Komunikat o błędzie

Aby zalogować się do tej strony, twoja przeglądarka musi akceptować cookies z domeny www.tygodnikpowszechny.pl.

Lech Janerka: nie musisz się zmuszać

Lech Janerka, muzyk: Nadchodzi moment, żeby się opamiętać, dać spokój z tym ciągłym pastwieniem się nad sobą. Pora, by pocieszyć się samym życiem.
[ zdjęcia ]
Czyta się kilka minut
Lech Janerka, lipiec 2024 r. // Fot. Grażyna Makara
Lech Janerka, lipiec 2024 r. // Fot. Grażyna Makara

Katarzyna Kubisiowska: Myślisz ciągle: ja muszę?

Lech Janerka: Już nie.

A kiedyś?

Autodoginka to moje drugie imię. Trzeba się doginać, bo entropia wciągnie mnie nosem i nie wiadomo, czy wykichnie...

Tak było w młodości?

W szkole średniej byłem odludkiem, bo dość szybko połapałem się, że grubo odstaję od rówieśników. Jestem przygłupiasty i mam słabą pamięć. W podstawówce jeszcze to do mnie nie docierało, bo zajmowałem się pływaniem i graniem w nogę. Moimi idolami byli Włodzimierz Lubański i Johan Cruyff. Rządził prosty mechanizm: trzymałem stronę tych, którzy wygrywali. W każdym razie mało u mnie było myślenia, zastanawiania się, refleksji. A ponieważ w moim rodzinnym domu nie rozmawiało się, więc kiedy znalazłem się w szkole średniej, nagle odkryłem, że istnieje coś takiego jak komunikacja: można bezkarnie rozmawiać, dyskutować, stawiać śmiałe tezy.

Stawiałeś?

W myślach. Raczej obserwowałem, milczałem i uważnie słuchałem. I zacząłem na sobie wymuszać budowanie porządku. Ponieważ miałem problemy z koncentracją – po chwili skupienia na czymkolwiek wszystko w głowie mi się rozmazywało, zbierałem się w sobie, napinałem, by sprawy ogarnąć. Jeżeli coś trwało dłużej niż ułamki sekund, zamieniało się w bełkot i umykało. Robiłem więc lapidarne notatki. Co zresztą weszło mi w nawyk. Pokochałem autorygor i dobrze się z tym czułem.

Lech Janerka, lipiec 2024 r. // Fot. Grażyna Makara

Istniało coś, do czego się nie zmuszałeś?

Czytanie. Lecz i to robiłem dziwnie. Podążałem za wątkiem i jednocześnie snułem obok swój własny. I tak funkcjonuję do dzisiaj: czy czytam powieść, czy słucham płyty, czy oglądam film, to jestem trochę w temacie, a trochę w refleksjach. Większość moich piosenek jest krzywym odbiciem lektur muzycznych.

Przykład?

Większość piosenek z płyty Klausa Mitffocha ma swoje odpowiedniki na płytach The Beatles, co brzmi niewiarygodnie, ale jest faktem. Trochę inaczej miała się sprawa z tekstami. Znudziły mi się opasłe tomiska, których nie pamiętałem, choć rzetelnie się w nie wczytywałem. Zacząłem szukać twórców lapidarnych. Ktoś mi powiedział: „Skoro lubisz krótko, no to bierz się za Borgesa”. I jak wpadłem w jego świat, to doznałem niesamowitości. U niego nie było tych imaginacji i odlotów charakterystycznych dla literatury iberoamerykańskiej, za to pojawiały się popisy erudycyjne, w dużym stopniu bazujące na kulturze uniwersalnej. On świetnie żonglował sensami. Np. rozbawił mnie zwrotem: „jeździectwo protestanckie”, co było jego odpowiedzią na pytanie, z czym mu się kojarzy termin literatura zaangażowana.

Dobrze, a same oczekiwania rodziców?

Po skończonej podstawówce mówili, że powinienem iść do szkoły zawodowej. Rodzice pochodzili ze wsi, po wojnie z wielkim trudem budowali swoją rzeczywistość, startowali praktycznie od zera. Mama była house wife. A ojciec, co ciekawe, kiedy ja szedłem do szkoły podstawowej, w tym samym roku rozpoczął studia techniczne. Został inżynierem nowatorem. Miał furę patentów, m.in. komutator silnika elektrycznego, który pozwalał oszczędzać miedź. Japończycy chcieli ojca kupić, dla niego jednak nie wchodził w rachubę wyjazd z Polski. W finale został dyrektorem fabryki, w której zaczynał jako kreślarz. Tytan pracy. I człowiek kompletnie bez polotu humanistycznego.

W każdym razie rodzice chcieli, bym miał fach w ręku, najlepiej gdybym został mechanikiem samochodowym. A ja chciałem być kosmonautą lub piłkarzem. Albo poetą. Takim wysportowanym Sofoklesem.

Wysportowany Sofokles był dla nich problemem?

Kiedy rodzicom oznajmiłem, że chcę iść do liceum, to oni na to: „Powodzenia, ale od tego momentu nas twoje losy edukacyjne przestają interesować, skoro naszą sugestię masz za nic. Ponoś konsekwencje swojego wyboru. Damy ci dach nad głową i nakarmimy cię. Ale nie licz, że będziemy chodzić na wywiadówki, interesować się itd. Radź sobie. Powodzenia. I tak pewnie do liceum nie zdasz”.

Żadnego wsparcia?

Na egzaminie z polskiego napisałem krótkie opowiadanko w duchu Lema i Asimowa. I miałem niebywałe szczęście, bo trafiłem na świetnego polonistę. Wsłuchiwałem się, co gość opowiada. On nas popychał w różne strony – czytajcie nie tylko lektury szkolne, oglądajcie nie tylko filmy w telewizji, słuchajcie muzyki nie tylko w radiu. To było zgodne z moim kursem. Mówiłem mu: „Nie rozumiem”. On na to: „To się napnij, wysil”.  Myślę: „Mój człowiek. Pojawiła się szansa na modyfikacje”. Nie byłem i nie jestem swoim fanem.

Bo?

Nie osiągałem tego, co chciałem. Np. wstydziłem się próbować mówić w obcym języku, gdyż nie byłem w stanie komunikować się na nieżenującym poziomie. Grubo po trzydziestce poleciałem do Stanów, gdzie spotkałem ultra bogatego Niemca, który też słabo mówił po angielsku. Przy piwie wspólnie zaczęliśmy coś dukać. Okazało się, że znam nie wiadomo ile wyrazów angielskich. Gramatyką żaden z nas się nie przejmował. Wtedy zrozumiałem, że język nie służy tylko do budowania hierarchii, ale do łączenia ludzi. To trwałe przekonanie.

Baza?

Tylko do pewnego momentu rządził moim życiem czasownik „muszę”.  Nagle zaczęło robić się samo.

Pierwszym przebłyskiem takiej swobody były grafiki, które zacząłem tworzyć w liceum. Ni z gruchy, ni z pietruchy! Według pani plastyczki „miałem kreskę”. Dotarło do mnie, że tymi właśnie kreskami można tworzyć światy. I wcale nie muszę czegoś odgapiać, wręcz przeciwnie: mogę kreować. Pani plastyczka doceniła ten zapał i w szkolnym korytarzu zorganizowała wystawę moich rysunków. Ale już na ASP nie dostałem się. Nie dopełniłem obowiązkowej „teczki”. Mimo zaproszenia jednego z profesorów, by przechodzić jako wolny słuchacz, zakończyłem moje rojenia plastyczne. Wziąłem się za granie.

Czyli na gitarze?

Zacząłem brzdąkać w drugiej klasie. Szło ciężko, jestem słabo muzykalny. Niestety interwały słyszę piąte przez dziesiąte. Ale słysząc harmonię, zaraz mi się chce dorabiać melodię. Nauczyłem się pierwszych kilku akordów. Dużo brzdąkałem na bandżolce, wierząc, że może istnieje coś poza myśleniem: taka iskra intuicyjna, która się pojawi, kiedy będę ćwiczył ciągle i ciągle.

Kiedy się pojawiła?

No nie pojawiła się. Ale ciągle o nią walczę. Miliony powtórzeń. Frustrujące. Kiedy założyłem Klausa Mitffocha w 1979 roku, to sam się zwalniałem z zespołu co trzeci dzień, bo Klausowicze potrafili grać, a ja nie. Byłem muzycznym bęcwałem. Uważałem, że skoro fajnie mi się nutę śpiewa, to mogę ją ciągnąć w nieskończoność. A chłopaki z zespołu stopowali mnie: „Ej, słuchaj, jak sam to robisz, to wszystko jest perfekto. Ale kiedy mamy grać razem, to obowiązują rygory muzyczne: frazy, zdania, takty i tak dalej. Dobra?”. 

Nie wiedziałem, o czym oni mówią, ale wstydziłem się dopytać. Dlatego z koncertowaniem do dziś mam problem.

Po niemal 50 latach grania?!

Kiedy zaczynałem, myślałem, że za dwa, trzy lata pęknie bariera nieuctwa i będę czuł się jak przysłowiowa ryba w przysłowiowej wodzie. Występy są dla mnie stresujące. Zazdroszczę uprzywilejowanym muzykalności, dla nich koncerty to fajna zabawa.

Nie była?

Musiałem zbierać siły, by pilnować wszystkich rytmów i intonacji. Początkowo fałszowałem jak kot, wygrywałem bzdury. W końcu ktoś z zespołu rzucił: „Może byś pośpiewał na próbie?”. Uznałem to za słaby pomysł. Zbroić się na ludzi? No słabe! Ale ten ktoś postawił przede mną mikrofon, wymógł próbę, a ja się zorientowałem, że potem łatwiej idą koncerty. Być może powinienem to zacząć robić kilkadziesiąt lat temu.

Na koncertach symuluję pewne zachowania, które powodują, że ludzie myślą: „O, muzyk”. Nie śmiej się, mówię serio. Czasami pojawia się refleksja, myślę: „Chłopie, gdybyś tyle czasu co graniu poświęcił polityce, to byś był prezydentem Stanów Zjednoczonych”.

Tego by tylko brakowało.

Ale byłem kreatywny, miałem śmiałe pomysły. Lecz musiałem je redukować do rzeczy, które jestem w stanie wykonać. Na szczęście wszedłem w taką działkę, gdzie pewna doza prymitywizmu jest premiowana. Bo grać zaczynałem w czasie, kiedy akurat zrobiła się moda na muzykę punkową. Aczkolwiek punk muzycznie mnie nie interesował.

To czemu z tym się kojarzysz?

Podobała mi się emocja, którą punk niósł i która był nadrzędna. A jeżeli chodzi o muzyczną stronę, to jako fan Beatlesów uważam, że punk, w porównaniu z ich bogactwem pomysłów, był i prymitywny, i smętny. Więc muzycznie to nie robiło na mnie wrażenia.

Jednocześnie właśnie w latach 80. nikt nie oczekiwał od muzyka nie wiadomo jakiej finezji i cymesów. Ludzie chcieli słuchać, że ktoś stawia sprawy prosto i drastycznie. Nie wiem, czego chcę, ale wiem, jak to zrobić! Taki mieli przekaz i dobrze mi się to kojarzyło z chaosem, którym sam w tamtym czasie byłem. Nie stawiałem na porządek. No, może trochę...

Zdjęcie XL
Podpis zdjęcia
Koncert Lecha Janerki, na pierwszym planie z wilonczelą Bożena Janerka. Wroclaw, październik .2016 r. // Fot. Bart Kudowicz / Forum

Klaus Mitffoch stawiał. I teksty sprzed czterdziestu lat nie tracą na aktualności. Choćby „Ogniowe strzelby”, „Strzeż się tych miejsc”, „Ewolucja, rewolucja i ja”. 

A w telewizji do zerzygania puszczano: „Jezu, jak się cieszę”, które stało się hitem. Zatrudniony wtedy byłem w urzędzie wojewódzkim, gdzie zajmowałem się fotografią przemysłową. Kiedy jechałem na koncert, musiałem brać urlop. A pewnego dnia pani z kadr mówi: „W telewizji podobny do pana facet śpiewa »Jezu«, straszny debil”.

Z urzędu wojewódzkiego zwolniłem się przed nagraniem płyty Klausa Mitffocha. A po ukończeniu nagrań, żegnając się z realizatorem płyty, Włodkiem Kowalczykiem, upewniałem się, czy na pewno powinienem dalej grać. On: „Chłopie, oczywiście. Działaj”. A ja już miałem rodzinę: Bożenę i dwie córki. Rachunki trzeba było płacić, dzieci jeść wołały... Happening pod tytułem Klaus M. w bólach zamieniał się w profesję, która nie przynosiła pieniądza.

Ale przyniosła popularność. W Kabarecie Olgi Lipińskiej, który wówczas oglądali wszyscy, w jednym odcinków padła nazwa Klausa Mitffocha z komentarzem, że młodzi teraz tego słuchają. I się zaczęło.

Zrobić jedną dobrą płytę to żadna sztuka. Każdy to potrafi, kto poprzyglądał się światu i sobie, a cechuje go pewna doza oryginalności.

Nieprawda.

Może do końca nieprawda, ale fajnie to brzmi i w to wierzę. Natomiast na pewno wyzwaniem jest płyta kolejna, co najmniej równie dobra jak pierwsza, a miło, by była lepsza. Tu zaczyna się praca. Beatlesi nagrali pierwszą płytę świetną, drugą i trzecią jeszcze lepszą. Przeżyłem szok – a byłem już dojrzałym facetem – kiedy dowiedziałem się, że w jednym roku nagrali dwa fantastyczne albumy: „Sierżanta Pieprza” i „Magical Mystery Tour”. Nie do wiary! Beatlesi w ’63 wypuścili pierwszy singiel, a w ’69 ostatnie nagranie. I co? Wystarczy?

Jednak mogliby dłużej pograć.

Rozpaczałem po rozpadzie Beatlesów, bo współtworzyli mój migotliwy i mozaikowy świat. Wtedy moja mama powiedziała: „Nie histeruj, wszystko ma swój koniec. Tylko Bóg nie ma początku ani końca”.

Pomogło?

Pomagały ich piosenki, dopingując mnie do tego, by się przynajmniej kompozycyjnie rozwijać. Ogromne wrażenie robiły na mnie nieoczekiwane pomysły aranżacyjne i lekkość wykonania. Ich głosy kipiały wolnością, a tego mi brakowało.

Beatlesi nagrali trzynaście płyt. Klaus Mitffoch – jedną. Po czym został rozwiązany.

Zespół szlag trafił, bo nie wytrzymaliśmy presji pracy i popularności. Po nagraniu płyty chłopcy mówią: „To teraz robimy wakacje?”. Ja: „Jakie wakacje?”. Oni: „No, sukces był, płyta jest, trzeba odpocząć”. Ja: „Od czego wy chcecie odpoczywać? Mamy rozgrzebany kolejny materiał, róbmy go. Jeśli na koncercie nie zagramy nowego numeru, to znaczy, że utrzymywanie tego zespołu jest poronionym pomysłem. Napierajmy!”. Oni: „Nie, my tego nie zagramy”. Ja: „10 minut macie, idę zapalić, przemyślcie”. Wracam i słyszę: „Nie, nie zagramy”. Ja: „No to do widzenia”. No i zespół skończył się, choć tam grali świetni goście. A ja z rozpędu nagrałem solową „Historię podwodną” .

Naprawdę z rozpędu?

Część piosenek graliśmy już z Klausem.

Kiedy przestaliśmy koncertować, skończyły się pieniądze. Brakowało na życie. Ktoś mówi: „Jak to nie masz kasy? Idź do Zaiksu, zgłoś się jako autor tekstów i kompozytor". W ten sposób dowiedziałem się o istnieniu ZAiKS-u. Tyle że w ZAiKS-ie trzeba było dać jakąś podkładkę. Teksty piosenek były gotowe, ale nie było zapisu melodii. Od teściowej, która uczyła w szkole muzycznej, pożyczyłem podręcznik, przestudiowałem i zapełniłem papier nutowy. O dziwo, przyjęli. Zadzwoniłem do ZAiKS-u, a pani pyta: „Przesłać?”. Ja: „Nie, niech urośnie”, bo akurat rząd coś majdrował z denominacją i byłem tym skołowany. Pani: „Jak pan chce”. Po miesiącu zadzwoniłem jeszcze raz i okazało się, że jest tam mała fortuna. „Przesłać?” „Poproszę”. „No myślę” – zaśmiała się pani z rozliczeń. Po jakimś czasie okazało się, że jest dość kasy na to, by dalej pracować i nagrać „Historię podwodną”.

Z poruszającą antykołysanką: „Ta zabawa nie jest dla dziewczynek”.

Na tej płycie namówiłem moją Bożenę, by grała na wiolonczeli, bo gitara mi się znudziła. Poza tym mogliśmy próby w domu robić. I tak pracujemy do teraz, Bożena jest obecna na każdej mojej płycie. Zaczęła się praca nad nowym materiałem, świadomość tego, że to już było, to już zrobiłem, tutaj nieciekawie, coś tam, trzeba ruszyć. W 1988 r. Bożena urwała ścięgno w palcu, rekonwalescencja miała trwać pół roku, o koncertach nie było mowy. Poleciałem więc do Nowego Jorku, do mieszkającego tam brata. Pomyślałem, że zarobię na wymarzony bas, kupię sampler i po powrocie do kraju dokończę płytę. Pierwsze dwa miesiące chodziłem po muzeach i byłem najbardziej opalonym zawodnikiem na Manhattanie, bo cały czas na słońcu i w East River. Potem pracowałem w Apple Studio przy Times Square, pomagałem w organizacji talk show Geraldo Riviera Show. Tam poznałem ludzi, którzy pytali: „Czym się zajmujesz w Polsce?”. Ja na to, że jestem gwiazdą rocka. Oni: „Dawaj nagrania”.

Czyli z pucybuta?

Spokojnie. Miałem kasety, posłuchali. Pokazali w jakiejś wytwórni, w której macherzy powiedzieli: „Słuchaj, Michaela Jacksona z ciebie nie zrobimy, ale taką muzykę możesz grać na kampusach uniwersyteckich”. Pomyślałem, że może tak trzeba. Tylko z zespołem miałem kłopot. Gitarzysta, co prawda, przyleciał do Stanów, ale powiedział, że granie jednak ma w dupie, perkusista poszedł w dragi, Bożena miała niesprawną rękę. No i wróciłem do Polski. Z tym nowym samplerem, który bardzo długo uczyłem się obsługiwać, prawdę powiedziawszy on mnie prawie wykończył. Ale nagraliśmy kolejną płytę, „Ur”. Za swoje pieniądze. Nie było ich dużo. By opłacić sesję, musiałem sprzedać telewizor. A potem zaczęły się okresy, że przestałem się śpieszyć.

Dlaczego? 

Miałem pieniądze, a nie miałem materiału. Lub materiał był zbyt lichy. Nie wolno takich rzeczy wydawać.

Są muzycy, którzy takie rzeczy wydają bez zmrużenia oka.

Jeżeli coś nie dorasta do mojego poziomu akceptacji, to nie ma sensu tego pokazywać. Miałem w repertuarze dwie piosenki, które zagrałem parę razy i dopiero na koncercie do mnie dochodziło, że to jest nic, że nie mam przekonania, by te utwory wykonywać. W rezultacie wypadały z repertuaru. Ale też pojawił się lekki uraz, bo zawsze się udawało. Jakiś czas nie grałem. Musiałem ponownie zebrać się w sobie i pilnować się, by to się nie powtórzyło.

Ale tak od razu nie grać?

Nie ma obowiązku grania. Ja takiej presji nie czuję. Muzyka jest bezpośrednią transmisją emocji. Kiedy człowiek jest młody, to cały jest jedną wielką emocją. Potem następuje jej sukcesywne wytracanie. Wiesz, mam 71 lat.

I co z emocjami?

Po koncercie dwa dni szczęścia, że jest dobrze przyjęty i nie pogubiłem frazy. Dalej następuje lekka zapaść, wychodzą napięcia i stresy, przecież taki występ to wydatek energetyczny. W końcu lekki marazm i otępianie się Netfliksem. Entropia nie śpi.

A samo pisanie piosenek?

Najpierw powstaje muzyka, to takie radosne pląsanie. Akumulatory ładuję, wisząc w przestrzeni i wsłuchując się  w dziwne rzeczy. Musi być impuls z kosmosu. Bam... I jest. Trzeba dopisać do tego tekst. Z sensem, o czymś. Parę książek przeczytałem, więc nie powinien być od nich gorszy.

I tę 18-letnią pauzę między wydaniem „Plagiatów” a „Gipsowym odlewem falsyfikatu” poświęciłeś na ładowanie akumulatorów, by móc pisać piosenki?

Muzyka do „Gipsowego odlewu falsyfikatu” powstała szybko, a teksty nie powstawały... Powiedziałem sobie: skoro zawsze się same robiły, no to pewnie się zrobią. I tak sobie wisiałem. Kiedyś wyszedłem przed dom, by zapalić, i od razu napisałem tekst do „Lewituj”.  Melancholia, spokój, konsekwencje przemijania. I jest też o nowym miejscu, w którym zamieszkaliśmy z Bożeną parę lat temu.

W tym nowym miejscu słychać pianie koguta.

A kogut ma kumpla dwa kilometry dalej. I kiedy przychodzi druga, trzecia w nocy, te dwa koguty próbują się porozumieć. Dość żałośnie to brzmi, jak dla mnie. Ale w ogóle to dominuje cisza.

To teraz kluczowe?

Zacząłem głuchnąć w starym mieszkaniu, które miało osiem pasów ulicy pod oknem. Dom betonowy, wszystko wpadało w rezonans. Mózg reaguje w taki sposób, że funduje sobie filtr, odcina nachalne częstotliwości. Kiedyś na próbie coś kręcę w swoim wzmacniaczu, sądzę, że nie działa, nie mogę ustawiać barwy dźwięków. Mówię do gitarzysty: „Słuchaj, wzmacniacz mi się zepsuł, w ogóle nie reaguje na equalizację”  A ten się śmieje: „Jak nie reaguje, skoro reaguje!”. Załamałem się zupełnie. W rezultacie przeprowadziliśmy się pod Wrocław. I powoli odzyskałem tę część pasma słuchu, którego pozbawił mnie highway.

„Gipsowy odlew falsyfikatu” otrzymał w tym roku pięć „Fryderyków”: w kategorii Album Roku Alternatywa, Kompozytor Roku, Autor Roku, Utwór Roku, Artysta Roku.

Przesadzili. Ale miło było. Nie paliłem się do wydania tej płyty, bo ją miksowałem i w pewnym momencie stało się tak, jak się dzieje, kiedy powtarzasz w kółko jedno słowo: zamienia się to w bełkot. Tak samo było z tą płytą: słuchałem jej i myślę, że nic to nie oznacza, bez treści, w ogóle dramat. „Falsyfikatu” by nie było, gdyby nie Bożena, która powiedziała: „Weź to oddaj, już jest dobrze”. Bardziej z poczucia obowiązku dokończyłem płytę. Nie liczyliśmy na nic. A zaczął się szum i spłynęły nagrody. Więc zaskoczenie...

No wiesz, jak człowiek ma 71 lat, to nie liczy już na to, że nagle wszyscy będą przychodzić, cmokać cię w uszko i mówić: ale jesteś super.

Drugi raz mówisz, że masz 71 lat. To coś zmienia?

Być może nadchodzi powoli moment, żeby się opamiętać, dać spokój z tym ciągłym pastwieniem się nad sobą i chwilę pocieszyć się życiem.

Jak?

Kiedyś przez chwilę, trochę przed sześćdziesiątką, mieszkaliśmy w górach i wtedy nauczyłem się jeździć na nartach.

Wtedy? Imponujące.

Lubię narty. Może nie zjazdowe, ale gigantowe, czyli trochę dłuższe niż slalomowe. Nieźle da się poszaleć. Refleks już nie ten, więc jeszcze samochodem coś tam koło przepisu, ale na nartach migiem.

Czyli samochodem ostrożniej?

Kiedyś graliśmy koncert w Londynie. Tam Bożena zobaczyła mini coopera. Spodobał jej się bardzo: „Kup mi mini, kup miiii!”. Sprawdziłem, czy futerały mieszczą się w bagażniku, okazało się, że wejdzie i wiolonczela, i gitara basowa. No i kupiłem zielonego coopera. Tyle że nie miałem prawa jazdy. Powiedziałem do Bożeny: „Jeśli nie zdam za pierwszym razem, to coopera postawimy pod blokiem i będziemy go sobie oglądać razem z sąsiadami”.

Rzeczywiście zdałeś za pierwszym razem?

I to też przed sześćdziesiątką. Mieliśmy plany: będziemy odwiedzać nasze dzieciaki w Anglii. W ogóle podróżować po Europie. Tyle że czasu nie starczało. Być może w tej chwili ostatnim akordem w tej naszej symfonii rock’n’rolla będą peregrynacje. Autko małe, więc zmieszczą się: Bożena, ja i karta kredytowa. Odpalamy na pohybel tej entropii.

Lech Janerka, lipiec 2024 r. // Fot. Grażyna Makara

LECH JANERKA (ur. 1953 we Wrocławiu) jest wokalistą, gitarzystą basowym, kompozytorem i autorem tekstów. W 1984 r. z zespołem Klaus Mitffoch wydał pierwszą płytę. Od roku 1986 nagrywa albumy solowe, m.in. „Historię podwodną”, „Ur”, „Bruhaha”, „Fiu, fiu”, „Plagiaty”. W 2023 r. ukazał się „Gipsowy odlew falsyfikatu”, uhonorowany pięcioma statuetkami Fryderyka. W 2015 r. otrzymał też Złotego Fryderyka za całokształt twórczości.

 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 33/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Moja mała fortuna