Reklama

Kasztanowe ludziki

Kasztanowe ludziki

03.03.2009
Czyta się kilka minut
Smak chleba pieczonego przez matkę, Mariannę Popiełuszko, znała większość jego przyjaciół. Ks. Jerzy Przywoził go za każdym razem, gdy wracał od rodziców. Brązowy pachnący bochen, który jeszcze kilka dni po wyjęciu z pieca zachowywał świeżość. Tyle że chyba nie zdarzyło się, aby uchował się tak długo.
T

Tamtego wrześniowego dnia 1984 r. siedzieli przy stole w domu w Okopach. Rodzice Marianna i Władysław, kierowca Waldemar Chrostowski, Jurek i jego starszy brat Stanisław. Jedli chleb, zupę, matka przyniosła marynowane i suszone grzyby, które syn jak zawsze miał zabrać do Warszawy. Spieszył się, nie został na noc. Zmierzchało, gdy wsiedli do zaparkowanego na podwórku zielonego golfa. Przed sobą mieli 250 km, cztery godziny jazdy.

Coś wisiało w powietrzu: kilka dni wcześniej "nieznani sprawcy" podpalili mieszkanie Chrostowskiego. Ksiądz Jerzy miał poczucie winy, bo przecież wiedział, że tak naprawdę chodziło o niego. "Jeśli chcesz zrezygnować, nie będę miał żalu" - powiedział do Chrostowskiego.

Nie wtajemniczał rodziców w wiele spraw, które ostatnio stały się jego udziałem. Ale przecież właśnie wtedy wypowiedział słowa, które Władysław Popiełuszko pamiętał do końca życia (a zmarł w 2002 r., w wieku 92 lat). Syn rzekł: "Jakbym zginął, to nie płaczcie po mnie".

We wrześniu 1984 r. ks. Popiełuszko skończył 37 lat. To było jego ostatnie spotkanie z rodziną.

Obywatel Popiełuszko

Kilka tygodni wcześniej - 26 sierpnia, w święto Matki Bożej Częstochowskiej i w przededniu czwartej rocznicy podpisania porozumień sierpniowych - odprawił swoją ostatnią Mszę za Ojczyznę. Idea ich odprawiania pochodziła od proboszcza parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu, ks. Teofila Boguckiego. Młody wikary przejął je od stycznia 1982 r. i prowadził w każdą ostatnią niedzielę miesiąca. Każda z nich była wydarzeniem, na które się czekało: na ogrodzonym terenie przy ul. Hozjusza niedaleko placu Komuny Paryskiej - który spora część uczestników Mszy nazywała, jak przed wojną, placem Wilsona - gromadziło się kilkanaście tysięcy osób.

Tak było także tej sierpniowej niedzieli. Ksiądz Jerzy, poruszając w homilii kwestię uczciwej amnestii dla wszystkich więzionych z powodów politycznych, miał swój osobisty powód, o którym wiedzieli tylko najbliżsi: dwa dni wcześniej w szarej kopercie zaadresowanej "ob. Jerzy Popiełuszko" otrzymał z prokuratury pismo z informacją, że w oparciu o amnestię z lipca tego roku śledztwo w jego sprawie zostało umorzone.

Oskarżono go z artykułu 194. Kodeksu Karnego - po dokonanej 12 grudnia 1983 r. rewizji w jego kawalerce przy ul. Chłodnej (kupionej przez mieszkającą w USA ciotkę, która w przyszłości chciała wrócić do Polski) i znalezieniu tam amunicji oraz materiałów wybuchowych, podrzuconych przez SB. Kosztowało go to dwie doby w areszcie, kolejne wizyty w prokuraturze i niejasne przeczucie, że teraz wszystko jest możliwe.

Ale pismo z umorzeniem nie przyniosło spokoju. W wielu odbytych w tych tygodniach rozmowach ksiądz dawał do zrozumienia, że ma świadomość niebezpieczeństwa. Tu nie chodziło już o kamień wrzucony do jego mieszkania w budynku plebanii czy o przebite opony. Do tego zdążył się przyzwyczaić, poza tym miał ochronę złożoną z hutników. Tu chodziło o życie.

Seanse nienawiści

17 września szef Urzędu do Spraw Wyznań, Adam Łopatka, skierował pismo na ręce Sekretarza Episkopatu abp. Bronisława Dąbrowskiego. Jego retoryka brzmiała niepokojąco. "Władze państwowe wielokrotnie informowały i przestrzegały kierownictwo Kościoła o zgubnych skutkach ich [tj. księży] działalności. Mimo to działalność ta nie ustaje (...). W ostatnim czasie działalność ta nabrała nowej jakości. Powstała nielegalna, sprzeczna z prawem PRL i prawem kanonicznym kontrrewolucyjna organizacja duchownych i świeckich o ogólnokrajowym zasięgu. Cele, struktura tej organizacji oraz jej zasięg, a także metody jej działania ujawnił 26 sierpnia 1984 ksiądz Jerzy Popiełuszko w kościele pw. św. Stanisława Kostki w Warszawie".

Dwa dni później tygodnik "Tu i teraz", będący organem frakcji tzw. twardogłowych w kierownictwie partyjnym, opublikował tekst - napisany przez rzecznika rządu Jerzego Urbana, ale pod pseudonimem Jan Rem - w którym działalność duszpasterską kapelana Solidarności określił mianem "seansów nienawiści".

30 września ks. Jerzy pojechał do Częstochowy, by wziąć udział w Pielgrzymce Ludzi Pracy. Koncelebrował Mszę z dobrymi znajomymi: księdzem Jancarzem z Mistrzejowic i ks. Jankowskim z Gdańska. Nie wygłosił kazania; władze nie zgodziły się, by zebrani na Błoniach odśpiewali pieśń "Ojczyzno ma...", co ksiądz Jerzy przyjął ze smutkiem. To był kolejny sygnał, że jego działalność jest problemem także dla części ludzi Kościoła.

Tak też odebrał propozycję wyjazdu na studia do Rzymu, złożoną mu przez prymasa Glempa.

Tej wrześniowej niedzieli w tłumie wiernych na Jasnej Górze spotkał ks. Jerzego Osińskiego z parafii Świętych Braci Męczenników w Bydgoszczy. To była krótka rozmowa: zaproszenie, których w ostatnich tygodniach ks. Jerzy otrzymywał wiele. Szybki zapis w kalendarzu pod datą 19 października: "Bydgoszcz, godz. 18". Spieszył się, aby w niedzielę wieczorem być w swojej parafii, na Mszy za Ojczyznę. Koncelebrował ją, ale kazania już nie wygłosił. Nigdy nie wygłaszał kazań bez przygotowania.

Może ja pojadę

Św. Stanisław Kostka - to była jego piąta parafia. Wcześniej Ząbki, Anin, parafia Dzieciątka Jezus na Żoliborzu, św. Anna i ponownie Żoliborz. Wikary, pomysłowy katecheta, duszpasterz pielęgniarek i młodzieży. Słabego zdrowia, z anemią - działalność duszpasterską przerywały pobyty w szpitalach i sanatorium w Kudowie - łatwo nawiązywał kontakty i zjednywał ludzi. Choć z drugiej strony - był zupełnie zwyczajny.

Fascynowały go nowinki techniczne, radio, samochód. Palił.

Odnalazł się w Warszawie, choć jego proboszcz z Suchowoli wolał widzieć go w seminarium w Białymstoku. Dlaczego właśnie Warszawa? W podaniu, które 19-letni Alfons Popiełuszko (imię wybrała matka, zafascynowana postacią św. Alfonsa Liguori; ponieważ w Warszawie źle się kojarzyło, zmienił je na popularne na Podlasiu Jerzy na piątym roku studiów) napisał w czerwcu 1965 r. do Rektoratu Seminarium Metropolitalnego, znajduje się uzasadnienie: "prośbę swą motywuję tym, że chcę zostać księdzem, ponieważ mam zamiłowanie do tego zawodu".

Być może chodziło o obecność kard. Wyszyńskiego, który fascynował kleryka z Podlasia na równi ze świętym Franciszkiem z Asyżu? Może zaważyła opinia kolegi z Suchowoli, który w warszawskim seminarium znalazł się wcześniej?

Jerzy Popiełuszko święcenia przyjął w archikatedrze warszawskiej właśnie z rąk prymasa Wyszyńskiego 28 maja 1972 r. Jako motto swojego kapłaństwa wybrał zdanie z Ewangelii św. Łukasza: "Posyła mnie Bóg, abym głosił Ewangelię i leczył rany zbolałych serc". To zdanie znajduje się na jego obrazku prymicyjnym.

Duszpasterzem hutników został trochę z przypadku. Była niedziela 31 sierpnia 1980 r., gdy ks. Bronisław Piasecki, sekretarz kard. Wyszyńskiego, w towarzystwie kilku hutników stanął w drzwiach plebanii kościoła św. Stanisława Kostki. "Szukamy księdza, który odprawi Mszę na terenie huty" - powiedział. Nie musiał więcej tłumaczyć, Warszawa wiedziała, że huta strajkuje. "To może ja pojadę" - zaproponował niepozorny wikary. Pół godziny później stał pod wzniesionym na terenie huty krzyżem i prowizorycznym ołtarzem. Przyznał potem, że miał wielką tremę. Tak zaczęła się jego przyjaźń z hutnikami. I kolejny, ostatni, etap życia.

To mógł być piękny wypadek

W październiku 1984 r. Grzegorz Piotrowski miał 33 lata. Dobrze zbudowany, pewny siebie. Z wykształcenia matematyk, z zawodu nauczyciel. Po dwóch latach etat w szkole zamienia na pracę w Wojewódzkim Urzędzie Spraw Wewnętrznych w Łodzi. Awansuje: do Warszawy ściąga go Konrad Straszewski, dyrektor "wyznaniowego" Departamentu IV MSW. Piotrowski zostaje kapitanem i zastępcą naczelnika wydziału. Dostaje wyższą pensję i służbowe mieszkanie.

Piotrowski robi karierę, bo jest ambitny, cyniczny, inteligentny i bezwzględny. Wśród jego 30 podwładnych są funkcjonariusze starsi wiekiem i stopniem. To Piotrowski w 1983 r. kieruje akcją porwania i oblania fenolem działacza opozycji Janusza Krupskiego. Rok później to on uczestniczy w akcji włamania się do krakowskiego mieszkania ks. Andrzeja Bardeckiego, redaktora "Tygodnika Powszechnego" (chodziło o kradzież dokumentów związanych z kard. Wojtyłą; akcja nie udała się, bo po przyjeździe do Krakowa ekipa, którą kierował Piotrowski, upiła się, spowodowała wypadek samochodowy i w konsekwencji dekonspirację). W obszarze jego zainteresowania są księża, których działalność określana jest jako "wroga władzy ludowej". O znajdującym się na czele listy wikarym z parafii św. Stanisława Kostki przełożony Piotrowskiego, pułkownik Adam Pietruszka, powiedział latem 1984 r.: "Takiego łotra tylko ziemia może wyprostować".

Kapitan Piotrowski nigdy nie był w kościele św. Stanisława, ale czytał wszystkie kazania księdza Jerzego, dostarczone mu przez Departament II (tzw. technikę). Znał szczegóły większości działań, jakie jego resort ("firma" - jak określali ją z dumą) prowadził wobec niepokornego kapłana. To człowiek z jego wydziału, Leszek Pękala, uczestniczył w przeszukaniu mieszkania księdza przy Chłodnej 12 grudnia 1983 r. i - prawdopodobnie - podrzucał wcześniej znalezioną amunicję, materiały wybuchowe i bibułę.

Kiedy 14 października w gabinecie Pietruszki Piotrowski opowiadał o nieudanej akcji (minionej nocy w drodze powrotnej z Gdańska w szybę golfa, którym jechali Popiełuszko i wiceprzewodniczący Regionu Mazowsze NSZZ "Solidarność" Seweryn Jaworski, Piotrowski próbował rzucić kamieniem), jego szef skomentował: "Szkoda, to mógł być piękny wypadek z nimi wszystkimi". Piotrowski spojrzał na Pietruszkę i powiedział: "Nasze działania w Bydgoszczy będą skuteczniejsze".

Tajemnice bolesne

19 października z gmachu MSW wyjechali około 13, białym fiatem 125. W bagażniku mieli zapasowe tablice rejestracyjne, które zmienią na miejscu, w Bydgoszczy. Poza tym dwie łopaty, trzy torby turystyczne, narzuta na tapczan, dwa worki, kominiarki, plastry, nóż, 10 kilogramów kamieni i litr wódki. Wódkę wypiją na tamie we Włocławku po akcji, gdy będzie po wszystkim.

Piotrowski oraz jego dwaj ludzie, Waldemar Chmielewski i Leszek Pękala, obserwowali z samochodu bramę wyjazdową parafii przy ulicy Hozjusza, mieli więc pewność, że ksiądz i jego kierowca wyjechali do Bydgoszczy około 9 rano. Wrócili na Rakowiecką, by zabrać jeszcze trochę rzeczy: milicyjne mundury, talony na benzynę i przepustkę, która pozwoli im uniknąć kontroli "drogówki". Mieli dużo czasu. Przed 18.00 byli przed charakterystycznym, okrągłym kościołem świętych Braci Męczenników w Bydgoszczy.

Tego popołudnia ksiądz Jerzy nie czuł się dobrze. Nie wygłosił homilii, ale odprawił nabożeństwo różańcowe. Na zakończenie Piątej Tajemnicy Bolesnej odczytał zdanie: "Módlmy się, byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy".

To były jego ostatnie publiczne słowa. Po Mszy zjadł kolację na plebanii. W drogę powrotną ruszyli około 21.00. Do rogatek miasta towarzyszył im swoim samochodem Marek Wilk (przyjechał z nimi z Warszawy). Potem zawrócił, na prośbę księdza.

Tuż za miastem ksiądz odmówił różaniec. A potem opowiedział pewną historię. Waldemar Chrostowski zapamiętał ją dobrze: jako dziewięciolatek mały Alek (tak nazywali Alfonsa Popiełuszkę rodzice) robił kasztanowe ludziki. Jako patyczków użył gwoździ. Jeden z nich przebił dłoń chłopca, tworząc ranę. Chłopiec popatrzył na ranę i pomyślał: "Mam podobną ranę jak Chrystus, kiedy był przybity do krzyża".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]