto nie będziemy męczyć aresztem człowieka ściganego przez Międzynarodowy Trybunał Karny, choć równocześnie domagamy się wydania nam osobnika poszukiwanego przez Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa. Jest to – każdy przyzna – sytuacja paradoksalna. Dorzucić tu można kwestie ogólniejszą – małpi refleks w zmienianiu prawa pod wpływem jednostkowych zdarzeń, też kryminalnych. Mamy przestępstwo, mamy przestępcę, opinia publiczna się nadyma, media, patomedia i pseudomedia międlą, więc potrzebne są nowe paragrafy i pseudoparagrafy. Kary więzienia i konferencje prasowe na ten temat się wydłużają. Politycy się nasrażają i formują. Opinia publiczna zaraz potem zapomina. Wszyscy zapominają, aż do następnego, nośnego medialnie wydarzenia w tym guście.
Skoro już jesteśmy w sferze najszerzej pojętego widzenia prawa, warto dorzucić tu niewątpliwie skuteczną i udaną próbę przekonania co najmniej połowy obywateli RP, że wielu polityków poprzedniej władzy to męczennicy i bohaterowie walk o niepodległą ojczyznę. Nie zaś najzwyklejsi wałkarze i przestępcy, których czyny są opisane we wszystkich możliwych kodeksach. Już tylko te przykłady – z życia polskiej polityki, z jej sedna – wystarczą, by serio zastanowić się, po co nasze państwo utrzymuje bądź licencjonuje kierunki prawnicze na uniwersytetach. Po co kształcić prawników, skoro dowolny polityk o dowolnej umysłowości stanowi tu de facto prawo, reguluje na nowo kodeksy, wymyśla sobie paragrafy, które jego następcy – jak wiadomo – zlikwidują albo zaostrzą.
Idźmyż dalej, bo lista solidnych rozrywek jest długa. Należy na nią wpisać najświeższe refleksje lidera tutejszej skrajnej lewicy. Podjął on właśnie decyzję o starcie w najbliższych wyborach. Uzasadnienie nie było długie – spór Kaczyńskiego z Tuskiem jest wedle p. Zandberga „sporem o nic”, a jest to cytat. I to dlatego właśnie p. Zandberg ma zamiar zostać prezydentem Polski. Otóż niewątpliwie dla bardzo wielu ludzi, o poglądach choćby umiarkowanie lewicowych bądź takoż prawicowych, nie jest to wcale „spór o nic”, bowiem jest sporem o to, czym jest i ma być wolność. Wypada może dodać coś akuratnego, że ewentualny spór o to, czy p. Zandberg ma rację w jakiejkolwiek sprawie, jest właśnie znakomitym przykładem „sporu o nic”.
Z drugiej strony sceny dostaliśmy programowe wyznania p. Nawrockiego, który powiada, że jego „partia ma na imię Polska”. Podpowiadamy: jego partia ma inne imię, które brzmi Prawo i Sprawiedliwość, co doprawdy niesie wiele informacji i skojarzeń, ale na pewno nie kojarzy się z bezpartyjnością. Dodać wypada, że te wszystkie mądrości o obywatelskości i bezpartyjności kandydat PiS-u ogłasza podczas spotkań w siłowniach i na religijnych zlotach kibiców piłkarskich. A co robi inny kandydat, p. Trzaskowski? Nic nie robi i to też jest śmieszne. No więc samo w sobie jest to wszystko szalenie osłabiające, a gdy jeszcze na deser sobie uświadomimy, że i ustępujący prezydent, i co najmniej dwóch kandydatów do tego urzędu mają doktoraty, to człowiek ma ochotę iść natychmiast do lekarza.
Może dlatego, że jest piękna zima, odnosimy ostatnio wrażenie, że w Polsce trwa wielkie lepienie z obywateli jednego wielkiego bałwana, którym będzie się można pochwalić p. Trumpowi podczas sojuszniczej inwazji na Grenlandię.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















