Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Koszmar i nadzieja

Koszmar i nadzieja

29.02.2008
Czyta się kilka minut
Cormac McCarthy, DrogaWyróżniona w ubiegłym roku Nagrodą Pulitzera za najlepszą powieść, wprowadza nas w rzeczywistość, w której jak w apokaliptycznym kinie drogi śledzimy podróż bohaterów doświadczających niewyobrażalnego koszmaru.
K

Kiedy powieść "Blood Meridian" (1985) ukazała się w Stanach Zjednoczonych, jeden z krytyków stwierdził, że po jej przeczytaniu czujemy się, jakby ktoś wymierzył nam policzek. I rynek wydawniczy nie mógł pozostać dłużej obojętny na twórczość Cormaca McCarthy’ego - twórcy, który od czasów debiutu w 1965 roku ("The Orchard Keeper") pielęgnuje wizerunek "najlepszego nieznanego pisarza amerykańskiego".

McCarthy nie promuje swoich książek i konsekwentnie odmawia udzielania wywiadów. W ciągu ostatnich dziesięciu lat spotkał się z dziennikarzami nie więcej niż dwa razy, a przed kamerami telewizyjnymi stanął po raz pierwszy w wieku siedemdziesięciu dwóch lat, kiedy wiosną 2007 r. przyjął zaproszenie do słynnego programu The Oprah Winfrey Show (swoją drogą ciekawe, że żadna z gwiazd polskich talk-show, tak chętnie kopiujących amerykańskie wzorce, nie pokusiła się nigdy o zapożyczenie od autorki tego programu pomysłu Klubu Książkowego, który milionom Amerykanów przypomniał radość, jaką daje literatura). Rozmyślnie pozostając na obrzeżach literackiego świata, Cormac McCarthy zdołał wyrobić sobie pozycję autora kultowego. Ten dla wielu najbardziej chyba oryginalny współczesny pisarz amerykański przez dłuższą część kariery był niemal kompletnie ignorowany przez masowego czytelnika. W USA żadna z jego wcześniejszych książek nie sprzedała się w twardej okładce w nakładzie większym niż pięć tysięcy egzemplarzy; doczekały się wznowień dopiero po sukcesie "Blood Meridian" (który zresztą w zorganizowanym przez "New York Timesa" plebiscycie na najlepszą amerykańską powieść ostatniego ćwierćwiecza zajął trzecie miejsce, ustępując tylko "Umiłowanej" Toni Morrison i "Podziemiom" Dona DeLillo).

Tym, co czytelników odrzucać może od twórczości McCarthy’ego, jest jego szczególne upodobanie do przedstawiania przemocy (jak przeczytać można w jednej z recenzji, "w żadnej z książek od czasów »Iliady« nie przelało się tyle krwi, co w »Blood Meridian«"). McCarthy nie opisuje jednak zbrodni i gwałtu dla samego epatowania okrucieństwem; szuka w nich raczej drogi do odkupienia, ponieważ jedynymi zagadnieniami godnymi literatury są według niego kwestie życia i śmierci właśnie.

"Proust i Henry James do mnie nie trafiają - mówi w jednym z wywiadów. - Nie rozumiem ich. To dla mnie nie jest literatura". Zawężając grono interesujących go pisarzy do kilku skrupulatnie wyselekcjonowanych nazwisk (należą do nich Faulkner, Melville, Dostojewski...), otwarcie jednak przyznaje, że dokonania innych wpływają bezpośrednio na jego własne poczynania literackie: "Odpychające w książkach jest to, że zrobione są one z innych książek. Powieść nie żyje bez tego, co już wcześniej zostało napisane". Tutaj można zapewne szukać wyjaśnienia dla tak częstych porównań twórczości McCarthy’ego do dokonań innych. Wynikają one jednak bardziej z niemocy recenzentów uchwycenia pełni stylu tego pisarza niż z bezpośrednich zapożyczeń. Bowiem pisarze tacy jak McCarthy - chociaż ryzykowne wydaje mi się stwierdzenie, że są jacyś inni pisarze tacy jak on - operując materiałem doskonale czytelnikowi znanym, potrafią stworzyć dzieło całkowicie oryginalne.

Takim dziełem jest z pewnością jego najnowsza książka "Droga" ("The Road"), wyróżniona w ubiegłym roku Nagrodą Pulitzera za najlepszą powieść. Zapytany, jak interpretować opisaną w niej historię, McCarthy stwierdził, że lubi o niej myśleć jako o prostej historii o ojcu i synu (inspiracją do jej napisania był zresztą jego ośmioletni syn, któremu książkę dedykuje). Poprzez historię starszego mężczyzny i dziecka, przemierzających Stany zdewastowane przez jakiś bliżej nieokreślony kataklizm, McCarthy chce pokazać, jak rzadko doceniamy to, co przynosi nam zwykłe codzienne życie; wprowadza nas w rzeczywistość, w której jak w apokaliptycznym kinie drogi śledzimy podróż bohaterów doświadczających niewyobrażalnego koszmaru. Wzmianki, jakie pojawiają się w powieści, pozwalają przypuszczać, że była to wojna nuklearna; autor jednak tego nie precyzuje i jedyne, co wiemy na pewno, to że "zegary zatrzymały się o 1:17".

Chociaż McCarthy po raz pierwszy osadza akcję swojej powieści w przyszłości, powraca do zagadnień, które podejmował już we wcześniejszych utworach: opisuje cywilizację na progu zagłady. W znanej również polskiemu czytelnikowi "Trylogii pogranicza" żegnał się z mitem amerykańskiego Zachodu; w "Drodze" rozszerza zakres swoich rozważań, przedstawiając moment krańcowy istnienia całej ludzkości, "świat, w którym nawet śmierć niedługo umrze". Testuje wytrzymałość czytelnika, pokazując rzeczywistość, w której największe oznaki zezwierzęcenia są codziennością. W jednej ze scen spotykamy grupę skulonych pod ścianą, nagich ludzi, których kanibale przetrzymują w zamknięciu jak zwierzęta, metodycznie odcinając im poszczególne członki, tak aby jak najdłużej utrzymać ich przy życiu.

Scen równie przytłaczających znaleźć można w powieści wiele, siła jej oddziaływania nie tkwi jednak tylko w drastyczności samej fabuły. Tym, co buduje porażający klimat "Drogi", jest narracja McCarthy’ego, hipnotyczna wręcz, i to zarówno w sferze konstrukcyjnej, jak językowej. McCarthy udowadnia, że rację miał Saul Bellow, który powiedział o nim kiedyś, iż potrafi zbudować "zdania, które dają życie i potrafią poradzić sobie ze śmiercią".

W poprzednich powieściach styl Cormaca McCarthy’ego definiowały przede wszystkim te właśnie wielopłaszczyznowe zdania, które zwykł pozbawiać większości znaków interpunkcyjnych (i nie chodzi tu tylko o rezygnowanie ze stosowania cudzysłowów czy średników, ale o zmiany tak elementarne w języku angielskim jak, na przykład, konsekwentne opuszczanie apostrofu we wszystkich formach przeczących typu: "isn’t", "don’t" etc.). Wzorem do naśladowania w kwestii znaków interpunkcyjnych jest dla niego, jak twierdzi, James Joyce, który ograniczał je do absolutnego minimum. To swoiste zaniechanie w "The Road" przenosi się także na konstrukcję zdań.

Powieść zbudowana jest z (powiązanych ze sobą, a czasami także stanowiących autonomiczną całość) krótkich paragrafów, na które składają się proste, kilkuwyrazowe zdania lub też równoważniki zdań. Ten pozorny minimalizm wydaje się być najbardziej wymowny w języku powieści, który brzmiąc często jak reżyserskie wskazówki, a nie literatura, przepełniony jest poetycką wręcz intensywnością: "Spójrz wokół siebie. Kiedykolwiek to bardzo dużo czasu. Ale chłopiec wiedział swoje. Że kiedykolwiek to tyle co nic".

Wybierając takie właśnie środki wyrazu McCarthy’emu udało się stworzyć wyjątkowo przerażającą wizję przyszłości. Nie pozbawia on jednak czytelnika nadziei, ponieważ nawet jeśli świat tej powieści zdaje się być zaprzeczeniem Boga, to jedyna postać w niej nazwana nosi imię proroka Starego Testamentu (Ely - Eliasz), który ma powrócić na ziemię przed końcem świata, by walczyć z antychrystem. Dzieląc swoich bohaterów na "tych dobrych" i "tych złych", pokazuje, że ludźmi są ci, którzy "Wciąż próbują. Nie poddają się", a człowiek jest z natury dobry. Dowodem postać chłopca: nie pamięta on czasów sprzed kataklizmu, całe swoje życie przeżył w świecie będącym zaprzeczeniem człowieczeństwa, ale to on jako jedyny jest zdolny do ludzkich odruchów. Jeśli więc po przeczytaniu "Drogi" pozostają w nas mroczne koszmary, to i tak śpimy po niej spokojnie, co jest cudem prozy najwyższej miary.

Cormac McCarthy, Droga, przeł. Robert Sudół, Kraków 2008, Wydawnictwo Literackie

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]