„Jutro będzie nasze”: oto jeden z najpopularniejszych włoskich filmów wszech czasów, przebił nawet „Barbie”

Paola Cortellesi dotychczas znana była z ról filmowych, teatralnych i telewizyjnych, w których zabłysnęła talentem komediowym. W wieku 50 lat zadebiutowała jako reżyserka. Tłumy kobiet znalazły w jej filmie coś więcej niż pocieszenie.
Czyta się kilka minut
Kadr z filmu „Jutro będzie nasze”, reż. Paola Cortellesi, 2023 r. // Materiały prasowe Gutek Film
Kadr z filmu „Jutro będzie nasze”, reż. Paola Cortellesi, 2023 r. // Materiały prasowe Gutek Film

Istnieją filmy, których gigantyczny sukces przechodzi najśmielsze oczekiwania czy kalkulacje. One powinny być rozpatrywane bardziej jako fenomen społeczny niż artystyczny. Trudniej byłoby zainteresować polskiego widza staroświecką (choćby na pozór) komedią o zahukanej gospodyni domowej z lat czterdziestych, gdyby nie fakt, że we włoskich kinach niedawno obejrzało ten film ponad pięć milionów widzów. 

Pierwszy tytuł w reżyserskim dorobku Paoli Cortellesi przebił w kasach biletowych samą „Barbie”, co ma tym większe znaczenie, że po jednej stronie mamy krzykliwie różową amerykańską superprodukcję, po drugiej niedrogi czarno-biały film europejski. Równocześnie wiele je łączy, jakkolwiek prokobiece przesłanie jest artykułowane w obu przypadkach zupełnie inaczej. 

„Jutro będzie nasze” na pierwszy rzut oka dzieje się w odległym wczoraj, czyli zaraz po wojnie, kiedy Wieczne Miasto znajdowało się pod alianckim nadzorem, a tamtejsze kobiety jeszcze nie posiadały praw wyborczych. Ówczesna rzymska wilczyca ma zmęczoną twarz Delli (w tej roli sama Cortellesi), zaharowanej żony, matki, synowej, mieszkającej w ubogiej dzielnicy, oczywiście w suterenie. Już na dzień dobry dostaje od swego małżonka „z liścia” – i ów frywolny kolokwializm ma tutaj swoją rację bytu. Za chwilę pojawi się wiele znaków, ażeby nie podchodzić do filmu niczym do dosłownego obrazu z epoki, co wcale nie oznacza, iż mamy go traktować niepoważnie.

Innym sygnałem, że jesteśmy w świecie umownym, staje się towarzysząca czołówce ścieżka dźwiękowa, gdzie sentymentalne włoskie piosenki przeplatają się z brzmieniem rockowym czy hiphopowym. Także wyraźna stylizacja na włoski neorealizm filmowy ma chwilami posmak rozmyślnej sztuczności. Wszystkie te malownicze podwórka, gwarne stragany, sznury z suszącą się bielizną mają wyglądać autentycznie, zresztą zdjęcia plenerowe kręcono w rzymskim Testaccio, a aktorzy mówią z tamtejszym akcentem. Wnętrza jednak wykreowano w studiach Cinecittà nie po to, żeby było realistycznie – ma być właśnie tak, „jak w kinie”.

To sprytny zabieg, bowiem natychmiast ustawia konwencję. Dlatego kiedy damski bokser Ivano (w tej roli Valerio Mastandrea) zaczyna rytualne maltretowanie żony, sceny płynnie przechodzą w… taneczną choreografię. Coś się wówczas w środku buntuje, bo czyżby chodziło tu o znormalizowanie, obłaskawienie, skonwencjonalizowanie czy zamaskowanie domowej przemocy? Wręcz przeciwnie. Cortellesi prowokuje tą umownością, podobnie jak zwodniczą prostotą fabuły i muzycznymi anachronizmami, żeby zwrócić uwagę nie na samo brutalne „mięso”, lecz na ukryty kod, który niezależnie od obyczajowych i politycznych przemian nadal się reprodukuje. A już na pewno na Półwyspie Apenińskim, choć przecież nie tylko tam.

To dlatego w swojej ojczyźnie (w tym przypadku należałoby mówić raczej o matczyźnie) film znalazł podatny grunt. Mimo że coraz trudniej napotkać wąsatych mężczyzn w białych podkoszulkach żonobijkach czy kobiety traktowane niczym „służące do wszystkiego” i obowiązuje konwencja stambulska, stare problemy pozostały. 

Jesienią ubiegłego roku, kiedy film „Jutro będzie nasze” zdążył wejść na włoskie ekrany, znaleziono w regionie Friuli-Wenecji Julijskiej zmasakrowane ciało studentki Giulii Cecchettin, zamordowanej przez byłego partnera, co wywołało uliczne protesty i burzliwe komentarze. Włoskie statystyki dotyczące kobietobójstw, popełnianych głównie przez mężczyzn z bliskiego otoczenia, są miażdżące (w zeszłym roku ofiarami padło przynajmniej sto dziewięć kobiet). Nic więc dziwnego, że historia napisana przez Cortellesi wespół z Furio Andreottim i Giulią Calendą, przenosząc nas w czasie o prawie osiemdziesiąt lat, jednocześnie tak mocno rezonuje z nastrojami trzeciej dekady XXI w. 

Film ma być przede wszystkim przypomnieniem, że w temacie praw kobiet nic nie zostało dane raz na zawsze. Pokazuje, jak codzienna kobieca partyzantka (mikrodywersje, sprytne uniki i drobne fortele) może być kroplą drążącą skałę, ale bez systemowych rozwiązań oraz ich zdecydowanej egzekucji trudno wyobrazić sobie prawdziwą zmianę. 

Stąd zaskakujący finał jednych irytuje, innych zaś wprawia w istną euforię. Nie zdradzając szczegółów, powiem tylko, że tajemniczy list, otrzymany przez Delię na początku filmu, i ukryte przed mężem zaskórniaki z dorywczych prac nie wywołają aż takiej rewolucji, jakiej ktoś by się spodziewał. Tym bardziej też złośliwe kojarzenia tytułu „Jutro będzie nasze” z niesławną piosenką z „Kabaretu” Boba Fosse’a, sugerujące rzekomy „feminazizm”, okazują się kompletnie chybione.

Rzec nawet można, że poniekąd wywrotowa komedia ma w rzeczywistości bardzo zachowawczy potencjał i wyważa drzwi dawno otwarte. Lecz znowu: te ciągnące na seanse tłumy, głównie zresztą kobiece, najwyraźniej znalazły na ekranie coś więcej niż pocieszenie, że kiedyś było gorzej. Czerpiąc nie tylko z mistrzów neorealizmu, ale i z plebejskiego kina powojennego spod znaku commedia all’italiana albo z ról Sophii Loren czy Anny Magnani, niekoniecznie tych „ciężkich”, Cortellesi przypomina o powojennym losie swojej babki, a zarazem, w obliczu długiego trwania patriarchalnych tradycji, dedykuje film dziesięcioletniej córce.   

Wielu życzyłoby głównej bohaterce takiego życiorysu, jaki na przykład był udziałem Letizii Battaglii, nieustraszonej fotograficzki z Palermo, która wraz z dziećmi uciekła od przemocowego męża do Mediolanu i zrobiła karierę, dokumentując mafijne zbrodnie. Ambicje Cortellesi co do losów Delii są dużo mniej spektakularne, ocierają się wręcz o trywializację. 

„Nie możesz jej ciągle lać, bo się przyzwyczai” – radzi swemu synowi równie odrażający teść. Jeden z najpopularniejszych włoskich filmów wszech czasów powstał w dużej mierze po to, by się nie przyzwyczajać, także do tych złudnych okresów spokoju. I zapewne właśnie dzięki temu, że film wiele upraszcza, momentami wyolbrzymia, to znów wycisza, również w dosłownym tego znaczeniu, nie stał się wyłącznie przedmiotem studiów feministycznych czy efemeryczną pozycją w repertuarze kin studyjnych. 

Można kręcić nosem na tę wymuszoną lekkość, zaprogramowaną naiwność i proste emocje, chociaż tym razem mają one swój głębszy sens. Dzięki nim ów sens trafił pod strzechy i powrócił do debaty publicznej.  

JUTRO BĘDZIE NASZE („C'è ancora domani”) – reż. Paola Cortellesi. Prod. Włochy 2023. Dystryb. Gutek Film. W kinach od 24 maja.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 21/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Życie jak w kinie