Reklama

Ładowanie...

Kuglarz z Bombaju

Kuglarz z Bombaju

24.06.2013
Czyta się kilka minut
O tej powieści trudno pisać bez słowa na „f”, bo słowo na „f”, czyli fatwa, rzucona na autora wiele lat temu, uczyniło go męczennikiem za sprawę. Tylko że z powieści w cieniu słowa na „f” zostaje tylko sprawa, ewentualnie męczennik sprawy...
.

...A mnie interesuje właśnie sama powieść.

Wszystkie znane mi powieści Salmana Rushdiego zaczynają się podobnie: mam wrażenie, że spotykam na ulicy kuglarza, który próbuje mnie w jednej chwili olśnić wszystkimi znanymi sobie sztuczkami i minami. Nadmiarowość taka zamiast przykuć uwagę, może odbiorcę odstraszyć. Fascynujące jest jednak to, jak z tych zawiesistych wprowadzeń zaczynają wysnuwać się historie: smutne, zabawne, prawdziwe i zmyślone, ale niemal zawsze wciągające.
Wyjściowy pomysł jest co najmniej ryzykowny. Czy można poważnie traktować historię o dwóch mężczyznach, którzy przeżyli katastrofę samolotu i spadając z wysokości 8 tysięcy metrów przeszli przemianę – jeden w archanioła, a drugi w demona – a potem przez kolejne kilkaset stron muszą sobie radzić z nową tożsamością we współczesnym Londynie? Zresztą – nigdy nie wiadomo, kiedy Rushdie się z nas śmieje. Czy wtedy, gdy traktujemy go serio, czy też w sytuacji odwrotnej. Bo śmieje się z nas na pewno, co do tego nie mam wątpliwości.
Dwaj synowie Bombaju, Saladyn i Dżibril, spleceni upadkiem z niebios w dialektyczną parę, reprezentują z początku dwa bieguny tej samej tęsknoty. Saladyn chce być Brytyjczykiem, aż do pełnej mimikry, bezdomny w Londynie, zawsze zakwestionowany w swoim największym pragnieniu: próbie zakorzenienia się w tym, co wybrał jako swoje. Dżibril przyjmuje inną strategię – jest wielki swoim pochodzeniem, uwielbiany za nie: jest gwiazdą Bollywood. Od katastrofy będą wirować wokół niewidzialnego punktu, zamieniając się miejscami i pragnieniami. A wokół nich zawiruje cały świat – wielokulturowy Londyn, sny o odległych czasach i miejscach, postaci realne i urojone.
Warto więc przedrzeć się przez kuglarskie sztuczki i wejść w gęsto splątane, ciągle zmieniające tonację i nastrój opowieści. Ta proza jest jak aromatyczne indyjskie danie: podczas gdy w Śródziemnomorzu wystarczy oliwa, czosnek i pomidory, by wyczarować niemal wszystko, przepisy kulinarne Rushdiego to dziesiątki składników oraz długie litanie przypraw o tajemniczych nazwach i odurzających zapachach. A jednocześnie to język, by mówić o świecie, w którym wszystko ściera się z wszystkim, a idee stapiają się, tworząc dziwny amalgamat. Ja lubię kuchnię indyjską.
U Rushdiego widać, jak może żyć powieść po wszystkich rewolucjach i dekonstrukcjach, które ją dotknęły w wieku XX. Dla jednych jest ona skończona. Dla innych – wreszcie wyzwolona z więzów nieuzasadnionych roszczeń, może być tym, czym była od zawsze. Czytając „Szatańskie wersety” mam doświadczenie obcowania z czystą radością opowieści, z prostym, nieuwikłanym w żadne teorie opowiadaniem. Powieść jest wartością samą w sobie, nie staje się wartościowa tylko dlatego, że służy jakiejś sprawie czy jakiejś idei. Opowiadamy siebie i chcemy słuchać opowieści, i nie zmienią tego żadne kryzysy. 
Czytelnik z Polski staje wobec prozy Rushdiego w pozycji dwuznacznej. Jeśli bowiem tylko zacznie się – w imieniu Europy – dobrodusznie pochylać nad losem ludzi z byłych kolonii, dopaść go musi smutna konstatacja, że sam pochodzi ze świata skolonizowanego.
Kuglarz z Bombaju się śmieje.

Salman Rushdie, Szatańskie wersety tłum. Jerzy Kozłowski Poznań 2013, Dom Wydawniczy Rebis

WIT SZOSTAK (ur. 1976) jest pisarzem fantasy i realizmu magicznego, z wykształcenia filozofem. Ostatnio opublikował „Fugę” (2012).

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]