Słyszeliście to kazanie setki razy. Rzecz dzieje się na początku Ewangelii wg św. Jana, w czwartym rozdziale. Ale zanim dojdziemy do tej sceny, autor, jak wiadomo, zaczyna z przytupem, od razu wielkimi teologicznymi tematami. Nie ma zwiastowania czy żłóbka i pastuszków, jest wcielający się Logos. Potem spotykamy nad Jordanem i św. Jana, i Jezusa, do którego dołączają uczniowie, czasem sami, czasem powoływani, by za nim szli. Zostaliśmy wrzuceni w sam środek akcji. Następnie widzimy Jezusa w Kafarnaum, gdzie matka popycha go do działania. Chwilę później udaje się na Paschę do Jerozolimy, gdzie wypędzi kupców ze świątyni. W tej pędzącej akcji na dłuższą chwilę zatrzyma się przy Nikodemie, z którym zaangażuje się w dłuższą rozmowę – rozmowę, która jednak nie kończy się zaangażowaniem Nikodema.
I wreszcie: Jezus siada przy studni pod samarytańskim miasteczkiem Sychar, by akcja mogła się wyciszyć. Spędza tu cały rozdział, z jedną osobą: anonimową samarytańską kobietą. Jak rzadko w narracji Jana, są sami. Tylko w tej scenie, i jeszcze w ogrodzie przed męką, Jezus jest pozostawiony sam przez uczniów. Tym razem udają się do miasteczka po zakupy, gdy nadchodzi do studni kobieta chcąca zaczerpnąć wody, a on prosi, by dała mu pić.
Niecodzienna to scena, pomyślcie chwilę. Żyd i Samarytanka, mężczyzna i kobieta. Spójrzcie z jej perspektywy: jest za miasteczkiem sama, a przy studni siedzi cudzoziemiec. Czy poczuła to ukłucie strachu i niepewności, które zna każda kobieta będąc w odludnym miejscu sam na sam z obcym mężczyzną? Jest tyle powodów, by ze sobą nie rozmawiali. A jednak ona odpowiada na jego prośbę, a potem dopytuje, zaznacza etniczne różnice między nimi, on zaś opowiada o żywej wodzie. Ona na to przekornie, że co on jej tu opowiada, iż da jej wody żywej, jak nawet nie ma czerpaka, by nabrać tej ze studni. Wyszczekana jest, zadziorna. Z niechęci do obcych, charakteru, zuchwałością dodaje sobie odwagi w dziwnej sytuacji?
I wtedy Jezus prosi, by zawołała swojego męża. Nie mam męża – odpowiada mu na to Samarytanka. To od Jezusa, chwalącego jej szczerość, dowiadujemy się, że mężów miała czterech, a ten, z którym mieszka, nie jest jej mężem. Mamy ją, grzesznica jedna! Ile razy słyszeliście w kazaniach, że przemyka chyłkiem do studni w południe, bo jest społecznym wyrzutkiem? Czterech mężów i gach, kto to widział! Wstyd jej, wolałaby nikogo nie spotkać przy tej studni.
Tylko… coś się nie zgadza. Ta wyszczekana kobieta, która dyskutuje z nieznajomym, nie wygląda na zalęknioną niewiastę, potępioną i ukrywającą się przed swoją wioską. Zresztą, co przed taką wioską można jeszcze ukryć, wszyscy na pewno wszystko wiedzą. Poza tym w środku dnia do studni chodziły inne bohaterki biblijne, np. Jakub spotkał Rachelę przy studni w Haran w południe.
Zatem w spotkaniach przy studni o tej porze nie ma nic wstydliwego. Zresztą, czy jest powodem do wstydu w tamtych czasach, że kobieta, skazana na zależność od mężczyzn, ma kolejnych mężów? Brzmi to jak piramidalny życiowy pech, a nie grzeszność czy rozwiązłość. Albo jej poumierali, albo ją odesłali z rozwodowym listem. Może dlatego, że nie była w stanie urodzić im dzieci. Gdzieś się jednak musiała podziać, w czyimś domu, przy kimś. Mieszkanie z nie-mężem brzmi jak definicja jej kruchej sytuacji, całkowitej zależności. I zauważcie, Jezus wcale tego nie ocenia, nie mówi, by się ogarnęła, nawróciła ani że tak nie wolno. Docenia szczerość, po czym rozmowa toczy się dalej, bo Jezus ma z nią ważniejsze sprawy do omówienia. Wyznaje, że jest mesjaszem.
W tym momencie na scenę wkraczają uczniowie z zakupami. No i, rzecz jasna, szemrzą między sobą ze zdziwieniem, że mistrz rozmawia z kobietą. Spłoszona Samarytanka zostawia dzbanek i biegnie do wioski, opowiedzieć wszystkim, że spotkała mesjasza. Nie, Jezus jej nie powołał, nie prosił, ona po prostu korzysta z zamieszania, by oddalić się i mówić sąsiadom: czyż on nie jest mesjaszem?
W efekcie Jezus i jego uczniowie zatrzymali się tam na dwa dni, bo tylu Samarytan w niego uwierzyło za sprawą tej kobiety. Apostołka – ktoś mógłby rzec o kobiecie, która była tak skuteczną głosicielką nowiny o mesjaszu. Na wszelki więc wypadek zrobiono z niej w kazaniach straszną grzesznicę. Żeby nikomu do głowy nie przyszło, że to pierwsza wspomniana w Janowej ewangelii głosicielka i apostołka.
Myślę o niej w czasie trwającego wciąż synodu. Łatwiej robić wszystko – zaprzeczać, oczerniać – żeby nie przyznać, że kobiety głosiły i głoszą ewangelię i tworzą tym samym Kościół na równi z mężczyznami. Albo i bardziej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















