Reklama

Ładowanie...

Jeżdżąc z Vargą

Jeżdżąc z Vargą

02.12.2009
Czyta się kilka minut
Zawsze mi się wydawało, że Krzysztof Varga jest trochę z Austro-Węgier. Melancholia jego książek była wprawdzie przyprawiona szczyptą nowoczesnej czy ponowoczesnej ironii, jednak jej duch pozostawał habsburski. Wszystkie opowiadały o schyłku.
K

Kiedyś byliśmy w rumuńskich górach Retezat. Szliśmy na spacer leśną ścieżką. W pewnym momencie zobaczyliśmy klatkę ze stalowych prętów, a w niej kości, jakieś żebra, resztki mięsa i cała ta instalacja nieźle cuchnęła. Varga przyjrzał się dokładnie, a potem zapytał, co to może być. Odpowiedziałem, że chyba pułapka na niedźwiedzie. Niedźwiedź podchodzi, próbuje dobrać się do padliny, a myśliwy do niego strzela. To nie jest fair, ale w całej Rumunii są cztery tysiące niedźwiedzi i muszą sobie jakoś z nimi radzić. Wtedy Krzysztof podniósł dwa spore kamienie i ruszyliśmy dalej.

***

Bo czasami zdarzało się nam razem podróżować. Zazwyczaj były to podróże na południe, więc trasa wiodła przez drugą ojczyznę Vargi, czyli przez Węgry.

Kiedyś snuliśmy się w upale po Ormánság. To jest wysoce melancholijny i bagienny region na samym południu nad Drawą. Po drugiej stronie rzeki zaczyna się Chorwacja. Wsie były podupadłe, wyludnione i piękne. Na barokowych wieżach kościołów bociany miały gniazda. Po dwa, po trzy na jednej. Znajomy Węgier, którego odwiedziliśmy, miał kolekcję wszystkich analogów SBB. Tego samego dnia dotarliśmy do Villányi. Villányi to niewysokie pasmo wzgórz na południe od miasta Pécs. Na zboczach uprawia się winorośl. To najsłynniejszy po Tokaju region winiarski i najlepsze czerwone wino w kraju. Oczywiście pojechaliśmy tam pić i jeść. Jednak po kilku węgierskich obiadach i kolacjach byliśmy już nieco ociężali od słonin, mięs i smalców. - Dzisiaj relaks - powiedział Varga - na kolację weźmiemy rybkę. Ryby miały po kilogramie i każda z nich leżała na górze klusek przemieszanych ze skwarkami.

***

Jakiejś deszczowej zimy w Sarajewie zajadaliśmy się byrkami. Z mięsem, z serem, ze szpinakiem. Wciąż padało. Wcześniej byliśmy na Istrii i w Lice i wszędzie lał ciemny zimowy deszcz. Padał na rubieże dawnego cesarstwa.

Zawsze mi się wydawało, że Varga jest trochę z Austro-Węgier. Melancholia jego książek była wprawdzie przyprawiona szczyptą nowoczesnej czy ponowoczesnej ironii, jednak jej duch pozostawał habsburski. Wszystkie opowiadały o schyłku. Był luty, lało jak z cebra, a on siedział rozparty w samochodzie albo w jakiejś bośniackiej rozpaczliwej knajpie i wszystko mu się podobało. Zmierzch zapadał o czwartej, przez mokre szyby nic nie było widać, więc można było gapić się w przeszłość, w nicość i pustkę, w której człowiek inteligentny oraz pozbawiony złudzeń znajduje obrazy i odpowiedzi. Zdaje się, że tak było na przykład w Biharu, gdzie rzeka Una powoli występowała z brzegów.

Zmienia się, gdy zaczyna mówić po węgiersku. Któregoś lata na rynku w Sighişoarze - która przed Trianon nazywała się Segesvár - wdaliśmy się w rozmowę z Cyganem. Cygan był z Kałderaszy i oczywiście handlował pobielanymi garnkami, dżezwami oraz innym kotlarskim rzemiosłem. Chcieliśmy od niego kupić mały dzbanek, ale równocześnie chcieliśmy potargować się o cenę. Nie znaliśmy ani romani, ani rumuńskiego, więc Varga zaczął mówić po węgiersku. Wydawało nam się, że w dawnym węgierskim Siedmiogrodzie wszyscy powinni mówić po węgiersku, a przynajmniej po węgiersku rozumieć. Nasz Cygan jednak stał nieporuszony. Wysoki, postawny, piękny, z długą siwą brodą patrzył na nas z wysoka i nic. Krzysiek przemawiał żywo, z ogniem, z gestykulacją. Węgierski go odmieniał, wlewał weń innego ducha niż duch słowiański, liryczny i szelestliwy. Nie na darmo Emil Cioran twierdził, że węgierski to język stworzony do przekleństw i do modlitwy. Krzysiek rozgrzewał się coraz bardziej, a Cygan coraz bardziej milczał. W końcu nadeszły dwie dystyngowane staruszki i przełożyły Kałderaszowi na rumuński Krzyśkowy wywód. Ale i tak nic nie utargowaliśmy.

Pewnego lata byliśmy w Nowym Sadzie - jeszcze na początku minionego wieku zwanym Újvidek. Mieliśmy wspólnie wystąpić w serbskiej telewizji. Dochodziła północ, a my siedzieliśmy na telewizyjnym korytarzu, czekając na swoją kolej. Towarzystwo w tej telewizyjnej poczekalni przypominało zestaw, jaki można spotkać nocą na komendzie policji: panny przypominające striptizerki, faceci przypominający najemników, jakieś towarzystwo prosto z przyjęcia i w końcu my - wszyscy czekali na swoje pięć minut sławy i palili jak opętani. W końcu przyszła nasza kolej. Czekała na nas pani prowadząca. Miała suknię do ziemi z kosmicznym dekoltem. Była pięknie umalowana. Przez ten dekolt w ogóle nie można było się skupić. Pytała nas o to, co nam się najbardziej podobało w Serbii. Nie dała żadnej szansy. Przyparty do muru Krzysiek szukał w pamięci przewag pięknej serbskiej ziemi, kamerzyści robili mu zbliżenia, prezenterka z uśmiechem czekała. "Noo, chaos mi się podoba. Na przykład ruch uliczny w Belgradzie...". Cedził powoli słowa, a ja podświadomie czekałem, aż po prostu powie, że podoba mu się "ten bałkański burdel", ale nie powiedział, tylko łagodził swój "chaos" za pomocą słowa "żywioł", ale i tak to niewiele dało. Prezenterka przestała się uśmiechać, a kamerzyści przestali robić nam zbliżenia.

Za to następnego dnia pojechaliśmy na konferencję prasową, którą zwołał w celach promocyjnych serbski wydawca książki Krzyśka. Konferencja odbywała się w restauracji na wzgórzach nad miastem. O jedenastej przed południem stoły uginały się od jedzenia i picia. Kelnerzy uwijali się jak w ukropie. Zaproszeni dziennikarze z gazet i telewizji ucztowali, wznosili toasty, poklepywali się i całowali. Rozpromieniony wydawca przechadzał się i pilnował, by nikomu niczego nie brakowało. Klimat był raczej z Kusturicy niż z konferencji. Potem Varga usiadł na chwilę przed kamerą, odpowiedział na kilka pytań i wszyscy powrócili do stołów. "U nas nigdy tak nie będzie" - powiedział ze smutkiem w głosie. O drugiej po południu promocja ostatecznie zamieniła się w karnawał.

***

Tak więc zawsze na południe i prawie zawsze przez Budapeszt, w którym czuje się jak w domu. Któregoś grudnia byłem w Budapeszcie bez niego i spacerowałem po najpiękniejszym peszteńskim cmentarzu Kerepesi. Od czasu do czasu wysyłałem mu sms-a, a on pomagał mi namierzyć co ciekawsze grobowce, w których spoczywała przeszłość Wielkich Węgier. To samo było z knajpami: wystarczało pytanie i już nadchodziła krótka wiadomość tekstowa z informacją, gdzie na przykład dają najlepszą zupę z suma. Wynajdował lokale na przedmieściach, obok peryferyjnych dworców, na zadupiach, gdzie serwowano taką kuchnię, że powracała w snach.

Teraz przychodzi mi do głowy, że nie jest to przypadek: cmentarze i knajpy. W końcu w książkach Krzyśka zmysłowość i melancholia, smak życia i przeczucie końca destylują się w trunek o niepospolitej mocy. Wśród polskich pisarzy współczesnych (a chciałoby się rzec, że i wśród węgierskich pisarzy piszących po polsku...) jest pisarzem najbardziej barokowym. Nie wiem, czy to dobrze brzmi, ale oddaje sens jego pisarstwa.

***

Jakiś czas temu gościł u nas. Któregoś dnia powiedział: "Skoczę na Węgry. Zrobię jakieś zakupy, słonina, wino, i wrócę". Gdy mówił: "słonina", miał oczywiście na myśli słoninę z mangalicy - diabolicznej czarnej świni, żyjącej w stanie półdzikim na Puszcie. Według legendy, w którą wierzą wyznawcy, jej tłuszcz nie zawiera cholesterolu, natomiast smakuje narkotycznie. Zwłaszcza z czerwonym winem z Villányi. Tak więc pojechał.

Zadzwonił po trzech godzinach: "Przyjedźcie po mnie. Skasowałem auto pod Miszkolcem". Zasnął za kierownicą i wjechał w ciężarówkę. Na szczęcie nie od przodu, tylko z tyłu. Po prostu ją dogonił. Potem opowiadał: "Obudziły mnie wybuchające poduszki powietrzne. Zrobiło się biało i pomyślałem: oto umieram, oto nadeszła śmierć". Ale nie umarł. Wyszedł bez szwanku. Pojechaliśmy po niego z Kamilem Targoszem. Czekał na nas w knajpie Zielony Król - smętnym baraku z szynkwasem i automatem do gry na przedmieściach Miszkolca. Pił piwo i czekał. Tuż obok, u mechanika, stało auto ze zmasakrowanym przodem i białymi całunami sflaczałych poduszek.

Załadowaliśmy rzeczy i ruszyliśmy do Polski. Czteropasmowa obwodnica była rozświetlona i pusta. Zaraz potem pochłonęła nas węgierska noc. Wychodziło na to, że wracamy, a w każdym razie on, Varga, z bardzo dalekiej podróży.

Autor artykułu

Andrzej Stasiuk / Fot. Grażyna Makara
Urodził się w 1960 roku w Warszawie. Mieszka w Beskidzie Niskim. Prozaik i eseista. Autor Murów Hebronu, Dukli, Opowieści galicyjskich, Dziewięciu, Jadąc do Babadag, Taksimu, Dziennika...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]