Jesteś gruba

Im gorzej jest w twoim życiu, tym gorzej jest z twoim ciałem. Ale widać tylko ciało.

13.12.2021

Czyta się kilka minut

 / BARBARA NIEWIADOMSKA
/ BARBARA NIEWIADOMSKA

1

Zaczęło się od tajemnic, które – podobnie jak dobrzy dziadkowie – pochodzą z obu stron: ojca i matki. Tajemnicę ze strony ojca Olga nazwała roboczo „tym, co wydarzyło się nocą w ogrodzie”.

Po ojcu zostało jej kilka rzeczy. Zdjęcie ze śladem pieczątki w dolnym prawym rogu. Musiał je wydrzeć ze szkolnej legitymacji albo książeczki wojskowej. Zegar-kukułka, który z każdym tyknięciem udaje żywego. I lampka ze złoto-rubinowym abażurem, która rozświetla pokój jesiennym światłem.

Ma też jedno wspomnienie. Wyraźne. W centrum jest on – wysoki i szczupły. I dom, chyba ich wspólny, jeśli kiedykolwiek istniał. Ojciec idzie w stronę drewnianego płotu, schyla się i zrywa kilka gałązek koperku.

Koperek. Tylko tyle. Musiała mieć wtedy dwa lata, nie więcej.

Tamtego wieczoru mógł siedzieć nad światłem naftowej lampy i zapisywać na zabrudzonych kartach grubego zeszytu informacje o lesie, w którym pracował. Liczbę drzew, które oznakował. Kilogramy paszy, którą przygotował przed zimą na dokarmianie. Stan szkółki. Jego czerwone ołówki – właśnie, je też pamięta – walały się po domu, więc musiał mieć je i w ogrodzie.

Być może przyszli już po zmroku, gdy zamglone pasmo pobliskich gór powoli znikało za oknem. Być może ogłuszyli go czymś. Być może próbował uciec. A może – jak chcą niektórzy – za dużo wypił, a tamtej nocy przyszły duchy, nie ludzie.

Nigdy nie rozmawiała o tym z matką. Raz tylko jej, a może babci, wymsknęło się, że ojca znaleźli martwego w ogrodzie.

Jedna tajemnica przechodzi w drugą.

Na tę drugą Olga też ma roboczą nazwę: „mama miała chyba depresję”. „Chyba” – bo o tym też nigdy nie rozmawiały. Tajemnice, zwłaszcza te rodzinne, lubią się nawzajem. I mają swoich strażników: „Po co ci to?”, „Nie ma do czego wracać”, „Ważne jest to, co tu i teraz”.

Tajemnicę matki próbowała rozwikłać. Zaczęło się od tego, że gdy miała cztery lata, zamieszkała z dziadkami w dużym, nieznanym mieście, a jej mama przeprowadziła się do niewielkiej miejscowości, w której nikogo nie znała. Podobno z nikim się nie spotykała. Podobno gdzieś pracowała. Podobno przez długi czas była w szpitalu, podobno to był szpital psychiatryczny.

– Jestem Buką z „Muminków” – mówiła, gdy Olga miała cztery lata.

Olga znała taką mamę – smutną i nieobecną. Ale pamiętała też inną: taką, która puszcza z nią latawce albo bawi się w berka na trawie.

Gdy miała siedem lat, zamieszkały razem. W jednym pokoju z niewielką kuchnią i łazienką. Matka pracowała wtedy na zmiany, ale zamiast jednego dyżuru czasami brała dwa. Wychodziła o 7, wracała przed 22. Siadała zwykle na taborecie w kuchni, paliła papierosa, piła czarną, gorzką, mocną herbatę. Gdy Olga się do niej zbliżała, matka brała gazetę i chowała się za rozłożoną na wysokości twarzy płachtą.

Olga próbowała coś mówić. Opowiadać, co w nowej szkole, o tym, że dzieci znają się już z przedszkola albo po sąsiedzku, a ona jedna jest tam nowa i może dlatego patrzą na nią jakoś tak podejrzliwie. I że ostatnio ktoś jej wbił cyrkiel w plecy.

Matka nie reagowała, albo odpowiadała półsłówkami: „naprawdę?”, „aha”, „no trudno”. Olga po jakimś czasie zrozumiała, że gazeta jest jak mur, i że powstał z jakiegoś ważnego powodu, a w związku z tym nie ma co go forsować każdego wieczoru.

Pierwszego dnia w nowej szkole – nie pamięta.

Pierwszej klasy w nowej szkole – nie pamięta.

Za to lekcje wuefu pamięta dobrze. Miała z nimi problem od początku. Nie lubiła ubrań, które mokre przyklejały się do jej ciała i w ten sposób je odsłaniały. Nie lubiła tego, że jedna osoba wykonuje jakieś ćwiczenie, na przykład skacze przez kozła, a reszta patrzy. Ani tego, że nikt nie rozumie, dlaczego ona nie potrafi zawisnąć na drabinkach i stanąć na rękach.

Gdy matka nie reagowała też na informacje o drugim miejscu, które zajęła w etapie wojewódzkim olimpiady filozoficznej, Olga poddała się i zaczęła szukać własnej kryjówki. Wchodziła pod prysznic, ale nie odkręcała wody. Stała tylko pod deszczownicą i zastygała, sama nie wie, na jak długo. Albo szła do lasu, a im dalej od ludzi, tym czuła się bezpieczniej.

– Jesteś gruba – powiedziała Oldze pewnego dnia matka.

2

Co z takimi słowami matki można zrobić?

Olga próbowała różnych rzeczy. Najpierw przyglądała się, dość niepewnie, innym zdaniom matki, które słyszała już wcześniej i które nagle zaczęły pasować do tego nowego: „jesteś gruba”.

Gdy mieszkała jeszcze z dziadkami, matka mówiła: „Służą ci te babcine obiadki”.

Powtarzała to zdanie często. Olga analizuje: obiady były codziennie, to fakt. Jedno albo dwa dania. Co w tym złego? Regularne. Wcale nie takie tłuste. No, może czasem smażone mięso. Ale przecież wszyscy jedzą takie obiady i nikt ich nikomu nie wypomina. Jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia. Poza tym była dzieckiem, skąd miała wiedzieć, czy je dużo, czy za dużo. A może matce chodziło o to, że ona sama ich nie dostawała? Potem, gdy zamieszkały już razem, gotowała, choć często w zamian dawała Oldze kilka złotych na kanapkę albo frytki w przyszkolnej knajpie.

Matka mówiła: „Co, znowu tyle jesz?”.

Olga wiedziała, do czego się to „znowu” odnosi. Było późne popołudnie, gdy babcia włożyła do piekarnika największy prodiż z pizzą, a ona odliczała minuty, aż się zjawią. A potem kolejne, które upływały od umówionej godziny. Były jej urodziny, mieli być goście z jej klasy. Kilka koleżanek, którym czasem robiła niespodzianki, bo chciała, żeby ją polubiły. 15 minut, 25 minut, godzina. Nie przyszła żadna, jakby się zmówiły. Olga właściwie nie była głodna i nie wie, dlaczego zjadła prawie całą pizzę. Ale zjadła, i matka o tym pamiętała. Od tamtego czasu, gdy tylko na stole pojawiało się jedzenie, matka Olgi obserwowała, ile sobie nabiera na talerz, a potem szybko zanosiła resztę jedzenia do kuchni. Nie pozwalała na dokładkę. Robiła to nawet wtedy, gdy odwiedzali ich goście.

Olga wyjmowała też albumy ze zdjęciami, przeglądała jedno za drugim, uważnie. Zaczynała od tych najdawniejszych, jeszcze z czasów, kiedy mieszkała z dziadkami. Stoi obok młodszej kuzynki. To chyba zdjęcie z którychś świąt, a świąt nie lubiła najbardziej, bo o ile na co dzień w domu było nerwowo, to w święta było nerwowo pięć razy bardziej. Przygląda się dokładnie dwóm małym ciałom. Widzi, że kuzynka jest grubsza, ale to nie ona próbuje się ukryć, to nie ona się garbi, żeby sprawiać wrażenie mniejszej. Olga wyjmuje zdjęcia klasowe, te robione przez fotografa, który zjawiał się w szkole na jeden dzień, zapraszał klasę za klasą, ustawiał dzieci, rozśmieszał, a potem przysyłał coroczny portret grupowy. Idealne narzędzie do porównań dla każdego, kto chciałby zobaczyć, jak jego dziecko wygląda na tle innych. Olga wie, że nie wyróżniała się wcale, nie jest „większa” od innych dziewczynek. Ale tylko ona ma za dużą bluzę i luźne spodnie.

Zaczęła w końcu obserwować matkę. Jej kolejne pomysły na własne odchudzanie. Ważyła już wtedy nieco ponad 50 kilogramów i ciągle odmawiała sobie jedzenia. Olga zachęcała ją: „Zjedz coś ciepłego”. Prosiła: „Przestań ciągle tylko to chrupkie pieczywo”. Ale matka nie słuchała.

Oldze czasem się wydawało, że gdy matce ubywa kilogramów, to one nie znikają, tylko trafiają do niej. Jeden kilogram mniej matki, jeden kilogram więcej Olgi. A może to było tylko jej poczucie winy. Bo matka nie chudła, nie miała już z czego.

Gdy zmarła, Olga zaczęła tyć naprawdę.

3

Tylko pozornie została sama. Miała trzy kredyty do spłacenia – jeden swój, dwa matki. I jedną pracę.

Miesiąc w miesiąc przez trzy lata robiła to samo, z małymi odchyleniami. Dostawała pensję na konto, spłacała kredyty, robiła opłaty. Kombinowała. Jednego miesiąca nie zapłaciła za prąd, drugiego zapłaciła za prąd za dwa miesiące, ale nie przelała za gaz, trzeciego uregulowała rachunki za gaz, ale nie zapłaciła za wodę.

Niezależnie od kombinacji zostawało jej zwykle tyle samo: dwieście złotych.

Kombinowała więc dalej. 400 gramów kaszy kosztuje tyle samo co dwa kilogramy ziemniaków. 400 gramów kaszy to 400 gramów jedzenia, dwa kilogramy ziemniaków to dwa kilogramy jedzenia. Ziemniaki zapychają. Z ziemniaków można zrobić więcej rzeczy: ugotować je na obiad, a potem odgrzać na kolację, zrobić z resztek kluski, a jak się ma olej, to usmażyć placki ziemniaczane albo frytki. Jadła tak przez trzy lata.

Sprawę ziemniaków ukrywała.

Najpierw przed dalszą rodziną mamy, która co jakiś czas zapraszała ją do siebie. Mieszkali w innym mieście. Bilet w jedną stronę, dorzucenie się do jedzenia za te kilka dni w ich domu, bilet powrotny – Olga podliczała wydatek związany z zaproszeniem. Nie było jej stać. Więc po jakimś czasie przestali ją zapraszać.

W pracy miała inną strategię. Chciała być niewidzialna. Wchodziła tylnym wejściem, wychodziła też tamtędy. Jeśli miała pracować zdalnie, prosiła, żeby łączyć się bez kamerki. Gdy była w biurze, wybierała miejsca w odosobnieniu – na antresoli albo w kącie. „Czy ktoś chce coś z maka, bo zamawiam” – usłyszała pewnego dnia głos koleżanki z biura obok. Odkąd zaczęła jeść ziemniaki, marzyła o czymś innym. Czuła smak i zapach burgera. Wiedziała, że ją na niego nie stać, ale zamówiła. „Nie dziwię się, że tak wyglądasz, skoro jesz takie rzeczy” – skomentowała koleżanka.

Od tamtej pory Olga nie chce już jeść publicznie. Czuje, że ktoś ją stale obserwuje. Boi się, że ktoś powie: „Taka gruba, a żre”.

Pamięta zdanie matki: „Jesteś gruba”. Waży teraz dwa razy więcej niż wtedy, gdy to zdanie usłyszała po raz pierwszy.

Przychodzi jej do głowy też nowe zdanie, tym razem własne: „Jestem brzydal”.

4

Olga zastanawia się, co musiałoby się zdarzyć, żeby pozbyła się obu tych zdań.

Może gdyby nie tamten protest. Pamięta go bardzo dokładnie – rok temu, jesienią, w obronie ludzi zamykanych do więzień na Białorusi. Dzień wcześniej dokładnie wszystko zaplanowała: co napisze na transparencie, który rysunek wybierze, o której wyjdzie z domu, żeby zdążyć. Stała na rynku jednego z największych polskich miast, w niewielkiej grupie, i wtedy podszedł do niej fotograf prasowy. Speszyła się, bo nie lubi zdjęć. Ale on nie chciał jej zdjęcia. Poprosił, by swój transparent dała na chwilę dziewczynie obok, szczupłej i ładnej.

Nie przestaje chodzić na protesty, ale unika fotografów jeszcze bardziej. A gdy okazuje się, że ktoś zrobi jej zdjęcie i upubliczni je, przygląda mu się, myśli: „Ten potwór to ja”. Gdy na profilu facebookowym jednej z instytucji pojawia się kilka jej zdjęć, a pod spodem pierwsze osoby zostawiają lajki, pisze do zarządzających profilem i błaga, by zdjęcia usunęli.

Może gdyby miała się w co ubrać. Dokłada do swojego rozmiaru kolejne „X”. Już nawet rozmiar 42 bywa nazywany „dla puszystych”. – Jestem XXL – mówi. – Czuję się jak rozmiar spodni, który noszę.

Nie lubi ubrań, które są w sklepach oznaczone: „duże rozmiary”, „dla puszystych”, „moda XXXL”. Materiały – głównie ciemne. Wzory – takie, które kojarzą się jej z garderobą babci. Kroje – nawet one nie są przygotowywane z myślą o ludziach otyłych. Niby szeroka bezkształtna bluzka, a ręce nie mieszczą się w nieposzerzonych odpowiednio rękawach. Materiał napina się, skóra poci, pękają szwy. Przygląda się kolejnym kampaniom, w których występują modelki „plus size”. Ich zgrabnym nogom, wcięciu w talii, dużym piersiom. Wie, że od dawna tak nie wygląda. – Jeśli modelki z wcięciem w talii i zgrabnymi nogami są „plus size”, to kim ja jestem? – pyta. Wie, że takich ciał jak jej prawie nie pokazuje się w kampaniach, a jeśli się pojawiają, to najlepiej nie czytać komentarzy internautów.

Może gdyby nie ta bezsenność, która pojawiła się i nie chciała odejść. Spała po trzy godziny, budziła się i czuła, że jest jeszcze cięższa.

Może gdyby znalazła miejsce, w którym mogłaby ćwiczyć. Próbowała. Zapisała się na zajęcia w grupie. – Sala pełna ludzi, a ty od razu jesteś „ta duża”. Nie możesz złapać kroków, nie możesz nadążyć. Jest ci coraz bardziej wstyd. Zatrzymujesz się, reszta ćwiczy dalej. Próbujesz przejść do marszu, patrzy na ciebie coraz więcej osób. Opuszczasz ręce, bo to dla ciebie za duży wysiłek. Odpadasz. Odzywają się w tobie wszystkie najgorsze myśli: „jestem gorsza, nigdy nie będę taka jak oni”. Zamiast ćwiczyć, obserwujesz ludzi, którzy się nie pocą, którzy się uśmiechają, którzy pięknie wyglądają. Chcesz uciec, ale nie wiesz, jak to zrobić – mówi.

Zmienia strategię: szuka zajęć z trenerem personalnym. Wie, że te próbne są zwykle bezpłatne. Pierwszy trener włącza jej bieżnię, na której po kilku minutach traci oddech. Drugi – daje do rąk liny, którymi ma rytmicznie poruszać. Są ciężkie jak diabli. Nie daje rady. Szuka sportowych grup wsparcia, ale z wielu się wypisuje, bo ludzie, których tam spotyka, są już po tej lepszej stronie. Schudli. Myśli o tym, że pomógłby jej nawet spacer, gdyby ktoś zechciał z nią iść. Marzeniem jest grupa, w której są ludzie tylko tacy jak ona.

Może gdyby jej były partner na pytanie: „Czy ja jestem pączek?”, nie odpowiadał: „Tak, jesteś pączek”.

Może gdyby jej lekarz nie zapytał: „Dlaczego się pani tak zaniedbała?”.

Olga: – Im gorzej jest w twoim życiu, tym gorzej jest z twoim ciałem. Ale widać tylko ciało.

5

Kilka dni po naszej rozmowie podsyła fragment wpisu znalezionego na Facebooku:

„Jestem nękana, wyśmiewana przez to, że jestem otyła, a moja mama pracuje jako sprzątaczka. Nazywam się Oliwia i mam 14 lat (...) od małego mam chore serce, jestem z rozbitej rodziny, ponieważ mój tata jest alkoholikiem, a moja mama odeszła od niego, gdy byliśmy mali. Czy nadwaga, trądzik oraz praca mojej mamy musi doprowadzać mnie do myśli samobójczych?”.

I zadaje mi pytanie: „Czy można jej jakoś pomóc?”. ©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka i redaktorka „Tygodnika Powszechnego”. Doktorantka na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Do 2012 r. dziennikarka krakowskiej redakcji „Gazety Wyborczej”. Laureatka VI edycji Konkursu Stypendialnego im. Ryszarda Kapuścińskiego (… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51-52/2021