Istnieją filmy, których gigantyczny sukces przechodzi najśmielsze oczekiwania czy kalkulacje. One powinny być rozpatrywane bardziej jako fenomen społeczny niż artystyczny. Trudniej byłoby zainteresować polskiego widza staroświecką (choćby na pozór) komedią o zahukanej gospodyni domowej z lat czterdziestych, gdyby nie fakt, że we włoskich kinach niedawno obejrzało ten film ponad pięć milionów widzów.
Pierwszy tytuł w reżyserskim dorobku Paoli Cortellesi przebił w kasach biletowych samą „Barbie”, co ma tym większe znaczenie, że po jednej stronie mamy krzykliwie różową amerykańską superprodukcję, po drugiej niedrogi czarno-biały film europejski. Równocześnie wiele je łączy, jakkolwiek prokobiece przesłanie jest artykułowane w obu przypadkach zupełnie inaczej.
„Jutro będzie nasze” na pierwszy rzut oka dzieje się w odległym wczoraj, czyli zaraz po wojnie, kiedy Wieczne Miasto znajdowało się pod alianckim nadzorem, a tamtejsze kobiety jeszcze nie posiadały praw wyborczych. Ówczesna rzymska wilczyca ma zmęczoną twarz Delli (w tej roli sama Cortellesi), zaharowanej żony, matki, synowej, mieszkającej w ubogiej dzielnicy, oczywiście w suterenie. Już na dzień dobry dostaje od swego małżonka „z liścia” – i ów frywolny kolokwializm ma tutaj swoją rację bytu. Za chwilę pojawi się wiele znaków, ażeby nie podchodzić do filmu niczym do dosłownego obrazu z epoki, co wcale nie oznacza, iż mamy go traktować niepoważnie.
Innym sygnałem, że jesteśmy w świecie umownym, staje się towarzysząca czołówce ścieżka dźwiękowa, gdzie sentymentalne włoskie piosenki przeplatają się z brzmieniem rockowym czy hiphopowym. Także wyraźna stylizacja na włoski neorealizm filmowy ma chwilami posmak rozmyślnej sztuczności. Wszystkie te malownicze podwórka, gwarne stragany, sznury z suszącą się bielizną mają wyglądać autentycznie, zresztą zdjęcia plenerowe kręcono w rzymskim Testaccio, a aktorzy mówią z tamtejszym akcentem. Wnętrza jednak wykreowano w studiach Cinecittà nie po to, żeby było realistycznie – ma być właśnie tak, „jak w kinie”.
To sprytny zabieg, bowiem natychmiast ustawia konwencję. Dlatego kiedy damski bokser Ivano (w tej roli Valerio Mastandrea) zaczyna rytualne maltretowanie żony, sceny płynnie przechodzą w… taneczną choreografię. Coś się wówczas w środku buntuje, bo czyżby chodziło tu o znormalizowanie, obłaskawienie, skonwencjonalizowanie czy zamaskowanie domowej przemocy? Wręcz przeciwnie. Cortellesi prowokuje tą umownością, podobnie jak zwodniczą prostotą fabuły i muzycznymi anachronizmami, żeby zwrócić uwagę nie na samo brutalne „mięso”, lecz na ukryty kod, który niezależnie od obyczajowych i politycznych przemian nadal się reprodukuje. A już na pewno na Półwyspie Apenińskim, choć przecież nie tylko tam.
To dlatego w swojej ojczyźnie (w tym przypadku należałoby mówić raczej o matczyźnie) film znalazł podatny grunt. Mimo że coraz trudniej napotkać wąsatych mężczyzn w białych podkoszulkach żonobijkach czy kobiety traktowane niczym „służące do wszystkiego” i obowiązuje konwencja stambulska, stare problemy pozostały.
Jesienią ubiegłego roku, kiedy film „Jutro będzie nasze” zdążył wejść na włoskie ekrany, znaleziono w regionie Friuli-Wenecji Julijskiej zmasakrowane ciało studentki Giulii Cecchettin, zamordowanej przez byłego partnera, co wywołało uliczne protesty i burzliwe komentarze. Włoskie statystyki dotyczące kobietobójstw, popełnianych głównie przez mężczyzn z bliskiego otoczenia, są miażdżące (w zeszłym roku ofiarami padło przynajmniej sto dziewięć kobiet). Nic więc dziwnego, że historia napisana przez Cortellesi wespół z Furio Andreottim i Giulią Calendą, przenosząc nas w czasie o prawie osiemdziesiąt lat, jednocześnie tak mocno rezonuje z nastrojami trzeciej dekady XXI w.
Film ma być przede wszystkim przypomnieniem, że w temacie praw kobiet nic nie zostało dane raz na zawsze. Pokazuje, jak codzienna kobieca partyzantka (mikrodywersje, sprytne uniki i drobne fortele) może być kroplą drążącą skałę, ale bez systemowych rozwiązań oraz ich zdecydowanej egzekucji trudno wyobrazić sobie prawdziwą zmianę.
Stąd zaskakujący finał jednych irytuje, innych zaś wprawia w istną euforię. Nie zdradzając szczegółów, powiem tylko, że tajemniczy list, otrzymany przez Delię na początku filmu, i ukryte przed mężem zaskórniaki z dorywczych prac nie wywołają aż takiej rewolucji, jakiej ktoś by się spodziewał. Tym bardziej też złośliwe kojarzenia tytułu „Jutro będzie nasze” z niesławną piosenką z „Kabaretu” Boba Fosse’a, sugerujące rzekomy „feminazizm”, okazują się kompletnie chybione.
Rzec nawet można, że poniekąd wywrotowa komedia ma w rzeczywistości bardzo zachowawczy potencjał i wyważa drzwi dawno otwarte. Lecz znowu: te ciągnące na seanse tłumy, głównie zresztą kobiece, najwyraźniej znalazły na ekranie coś więcej niż pocieszenie, że kiedyś było gorzej. Czerpiąc nie tylko z mistrzów neorealizmu, ale i z plebejskiego kina powojennego spod znaku commedia all’italiana albo z ról Sophii Loren czy Anny Magnani, niekoniecznie tych „ciężkich”, Cortellesi przypomina o powojennym losie swojej babki, a zarazem, w obliczu długiego trwania patriarchalnych tradycji, dedykuje film dziesięcioletniej córce.
Wielu życzyłoby głównej bohaterce takiego życiorysu, jaki na przykład był udziałem Letizii Battaglii, nieustraszonej fotograficzki z Palermo, która wraz z dziećmi uciekła od przemocowego męża do Mediolanu i zrobiła karierę, dokumentując mafijne zbrodnie. Ambicje Cortellesi co do losów Delii są dużo mniej spektakularne, ocierają się wręcz o trywializację.
„Nie możesz jej ciągle lać, bo się przyzwyczai” – radzi swemu synowi równie odrażający teść. Jeden z najpopularniejszych włoskich filmów wszech czasów powstał w dużej mierze po to, by się nie przyzwyczajać, także do tych złudnych okresów spokoju. I zapewne właśnie dzięki temu, że film wiele upraszcza, momentami wyolbrzymia, to znów wycisza, również w dosłownym tego znaczeniu, nie stał się wyłącznie przedmiotem studiów feministycznych czy efemeryczną pozycją w repertuarze kin studyjnych.
Można kręcić nosem na tę wymuszoną lekkość, zaprogramowaną naiwność i proste emocje, chociaż tym razem mają one swój głębszy sens. Dzięki nim ów sens trafił pod strzechy i powrócił do debaty publicznej.
JUTRO BĘDZIE NASZE („C'è ancora domani”) – reż. Paola Cortellesi. Prod. Włochy 2023. Dystryb. Gutek Film. W kinach od 24 maja.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















