Reklama

"Na skraju wszechświata"

"Na skraju wszechświata"

05.06.2005
Czyta się kilka minut
W samym środku Budapesztu znajdują się dwa dworce kolejowe: Keleti i Nyugati, Wschodni i Zachodni. Pociągi dojeżdżają do nich... i zawracają. Tutaj tory się kończą. Podróżny dociera do centrum Europy, na stację docelową, dalej ani rusz... To symbol - stąd można jedynie wrócić, udać się do miejsca, w którym przyszła do głowy pierwsza myśl o wyprawie do naddunajskiego grodu.
W

Węgry, Budapeszt - “ziemia zawieszona", zmagająca się od wieków z koniecznością i jednocześnie niemożliwością wyboru między Wschodem i Zachodem. Claudio Magris pisze w “Dunaju": “Wjeżdżając na wielką równinę węgierską, wkraczamy oczywiście do częściowo innej Europy, złożonej z elementów różnych od tych, z jakich ulepiona jest glina zachodnia" (przeł. A. Osmólska-Mętrak). Tutaj, niczym w kotle, wymieszane zostało to, co przynosili ze sobą Hunowie i Awarowie, Słowianie i Madziarzy, Tatarzy i Kumanie, Jazygowie i Pieczyngowie, Turcy i Niemcy. Ten “barwny korowód przodków", złożone pochodzenie powodują pewne poczucie osamotnienia Węgrów w Europie.

Polak porozumie się prędzej czy później ze wschodnim czy południowym Słowianinem, nie mówiąc już o Czechach, Słowakach czy Łużyczanach. Podobnie będzie z narodami o rodowodzie germańskim czy romańskim. Węgrzy pozostawili swoich najbliższych krewniaków, potomków plemion Mansów i Chantów, w Azji, na terenie dzisiejszej Rosji nad Obem. Cóż z tego, że Finowie czy Estończycy też posługują się językami ugrofińskimi, skoro są one dla naszych bratanków od szabli i szklanki “nieczytelne" (i vice versa). Można by powiedzieć, że są Węgry pod tym względem wyspą w środku Europy.

Melancholijna równina

W 1920 r. na skutek zawartego w Trianon traktatu Korona Węgierska została pomniejszona o 2/3 historycznego terytorium. Żadne z państw europejskich w XX wieku w wyniku zawirowań politycznych nie utraciło tyle, co Węgry. Z powodu postanowień wspomnianego traktatu oraz emigracji po II wojnie światowej i powstaniu 1956 r. poza granicami ojczyzny znalazło się pięć milionów Węgrów. Dziś na przykład młodych Węgrów z terenów Rumunii z Siedmiogrodu studiujących w Budapeszcie można rozpoznać po tym, iż w dużo szybszym tempie są zdolni przyswoić sobie języki francuski, włoski czy hiszpański, niż ich koledzy żyjący od zawsze w granicach administracyjnych państwa węgierskiego. Decyzje polityczne, dla większości niekorzystne, niektórym przynoszą pożytek.

Podobno poczucie samotności i opuszczenia wzmaga w Węgrach melancholijna równina, na jakiej rozciąga się ich ojczyzna. Prowadzi to u nich do wrażenia, jakby “siedzieli na skraju wszechświata" - według słów Józsefa Attili, jednego z najwybitniejszych poetów węgierskich ubiegłego stulecia. Czasem te odczucia równoważy humor, dodajmy - czarny humor. Rzeczony poeta Attila, zmagający się z chorobą psychiczną, kończy jako samobójca (w wieku 32 lat) pod kołami pociągu. Odpowiednikiem polskiego “być na dobrej drodze" jest węgierskie “sínen van", co można by sparafrazować jako “być na właściwych torach". Niektórzy Węgrzy dodają: “...jak József Attila".

Inny pisarz Sándor Márai, dziś również w Polsce uznawany za “nowego klasyka" literatury dwudziestowiecznej, popełnia samobójstwo w wieku 89 lat. (Bodajże na Węgrzech i w Finlandii wśród krajów europejskich dokonywano, przynajmniej do niedawna, najwięcej tych desperackich aktów.) W 1947 r. zastanawiał się, czy aby nie jest tak, że “literatura węgierska w swojej najbardziej sekretnej treści - może w samotnej urodzie ducha swego wschodniego w końcu i dalekiego języka - w jakiś sposób, z jakiegoś powodu nie pasuje do literatury światowej" (“Dziennik", przeł. T. Worowska). Dziś to widzenie zmienia się - dowodem chociażby Nagroda Nobla dla Imre Kertésza. W Polsce też ostatnio jakby więcej przekładów literatury węgierskiej, poza wspomnianymi: Bodor, Krasznohorkai, Esterházy, Kovács; wkrótce: Szécsi i Zilahy.

Parę lat później Márai zauważa: “...pisarze tworzący w »wielkich« językach także bywają straszliwie samotni i pozbawieni odzewu; i może trudniej się duchowo wyrwać z tej innej samotności, samotności w tłumie, niż z zamknięcia w »małym« języku". Może więc paradoksalnie pisanie w języku małego narodu jest szansą, i to może zwłaszcza dziś, kiedy z jednej strony mamy do czynienia z globalizacją, unifikacją, macdonaldyzacją kultury, z drugiej jednak, obserwuje się zainteresowanie tym, co oryginalne, niepowszechne, można by nawet rzec - lokalne.

Węgierski kwiat lotosu

A na brak zainteresowanych, na brak turystów Węgrzy narzekać nie mogą. Ściąga ich tutaj bogate dziedzictwo kulturalne, a w większym jeszcze stopniu - piękno krajobrazów z krajobrazem balatońskim na czele, a także termalne źródła lecznicze. Sam Budapeszt jest przepełniony atrakcjami turystycznymi. Na zliczenie samych łaźni i kąpielisk miasta stołecznego nie starczyłoby wszystkich palców. Najsławniejsze termy to te w hotelu Gellért w Budzie oraz Széchenyiego w Peszcie. Poza stolicą trzeba koniecznie pojechać do Hévíz (niedaleko od wybrzeża Balatonu), gdzie wokół największego gorącego jeziora torfowego Europy Gyógytó wzniesiono cały kompleks uzdrowiskowy. Niektóre pawilony powstały na palach wbitych w dno zbiornika. Miasteczko ma w herbie kwiat lotosu. Rozliczne jego odmiany sprowadzono tutaj w XIX wieku z Afryki i Indii, i tak się zadomowiły.

W każdym właściwie zakątku kraju natrafić dziś można na ciepłe źródła. To one, obok słynnych win, stanowią wizytówkę turystyczną Węgier. Tokaje, czyli wina likierowe, oraz wina egerskie, zwłaszcza “bycza krew", są u nas dobrze znane. Ale warto sięgnąć i po inne gatunki. Znakomite są chociażby czerwone wina z południa kraju, z regionu Villány na pograniczu chorwackim. Tradycja winiarska, trwająca na tych terenach od czasów Celtów i Rzymian, kontynuowana była przez Niemców i Węgrów, do jej rozwoju przyczynili się też Serbowie, którzy przywieźli tutaj szczep winny kadarka. Z kolei amatorzy białych win z pewnością nie będą zawiedzeni trunkami z regionów Mátra, Badacsony czy Sopron.

W niektórych okresach historycznych (np. w XIV w.) eksport z Węgier do Polski koncentrował się właśnie na winie. Wino było nie tylko podporą gospodarki, zdarzało się, że chroniło kraj przed obcą inwazją. Według jednej z legend z XVI wieku obrońcy zamku egerskiego pili dla kurażu Egri Bikavér, broniąc się przed Turkami. Ci - jako muzułmanie niepijący wina - wpadli w popłoch, gdy dowiedzieli się, że załoga zamku pije przed bitwą byczą krew, uciekli zobaczywszy “zakrwawione" brody węgierskich żołnierzy. W ten sposób wino uratowało Eger.

Langosz, pogacz, dobos

W Budapeszcie jest parę winiarni, w których po zapłaceniu określonej kwoty za wstęp, można degustować dowolne ilości wina z różnych regionów. Jedno z takich miejsc znajduje się na Wzgórzu Zamkowym, z którego roztacza się piękny widok na całe niemal miasto, podobnie jak z sąsiedniej Góry Gellérta, czyli św. Gerarda, biskupa, którego - o czym mówi legenda - pojmali w XI wieku poganie, wsadzili do nabitej gwoździami beczki i zepchnęli do Dunaju. Na jednym ze stoków stoi dziś pomnik męczennika. Na samym szczycie znajduje się zaś budapeszteńska Statua Wolności, czyli pomnik Wyzwolenia. Pierwotnie miał upamiętniać wyswobodzenie miasta spod okupacji hitlerowskiej przez Armię Czerwoną. Z czasem jednak usunięto stamtąd pięcioramienną gwiazdę. Pozostała kobieca postać, trzymająca nad głową gałązkę palmową. Stojąc u stóp pomnika można zobaczyć po stronie peszteńskiej Parlament - największy gmach sejmowy w Europie, wzniesiony za CK monarchii, Bazylikę św. Stefana, gdzie przechowywany jest relikwiarz zawierający zmumifikowaną prawicę patrona świątyni, pierwszego króla Węgier, zabytkową halę targową, mosty na Dunaju, chyba jedne z najpiękniejszych w Europie, będące jednak replikami, ponieważ oryginalne wysadzili w powietrze wycofujący się hitlerowcy.

Oczywiście Węgry to nie tylko Budapeszt. Trzeba pojeździć po kraju, żeby poznać jego “koloryt". Przejechać przez Wielką Nizinę Węgierską, zahaczyć o Debreczyn, przemierzyć Kraj Zadunajski, zaglądnąć do Peczu, objechać dookoła Balaton itd. Magris pisze: “Żółć słoneczników i kukurydzy rozlewa się po polach, jak gdyby lato rozbiło swoje namioty; Węgry to także ta ciepła i witalna barwa, przechodząca w pomarańczowoochrowy kolor kamienic i domów".

A znużony podróżny, zasiadając nad miską strawy, powinien wybrać coś z miejscowych kulinariów. Na przykład, jako przekąskę, langosza - placek smażony na głębokim oleju, w jego najbardziej rozpowszechnionej, a zarazem klasycznej postaci, czyli skropionego sosem czosnkowym, posmarowanego śmietaną i posypanego startym żółtym serem. Bywa, że w lokalach gastronomicznych podają langosze wielkości dużej pizzy. Z zup dobrze wybrać pasterską, rybną albo gulaszową. A jeśli głód ciągle nie będzie dawał spokoju, należy poprawić bograczem, leczem (często wylewanym na kawałek duszonego mięsa) bądź nadziewaną papryką. Na deser koniecznie pogacze albo cukiernicza specjalność węgierska - tort dobos z glazurą cukrowo-cytrynową. A przy tym niech gra jakaś węgiersko-cygańska kapela...

Jakub Pacześniak jest tłumaczem i pracownikiem katedry Filologii Słowiańskiej i Bałtyckiej Uniwersytetu Loránda Eőtvősa w Budapeszcie.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]