Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Kongijskie plagi

Kongijskie plagi

w cyklu STRONA ŚWIATA
24.11.2018
Czyta się kilka minut
Nieszczęścia rangi biblijnej spadły na Kongo tuż przed wyborami, wyznaczonymi na 23 grudnia. Jeśli elekcji nie uda się przeprowadzić, panujący od 17 lat prezydent będzie rządził dalej.
Kongijski pielęgniarz z czterolatkiem zarażonym wirusem Eboli, Butembo, 4 listopada 2018 r. / Fot. John Wessels / AFP / East News
Kongijski pielęgniarz z czterolatkiem zarażonym wirusem Eboli, Butembo, 4 listopada 2018 r. / Fot. John Wessels / AFP / East News
K

Kongijscy lekarze alarmują, że epidemia Eboli, której pierwsze przypadki zanotowano już w sierpniu, rozszerza się na nowe miasta na wschodzie kraju, w Północnym Kivu i Ituri. Zmarło już ponad 200 osób, a przypadki choroby zanotowano nie tylko w trzystutysięcznym mieście Beni, lecz także w półtoramilionowym Butembo.

Wirus i wojna

Zagraniczni epidemiolodzy, którzy przybyli z Kinszasy, by pomóc walczyć z wirusem, nie mogą ratować ludzi z powodu wojny, jaką w regionie Beni, epicentrum zarazy, prowadzą ugandyjscy partyzanci. Rebelianci noszą nazwę Zjednoczonych Sił Demokratycznych, ale w ostatnich latach przeszli pod sztandary dżihadu, zgłosili akces do Państwa Islamskiego i Al-Kajdy, i zabiegają, by przyjąć ich do Terrorystycznej Międzynarodówki razem z podobnymi im partyzantami z nigeryjskiego Boko Haram czy somalijskimi talibami z Al-Szabab. Amerykański wywiad podał niedawno, że ugandyjscy dżihadyści otrzymali już kilka przelewów, a ich nadawcą był aresztowany w lipcu w Kenii Waleed Ahmed Zein, uważany za jednego z głównych księgowych Państwa Islamskiego.

Ugandyjczycy, którzy ukryli się w Kongu jeszcze w latach 90., zapomnieli już, że mieli wracać do kraju i przejmować władzę w Kampali: w ostatnich latach zajmowali się niemal wyłącznie rabunkami, a dżihadystyczne tęsknoty odkryli niedawno. Latem, gdy w okolicach Beni wybuchła epidemia Eboli, partyzanci nasilili ataki na kongijskie wioski. W tym roku przeprowadzili co najmniej sto zbrojnych rajdów i zabili co najmniej dwustu cywilów.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Dobry doktor znad jeziora


Kongijskie wojsko rządowe, a także siły pokojowe ONZ (w Kongu stacjonuje ponad 17 tysięcy „błękitnych hełmów”, a posłano je tam na początku stulecia do pilnowania rozejmu w najkrwawszej wojnie współczesnej Afryki, która w latach 1997-2003 pochłonęła prawie 5 milionów ofiar) w starciach z rebeliantami z Ugandy są bezradne. Żołnierze ONZ zawsze się spóźniają, a zwykle nie wykazują też należytego bojowego entuzjazmu. Oddziały kongijskie, pochodzące w większości z zachodu kraju, również unikają walki, a na dodatek sprzedają rebeliantom karabiny, mundury i wywiadowcze informacje.

W połowie listopada w potyczce z partyzantami zginęło 8 żołnierzy ONZ (siedmiu Tanzańczyków i jeden z Malawi) oraz 12 Kongijczyków (w grudniu 2017 r. w zasadzce partyzantów zginęło 15 Tanzańczyków z wojsk ONZ), a pół setki kongijskich żołnierzy zostało rannych. Rebelianci zabili też ok. 20 cywilów. Nazajutrz rozjuszeni mieszkańcy Beni spalili miejscowe urzędy i pocztę, obrzucili kamieniami bazę wojsk ONZ, a także klinikę i karetki Światowej Organizacji Zdrowia i cudzoziemskich lekarzy walczących z Ebolą. Lekarze wyjechali, ale obiecali, że wrócą, jak tylko sytuacja się nieco uspokoi.

Medycy twierdzą, że obecna epidemia Eboli jest najgroźniejszą z dziesięciu, jakie dotknęły Kongo od połowy lat 70. Sytuacja jest tym niebezpieczniejsza, że trwająca wokół Beni wojna nie pozwala walczyć z zarazą, a dodatkowo powoduje, że coraz więcej ludzi w obawie o życie porzuca domy i ucieka w głąb kraju lub za granicę. Lekarze martwią się, że uciekinierzy przeniosą wirusa w inne regiony Konga, a także do położonych za miedzą Ugandy, Rwandy, Południowego Sudanu i Republiki Środkowoafrykańskiej.

Jakby jednej epidemii było mało, już prawie tysiąc ludzi zmarło na cholerę w prowincjach na wschodzie i południu, a w interiorze i nad równikiem, nad brzegami rzek Kasai i Kongo, lekarze wciąż walczą ze śpiączką, roznoszoną przez muchy tse-tse. Poza Kongiem nigdzie ludzie nie umierają już na śpiączkę – w Kongu zaś, od początku stulecia zmarło na nią ponad 30 tysięcy.

Kabila i jego wrogowie

Kongijskie plagi zarazy i wojny (poza Północnym Kivu i Ituri, toczą się także w Kasai) martwią zapewne prezydenta Josepha Kabilę. Mogą one jednak przedłużyć jego panowanie, przeciwko czemu by zapewne nie protestował.

Władzę objął w 2001 r. po ojcu, Laurencie-Desire Kabili, zamordowanym w zamachu. Wcześniej, w 1997 r., Kabila zwyciężył w wojnie domowej i wypędził z kraju panującego od 30 lat dyktatora Mobutu Sese Seko. Ten również doszedł do władzy w wyniku wojskowego zamachu z połowy lat 60., kiedy Kongo podnosiło się z pierwszej wojny domowej, jaka wybuchła tuż po ogłoszeniu w 1960 r. niepodległości.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Kardynał, który może zostać prezydentem


Póki trwała wojna, Joseph Kabila wyborów nie przeprowadzał. W 2006 r. zorganizowała je w Kongu ONZ, a ich zwycięzcą okazał się dobiegający dziś pięćdziesiątki przywódca. Pięć lat później wygrał kolejne wybory i zapewnił sobie reelekcję. Druga dozwolona przez konstytucję kadencja upłynęła z końcem grudnia 2016 r., ale Kabila nie ogłosił nowych wyborów, twierdząc, że z powodu wojen, biedy, epidemii i ogólnego bałaganu nie ma do tego warunków. Rządzi dalej, powołując się na przepis ustawy zasadniczej, mówiący, że póki nie zostanie wybrany nowy prezydent, krajem powinien zawiadywać prezydent stary.

Jeśli nowe wybory, zapowiedziane na 23 grudnia się jednak odbędą, Kabila nie będzie już w nich startował: na swojego następcę namaścił byłego szefa policji, Emmanuela Ramazaniego Shadariego, człowieka nieznanego, bezbarwnego, pozbawionego politycznych ambicji i własnej bazy, za to wpisanego przez Zachód i ONZ na listę dygnitarzy łamiących prawa obywatelskie. Kabila liczy, że mając całkowicie od siebie uzależnionego prezydenta dalej będzie mógł rządzić, tyle że już z „tylnego fotela” i jedynie jako prezes rządzącej partii.

Przedwyborcze sondaże wróżą co prawda pomazańcowi Kabili, że nie dostanie nawet jednej piątej głosów, ale może on liczyć na wszechwładzę prezydenckich urzędników, a także wierne mu wojsko, policję i służby bezpieczeństwa, a najbardziej na kolejną zabójczą dla kongijskiej polityki plagę – kłótliwość opozycyjnych przywódców.

Tutejszej opozycji, która już od czasów Mobutu próbowała odsunąć od władzy dyktatora, nigdy jeszcze nie udało się wystawić do elekcji jednego kandydata. Tym razem, po raz pierwszy, miało być inaczej: w połowie listopada przywódcy siedmiu największych partii opozycyjnych spotkali się w Genewie, by wybrać wspólnego przedstawiciela, który według sondaży pokonałby faworyta Kabili stosunkiem głosów 70-30.

Dwaj najpotężniejsi opozycyjni przywódcy, były wiceprezydent Jean-Pierre Bemba znad równika i Moise Katumbi z Katangi zostali wykluczeni z wyborów przez sądy: Bemba, uwolniony kilka miesięcy temu z więzienia w Hadze, został w nim osadzony jako wojenny zbrodniarz przez Międzynarodowy Trybunał Karny. Katumbiego z kolei oskarżono o oszustwa podatkowe. Twierdzi, że fałszywie, ale na wszelki wypadek wyjechał z kraju i mieszka w Południowej Afryce.

Wobec nieobecności obu najważniejszych rywali, trzeci z „królów” opozycji, Felix Tshisekedi z Kasai wydawał się pewny, że opozycyjny sojusz jemu powierzy walkę o prezydenturę. Ojciec Tshisekediego, zmarły w lutym 2017 r. Etienne, walczył z Mobutu i starym Kabilą, a Unia Na Rzecz Demokracji i Postępu Społecznego jest najstarszą i najsilniejszą ze wszystkich kongijskich partii. Jednak opozycyjny Sojusz Siedmiu na wspólnego kandydata wybrał nieznanego szerzej 61-letniego Martina Fayulu. Tshisekedi podpisał się pod porozumieniem, ale potrzebował aż dwóch dni, żeby dojść do siebie, a kiedy to się stało, ogłosił, że wypowiada umowę i sam zgłasza się do wyborów. W ślad za nim zrobił to inny przywódca Sojuszu Siedmiu Vital Kamerhe, który w poprzednich wyborach zajął trzecie miejsce.

W ten sposób w wyznaczonych na dzień przed Bożym Narodzeniem wyborach wystąpi co najmniej trzech kandydatów opozycji, dzieląc między sobą głosy przeciwników Kabili i Shadariego, a tym samym zwiększając niewspółmiernie ich szanse na wygraną.

Polecamy: Strona świata - specjalny serwis "TP" z reportażami i analizami Wojciecha Jagielskiego

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Trwa tam epidemia Eboli a ludzie atakuja klinike?
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]