Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Laleczka się nie boi

Laleczka się nie boi

19.09.2017
Czyta się kilka minut
Jak to możliwe, że ginekolog od czterech lat nie odpowiedział jej na jedno pytanie: panie doktorze, czy będę mogła mieć dzieci?
MAGDA WOLNA
R

Regularnie, co trzy miesiące, Olga staje w kolejce i czeka, aż wywołają jej nazwisko. Potem patrzy na zegarek i wchodzi do gabinetu. Po wyjściu też sprawdza godzinę.

Każda wizyta trwa nie więcej niż 9 minut. I tak od czterech lat.

Teraz Olga wyobraża sobie, co mogłaby powiedzieć swojemu lekarzowi, gdyby wizyta była dłuższa.

O minutę

Panie doktorze, opowiem panu o pewnych odwiedzinach: tuż po drugim zabiegu przyszła do nas znajoma mojej matki. Wiedziała, że choruję. Spytała: „Gdybyś miała wybrać – życie twoje albo twojego dziecka, to które byś wybrała?”. Pomyślałam: „jakim prawem o to pytasz?”. Mam 23 lata, ty – 55. Ale teraz nie mogę przestać myśleć o tym pytaniu. Chcę wiedzieć: czy wirus może uaktywnić się w czasie ciąży? A jeśli wróci, to czy wróci z nim i rak?

O dwie minuty

Nigdy to pana szczególnie nie interesowało, ale musi pan wiedzieć: chcę być matką. Może się pan znów uśmiechnąć pod nosem, znów zbyć temat, znów udać, że nie jest ważny. Ale ja o dziecku marzyłam już jako dziewczynka. Będąc młodą dziewczyną, myślałam: może jeszcze nie teraz, ale niebawem. Niebawem na pewno. I wie pan, ktoś się pojawił. A wraz z nim wspólne plany. I troska przed operacją, i czułość przy każdej cytologii.

Sprawdziliśmy: i ja, i on go mamy. Wirus HPV. A ja się zastanawiam: zaraziłam?

Teraz mam 27 lat i się boję. Tak bardzo boję się zajść w ciążę, że wolałam go od siebie uwolnić. Uwolniłam.

Kiedy rozmawiam z innymi kobietami i mówię im, by się badały, by badali się ich partnerzy, czuję się jak stara ciotka, która przyjechała z niechcianym prezentem urodzinowym. I wciąż nie wiem, dlaczego wy – lekarze – o tym nie mówicie głośno? O czymś, co zmienia życie. Zmienia raz na zawsze.

O trzy minuty

Bo zaczyna się, proszę pana, niewinnie. I pan o tym doskonale wie. To była moja pierwsza tak bliska znajomość. Pół roku później – pierwsza cytologia w życiu.

Trafiłam do pana. Wtedy wiedziałam o panu niewiele, ale jedna informacja mnie cieszyła: znany lekarz pracujący na oddziale ginekologicznym jednego z najlepszych szpitali w mieście.

Coś panu, panie doktorze, przypomnę. Rozbieram się za parawanem, trzęsą mi się ręce. Tłumaczę: że nigdy wcześniej nie byłam u ginekologa-mężczyzny, że moja pani doktor jest na urlopie macierzyńskim, że stąd to całe zdenerwowanie. Siadam na fotelu. Czekam. Pan wstaje zza biurka, podchodzi, chwilę się przygląda, ale nie patrzy w oczy, i mówi: – O, rzeczywiście, nie spotkaliśmy się wcześniej.

A ja nie wychodzę. Tylko się uśmiecham. Jak pan sądzi, dlaczego?

O cztery minuty

Jest 2013 rok, mam 23 lata. Stoimy z mamą na przystanku tramwajowym. Chwila po 17, ludzie wracają z pracy. Dzwoni telefon, wyświetla się numer kliniki ginekologicznej. Uprzedzali: jeśli coś będzie nie tak, zadzwonimy wcześniej. Odbieram, poznaję głos pani z recepcji.

– Czy pani Olga?

– Tak.

– Proszę przyjść na wycinek.

Cisza, a ja myślę: wycinek, znaczy rak. Dopytuję, a pani na to, że mam złe wyniki z cytologii. Znowu cisza. I po chwili jej głos: – Nic więcej nie wiem, proszę pytać lekarza. Mogę panią od razu umówić…

Oddaję telefon mamie. Umawia. Płaczemy obie. Do tramwaju wchodzimy ostatnimi drzwiami, by nikt na nas przez chwilę nie patrzył. Proszę ją tylko o jedno: chodźmy na ten wycinek prywatnie. Idziemy następnego dnia. Koszt: 650 zł.

O pięć minut

Siedzimy w gabinecie z mamą. Lekarz pobierający wycinek konsekwentnie używa słowa „zmiana”. A ja konsekwentnie myślę: „rak”. Powie, że nie ma czasu, że są zmiany w komórkach, że kolejny etap to już komórki rakowe. I jeszcze liczby: 4 tys. zachorowań co roku (nigdy ich nie sprawdzę). Na koniec przestrogi: kobiety się zarażają wirusem, mężczyźni go roznoszą.

Trzeba wyciąć fragment szyjki macicy.

Nie powie najważniejszego. Ile muszą wyciąć.

Pan, panie doktorze, też na to pytanie nie odpowiedział. Więc może dla odmiany pan sobie teraz coś wyobrazi: idzie pan na operację, mają panu wyciąć fragment narządu odpowiedzialnego za to, czy będzie pan kiedyś ojcem, czy nie. Ma znaczenie to, ile wytną. Ale tego nikt panu nie powie.

O sześć minut

Jeśli chce pan wiedzieć, co mam w głowie, idąc do szpitala, to są to dwa zdania. Jedno mamy: „jest znanym lekarzem, będzie dobrze”. Drugie pana: „zajmę się panią”.

Pamiętam pielęgniarki, które się do nas nie odzywają. Obojętnych lekarzy. Pierwszy raz w życiu myślę, że śliskie słowo „znajomości” bywa przydatne.

Leżę na łóżku i zastanawiam się, ile razy tu jeszcze będę. Mówię mamie, że na pewno nie urodzę dziecka w tym szpitalu. W łazience nie ma światła, mydła ani papieru do rąk. Kobiety leżą jedna obok drugiej, wiele z nich jest w zaawansowanej ciąży. Niski sufit. Co drugie ledowe światło jest wyłączone.

Od kilku godzin nie mogę pić, zaczyna mnie boleć głowa. Ale w tej bolącej głowie jak refren są dwa zdania: „jest znanym lekarzem”, „zajmę się panią”, „jest znanym lekarzem”, „zajmę się panią”, „jest znanym lekarzem”, „zajmę się panią”.

Po kilku godzinach wzywają na pierwsze badanie. Stoję przed drzwiami. Na pewno kazali mi zdjąć wcześniej majtki. Idę sama, mama zostaje na korytarzu. Podczas badania co chwilę ktoś wchodzi i wychodzi. Kilku studentów stoi pod ścianą i obserwują panią doktor, która je wykonuje. Boli. Mam się podpierać na łokciach, bo taka pozycja pomaga w badaniu.

Przechodzimy do następnego pomieszczenia. Muszę usiąść na wyższym fotelu. Dalej jestem bez bielizny, a do pokoju wchodzi kolejna grupa studentów. Nie protestuję. Dlaczego? Może pan wie? Pani doktor odwraca się do mnie tyłem, prosi jedną ze studentek, by wzięła gazę, zamoczyła ją w jakimś płynie i przetarła mi wejście do pochwy. Nie wiem, co to za płyn, nie wiem, czy studentka ma rękawiczki. Mówię, że szczypie. Pani doktor, nie odwracając się do mnie nawet na sekundę, mówi, że musi szczypać.

Coś pan z tego rozumie?

Po badaniu nie udziela mi żadnej informacji. Choć ona już pewnie wie to, o czym ja nie mogę przestać myśleć – ile wytną.

Cały czas na pana czekam.

Idziemy do trzeciego pomieszczenia, gdzie ma być wykonany zabieg. Studenci stoją z jednej strony, jest ktoś z białą maską na twarzy. Każą mi się położyć na łóżku. Ktoś zabiera jedną rękę, ktoś inny – drugą. Podłączają do ciśnieniomierza, podają narkozę. A ja rozglądam się za panem.

Mówię: – Przepraszam bardzo, jestem od pana doktora…, czy ktoś go widział? Cisza. Sala wiruje w swoim rytmie.

– Przepraszam bardzo, jestem od pana doktora…

Podchodzi jakaś pani, która prosi mnie o dane. Zawsze byłam szczupła, 45-50 kg? Nie pamiętam wagi, mylę się o kilka kilogramów.

– Przepraszam bardzo, jestem od pana doktora…

Anestezjolog mówi, że wszystko potrwa chwilkę. Nie wiem, dlaczego się temu poddaję.

Znowu pytam o pana i wtedy słyszę: „Tak, wiemy. A od kogo ma pani być?”. To mnie chyba uspokaja.

Słyszę: „Pani Olgo, pani Olgo”. Budzą mnie. Jestem przykryta, nogi mam spuszczone. Widzę mamę i zaczynam płakać.

Za kilka godzin wychodzę ze szpitala.

O siedem minut

Teraz niech mi pan, panie doktorze, spojrzy w oczy. Robi pan to tak rzadko, ale to, co powiem, będzie ważne.

Odbieram wyniki ze szpitala. Idę z nimi do pana. Pamięta pan tamtą wizytę?

– Łyżeczkowanie? Dlaczego zrobili pani łyżeczkowanie? – spytał pan.

A ja czułam, że się zapadam.

Spojrzał pan na wypis, na jakąś rozpiskę, powiedział: – Aha, pani… Izabela.

I od razu: – To nie, nie. To ja panią jeszcze raz zapraszam. Powtórzymy zabieg.

„Zapraszam”? Co to znaczy: „zapraszam?”.

Mama pyta: – Znowu do szpitala? Dlaczego? Co się stało? Wykonano nie ten zabieg, co trzeba?

Cisza.

Ja nie pytam o nic. Choć chciałabym wiedzieć: to był błąd? Czyj? Kto mnie operował? Czy łyżeczkowanie jest groźne dla kobiety, która nie była dotąd matką? Proszę patrzeć na mnie, nie skończyłam!

I wie pan, wtedy nie przyszło mi nawet do głowy, że mogę mieć pretensje. Może dlatego, że nie złapał się pan za głowę, nie nazwał tego, co się stało, błędem i nigdy mnie za to nie przeprosił.

Ile zajmują przeprosiny? 20 sekund? Zmieścilibyśmy się nawet w tych dziewięciu minutach.

Na koniec tamtej wizyty powiedział pan: – Pani Olgo, niech mnie pani znajdzie tym razem. Niech pani powie, że pani jest.

Czyli to, że za pierwszym razem się nie udało, to była moja wina?

O osiem minut

I znowu szpital, kilka godzin bez picia, ból głowy. Ale tym razem pamiętam: muszę pana znaleźć.

Chodzę po korytarzu, między gabinetami.

– Dzień dobry, to ja, czekam na pana – mówię, gdy się mijamy.

Może się pan zastanawia, czy rozmawiałyśmy z mamą o tym, co się wydarzyło w szpitalu podczas pierwszego zabiegu? Trzeba znowu zaufać, oddać się w dobre ręce.

Zjawia się pan w ostatnim momencie: tuż przed podaniem narkozy. Nie mam pewności, czy ten człowiek w masce to pan. Ale słyszę spod maski „dzień dobry”, to chyba jednak pan.

Chcę, żeby pan to wiedział: czułam się wtedy naiwna. Powtarzałam sobie: „czego się spodziewałaś?”. Zastanawiałam się: na ile mogę pokazać, że już panu nie ufam; że potrzebuję dodatkowego potwierdzenia pana słów? Bałam się, choć nie wiedziałam, czy mam prawo się bać.

Nie widzimy się już tego dnia. Przychodzi do mnie pielęgniarka, która nie odpowie na żadne z moich pytań: czy zabieg się udał? Na pewno? I wreszcie: ile wycięli?

Powie tylko: nie wolno wstawać. A ja na przekór wstanę. Choć uda się podnieść tylko na chwilę.

Wychodzę do domu z zadaniem domowym: pielęgniarka kazała mi wyjąć opatrunek z pochwy. Wieczorem zamykam się w łazience. Wyjmuję. Nie, nie wpuszczam mamy. Sama, muszę sama. Uginają mi się kolana.

Próbuję najdelikatniej, jak się tylko da. Ciągnę coś, co nie jest gazą, tylko czymś długim, powiązanym supłami. Czuję ucisk, ból. Pierwszy supeł. Oddech. Ciemno przed oczami. Ciągnę dalej, wydzieram, ucisk, ból, supeł. Oddech. Ucisk, ból, supeł. Krew, kawałki błony.

Czy naprawdę, proszę pana, nie można było powiedzieć: – Pani Olgo, proszę zrobić to ostrożnie, może boleć, będą trzy supły, lepiej jeśli…

O dziewięć minut

Mijają cztery lata, a ja wciąż się obwiniam. Biorę na siebie, że pana nie znalazłam. Nie znalazłam pana na czas. Pamiętam, przecież pan prosił, by przed operacją pana znaleźć. Ale nie udało się.

Mijają cztery lata, a ja wciąż myślę o tym, czy łyżeczkowanie mogło mi zaszkodzić.

Mijają cztery lata, a ja nie potrafię wpisać w wyszukiwarce internetowej: „wirus HPV”, „rak szyjki macicy”, „łyżeczkowanie”. Szuka mama i czyta: teksty, fora. Wiem to. Później streszcza jednym zdaniem: „będzie dobrze”.

Mijają cztery lata, a ja nie wiem, czy będę kiedyś matką.

Mijają cztery lata, a ja nie potrafię zapisać się do innego lekarza. Gdy ktoś mnie pyta, mówię, że jest pan dobrym ginekologiem. Najlepszym. I że innego nie chcę.

Czasem myślę o tych wszystkich kobietach i mężczyznach, którzy zarazili się wirusem. Czy pan wie, panie doktorze, że mówi się o nich – zwłaszcza o kobietach – „rozwiązłe”? „Rozwiązłe” to wersja ­light, nazywa się je „puszczalskimi”, „pieprzącymi się na prawo i lewo”. Wiem, nie przystoi takich słów używać.

Opowiem panu coś jeszcze. Moja ostatnia wizyta u lekarza medycyny pracy i jego słowa: „Tak, tak, rzeczywiście chłopcy w Krakowie mają tego wirusa. Tu jest skupisko tego wirusa”. Skąd on to wie, przeprowadził badania?

Nie, nie spotkałam się z tym, by ktoś wprost powiedział mi, że zrobiłam coś złego. Ale czuję, że mam taką etykietę na plecach. Czuję, jakby wszyscy wiedzieli, że mam wirusa. A jeśli go mam, to znaczy, że ktoś mnie nim zaraził. A jeśli zaraził, to wiadomo, w jaki sposób.

Nie chcę użyć słowa „dumna”, bo nie mam z czego być dumną, ale wiedząc, jak to się kończy, mogę innych przestrzec.

Kiedy poznaję nowych ludzi, zastanawiam się, czy mogę im o tym powiedzieć. Zrozumie, nie zrozumie? Zaakceptuje, nie zaakceptuje? Przyjmie, odtrąci?

A potem jest czas na pytanie, jedno z najtrudniejszych: badałeś się? Jak pan sądzi, chętnie odpowiadają?

O dziesięć minut

Pozwoli pan, panie doktorze, że zbiorę wszystkie pana rady. Bez obaw, zajmie to chwilę: „jeśli pani partner też ma wirusa, najlepiej zmienić partnera”; „nie chce pani zmienić partnera, to radzę szybki numerek: tak włożyć i wyjąć”; i „niech pani rzuci palenie, to na pewno panią wzmocni”.

Takich jak pan jest więcej. Nie obchodzi mnie, że nasz czas się kończy. Proszę słuchać.

Grażyna. Tuż po rozstaniu z mężem zdiagnozowano u niej endometriozę. Lekarz radzi: „Proszę jak najszybciej zajść w ciążę”. Grażyna czuje, jak zaciska się jej gardło. Lekarz to widzi. Mówi: „Przecież nie będę panią za rękę trzymał”.

Katarzyna. Nogi drżą jej przed badaniem. Leży na fotelu. Lekarz na to: „Laleczka się nie boi”.

Sylwia. Przychodzi z wynikami badań, a tam – bakteria. Ginekolog: „Gdybym pani nie znał, nie wiem, co bym o pani pomyślał”.

Czasami się zastanawiam: może gdybym była starsza, potraktowałby mnie pan poważniej. Znalazł czas, by odpowiedzieć na moje pytania: czy będę mogła zajść w ciążę? Czy mogę zarazić moje dziecko wirusem? Czy zarażam partnera? Co mam zrobić, by wirus, a wraz z nim być może i rak nie wróciły w czasie ciąży, gdy organizm jest słabszy, a zmiany hormonalne robią swoje? Czy mogę coś zrobić, by mój organizm był na tyle silny, by przyjął ciążę? Czy moja szyjka macicy jest wystarczająco długa, by utrzymać dziecko? A może ja czegoś nie rozumiem?

Najbardziej boję się tego, że gdy w końcu będę chciała mieć dziecko, powie mi pan, że to nie jest możliwe.

Olga ma za sobą ponad 15 wizyt u ginekologa. Cały czas chodzi do tego samego lekarza, zadając mu za każdym razem to samo pytanie: „Panie doktorze, czy będę mogła mieć dzieci?”. Ginekolog przyjmuje w centrum Krakowa. Każda wizyta kosztuje 150 zł. Kiedy Olga zapisywała się ostatnim razem, pani zaproponowała jej kilka terminów w odstępie dziesięciominutowym. ©℗

Imię głównej bohaterki na jej prośbę zostało zmienione.

Wirus HPV (wirus brodawczaka ludzkiego) jest jedną z najczęstszych infekcji przenoszonych drogą płciową. Objawy kliniczne infekcji mogą się ujawnić nawet kilka lat po zakażeniu.

W większości przypadków zakażenie nie powoduje problemów zdrowotnych, a infekcja ustępuje samoistnie. Jednak niektóre z typów wirusa HPV – tzw. wysokoonkogenne (typ 16 i 18) mogą wywoływać choroby nowotworowe, m.in. nowotwór szyjki macicy.

Do zakażenia dochodzi najczęściej drogą kontaktów seksualnych (oralno-genitalnych; genitalno-genitalnych lub genitalno-analnych), rzadziej przenoszenie wirusa odbywa się poprzez używanie tej samej bielizny, ręczników lub innych przedmiotów higieny osobistej. Wirus może być przenoszony także wertykalnie, czyli z matki na dziecko, u którego może utrzymywać się w organizmie przez lata.

Informacje na podstawie Centers for Disease Control and Prevention

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Anna Goc, fot. Grażyna Makara
Dziennikarka, reporterka, redaktorka działu Kraj „Tygodnika Powszechnego”. Doktorantka na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Współpracowniczka Instytutu Dziennikarstwa,...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Był rok zdaje się 1976, byłem wtedy w 8 klasie podstawówki. Szkoła zorganizowała dla nas cykl spotkań z lekarzami, najpierw osobno dla chłopców i dziewczyn, następnie wszystkich razem. Formuła spotkań polegała na tym, że przed spotkaniem każdy anonimowo wrzucał do urny karteczkę z dręczącym go problemem, lekarze i pielęgniarki później na nie odpowiadali. Dominowały pytania dotyczące seksu, prokreacji, antykoncepcji. Pamiętam te spotkania do dziś, bo chodziłem do wiejskiej zapyziałej szkółki, pierwszy raz ktoś konkretnie i bez krętactwa odpowiadał choćby na pytanie czy masturbacja szkodzi. Mam dziś dorosłe dzieci, które kształciły się w wielkim mieście, pokończyły studia, ale z nimi już nikt takich spotkań nie organizował. Każdy dziś asekuruje się jak może, nikt nie powie wprost, bo się po prostu boi konsekwencji. Lekarz to zwykły omylny człowiek z ograniczeniami jak każdy inny, pielęgniarki pracują pod jeszcze większa presją. To nie są proste sprawy. W pewnym sensie kulturowo się cofamy, szpitale stały się zakładami produkcyjnymi, dość mocno niedofinansowanymi. Nawet księża nie mają ochoty wchodzić w problemy swych wiernych, na co komu babrać się w cudzych problemach, dziś kiedy wszystko zostało policzone wycenione, opodatkowane, pochylanie się nad losem przysłowiowego Kowalskiego jest zajęciem dla tych co to w mniemaniu większości, po kolei w głowach nie mają.

Tekst doskonale oddaje problemy nasze w kontaktach ze "Służbą zdrowia". Tutaj, akurat opisano rzeczywistość w jakiej poruszają się kobiety. Problem dotyczy wszystkich, niezależnie od płci i wieku. Lekarze działający w dwóch światach przychodnia-szpital, prywatna praktyka. Nie pójdziesz, za odpowiednią kasę, do prywatnego gabinetu, czekasz na przyjecie do niedoinwestowanego szpitala i liczysz swoje dni. Opisane podejście Pana Doktora do pacjentki - skandal. Jak kobiety są przez tych wybrańców traktowane? Druga sprawa: brak edukacji, nie tylko o konkretnym przypadu. Czy ja się mylę, że nie tak dawno proponowano szczepienia dziewczynek przeciwko tej chorobie? Oczywiście skończyło się wielkim wrzaskiem z gremiów świętszych od papieża. Doszukano się ułatwień w inicjacji seksualnej dziewczyn. Właściwie to słów brakuje i czuję się bezsilny. szkoda Bohaterki tekstu, szkoda wielu innych kobiet, żyjących w naszym obłudnym kraju.Z czym one muszą spotykać się na co dzień, z czym walczyć.

" ...Lekarze działający w dwóch światach przychodnia-szpital, prywatna praktyka. Nie pójdziesz, za odpowiednią kasę, do prywatnego gabinetu, czekasz na przyjecie do niedoinwestowanego szpitala i liczysz swoje dni." -- gwoli sprawiedliwości: bywa różnie, nie wszyscy lekarze są tacy.

np. jakość relacji pacjent-lekarz, kultura osobista lekarzy, chciwość lekarzy ... A trzeba pamiętać, że lekarze polscy są emanacją polskiego, nie jakiegoś innego, społeczeństwa, to samo dotyczy polskich księży, nauczycieli, sędziów, policjantów, reporterów, pracowników socjalnych, pielęgniarzy, strażników granicznych, doradców podatkowych ... kogo chcecie. Trawestując wielką Zofię Nałkowską: to Polacy Polakom zgotowali taki los... A jak mówi wielki Władek Broniewski: są w ojczyżnie rachunki krzywd.

Jasne, zgadzam się, dodałbym do lsty jeszcze rodzimych polityków będących odzwierciedleniem naszego społeczeństwa. Ale stosunek lekarzy do pacjentki w opisanym przypadku budzi, pomimo wszystko, zgrozę. Trudno mi o brak empatii obwiniać tylko i wciąć nasze wady narodowe.

". Ale stosunek lekarzy do pacjentki w opisanym przypadku budzi, pomimo wszystko, zgrozę. Trudno mi o brak empatii obwiniać tylko i wciąż nasze wady narodowe." To prawda. Ale i tu jest wiele osobnych problemów: stosunek lekarzy do /młodych/ kobiet i do pacjentów w ogóle, ich kultura osobista /"jesteś puszczalska, to się zaraziłaś"/, ich stosunek do pieniądza /"proszę przyjść za kwadrans za kolejne 150 zł"/, kwestia dyskrecji /tabuny studentów mijających nagie pacjentki/. Z drugiej strony, lekarz też człowiek i żeby przeżyć czyjąś chorobę i śmierć musi on być trochę nieempatyczny i przedmiotowo-traktujący swój "przypadek", to jego zbroja. Ale Polacy dzisiejszych czasów nie słyną w świecie jako naród wyszukanych manier, stąd i nuta ogólna jest raczej bardzo ludowa, i to nie w konwencji "folklor rekonstruowany" tylko całkiem źródłowy, autentyczny.... Z tym, że dotyczy to też wielu pacjentów...

"Ginekolog przyjmuje w centrum Krakowa. Każda wizyta kosztuje 150 zł. Kiedy Olga zapisywała się ostatnim razem, pani zaproponowała jej kilka terminów w odstępie dziesięciominutowym. " Bezczelność kuriozalna i groteskowa. A może jakieś nieporozumienie? Albo może "wart robotnik [w tym przypadku: lekarz] zapłaty swojej"?(Łukasz 10, 7)? Och Polsko ty Polsko, io ti voglio tanto bene!

Może warto dodać w artykule, że istnieje szczepienie na HPV? Oczywiście ma sens przed pierwszymi kontaktami seksualnymi, ale ma potężną skuteczność w zapobieganiu rakowi szyjki macicy. Przez jakiś czas był nawet refundowany dla dziewcząt w wieku gimnazjalnym (nie ma co się oszukiwać, że już w tym wieku niektórzy nastolatkowie mają kontakt z seksem, trzeba działać prewencyjnie a nie życzeniowo). Niewiele osób wie, że takie szczepienie istnieje, organizacja naszego systemu ochrony zdrowia nie pomaga, niedobory kadrowe i wymuszone krótkie wizyty nie pomagają, warto mówić o tym najszerzej jak się da. Szczepcie swoje córki, synów także - jeśli chcecie zabezpieczyć ich przyszłe partnerki, może matkę Waszych wnuków. Do tematu znieczulicy, niedoinformowania dodam z kolei tylko tyle - będąc w tym środowisku też bardzo trudno się na to patrzy, trudno się z tym obcuje. Na zajęciach bywają asystenci, którzy na pierwszym miejscu stawiają pacjentów, ale bywają też zupełnie inni - którzy na pierwszym miejscu mają własną wygodę i święty spokój. Braki kadrowe to robią. Wypalenie zawodowe, niedospanie, a wreszcie niemożność zastąpienia beznadziejnego człowieka kimś innym - bo nie ma nikogo innego.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]