Reklama

Jak to robią w Bujumburze

Jak to robią w Bujumburze

w cyklu Strona świata
22.05.2020
Czyta się kilka minut
Nie zważając na przestrogi, że wybory w czasie epidemii doprowadzą do nieszczęścia, nie słuchając połajanek, że głosowanie nie spełnia obywatelskich i demokratycznych kanonów, władze Burundi przeprowadziły elekcję nowego prezydenta.
Kandydat partii rządzącej, Evariste Ndayishimiye, głosuje w wyborach prezydenckich w Burundi, Giheta, 20 maja 2020 r. / Fot. Berthier Mugiraneza / AP Photo / East News
W

Wszystko odbyło się spokojnie  i jak należy. Do przemocy dochodziło w czasie kampanii wyborczej – prawie stu zabitych – ale w dniu głosowania policja upilnowała porządku. Ubiegający się o prezydenturę przywódca opozycji Agathon Rwasa skarżył się, co prawda, że policjanci przeganiali pałkami działaczy jego partii sprzed lokali wyborczych, ale władze ostrzegały przecież, że z powodu epidemii po oddaniu głosu wyborcy mają się rozchodzić do domów, a nie zbierać przed lokalami, plotkować czy rozprawiać o polityce. Rwasa tłumaczył, że jego ludzie chcieli mieć oko na członków komisji wyborczych: dopilnować, by nie oszukiwali. Policja odpowiedziała na to, że prawo jest jednakie dla wszystkich i tak samo podlega mu bezdomny żebrak ze stołecznej Bujumbury albo rybak znad jeziora Tanganika, co sam prezydent Pierre Nkurunziza, więc Rwasa nie ma powodu się uskarżać.

Pan nie miłuje cudzoziemców

Aby ustrzec rodaków przed szalejącym na całym świecie zabójczym wirusem, panujący od piętnastu lat prezydent polecił, żeby w wyborczą środę wszyscy urzędnicy z komisji nosili na twarzach ochronne maseczki, a na dłoniach rękawiczki, a każdy z wyborców przed oddaniem głosu dokładnie wyszorował ręce. Nie mierzono jednak wyborcom temperatury. Władze ogłosiły, że nie stać je na kupno aż tak wielu termometrów. Podobnie jak na testy wykrywające obecność wirusa, których w kilkunastomilionowym kraju przeprowadzono niewiele ponad pół tysiąca. 

Pobożny prezydent Nkurunziza tłumaczy jednak, że żadne testy, termometry czy maseczki nie zabezpieczą mieszkańców Burundi przed zarazą lepiej niż modlitwa i życzliwość Opatrzności. „Chwalcie Pana, że jest dla nas dobry” – wołał podczas wiecu wyborczego w Ngozi. Opatrznością Bożą wyjaśniał to, że epidemia, która dotknęła miliony i zabiła setki tysięcy mieszkańców globu, z Burundi obchodzi się tak łagodnie – liczba chorych i zarażonych nie sięgnęła nawet pół setki i tylko jedna osoba zmarła. „Pan Bóg miłuje Burundi, więc nie ma się czego bać” – tłumaczył, dlaczego nie zamyka urzędów i szkół oraz nie zabrania ludziom wychodzić z domów. „A czy nie żyjemy w ścisku od zawsze?”.

Maleńkie Burundi, dwunastokrotnie mniejsze niż Polska, liczy prawie 11 milionów mieszkańców i obok sąsiedniej Rwandy należy do najgęściej zaludnionych zakątków Afryki i świata. Ludzi jest tam tak wielu, a miejsca tak mało, że w kraju wycięto wszystkie lasy pod uprawę.

„Wzywamy wszystkich do udziału w wyborach! Przychodźcie tłumnie i głosujcie w pokoju. Potrzebujemy dobrych wyborów” – zachęcał w przeddzień elekcji przewodniczący komisji wyborczej. Przyuczeni do posłuszeństwa Burundyjczycy karnie zastosowali się do apelu i w wyborczą środę, ściśnięci ramię przy ramieniu, spędzili godziny w długich kolejkach przed lokalami do głosowania.

W obawie, że Pan Bóg może nie kochać cudzoziemców tak mocno jak Burundyjczyków, rządzący z Bujumbury postanowili nie wpuścić na wybory zagranicznych dziennikarzy ani obserwatorów z ONZ czy Unii Europejskiej. Obserwatorów z sąsiednich krajów obiecali wpuścić, ale uprzedzili, że każdy z nich będzie osadzony wpierw na dwutygodniowej kwarantannie. W rezultacie nie zgłosili się żadni chętni. A kiedy przedstawiciele Światowej Organizacji Zdrowia załamywali ręce, że urządza wybory w środku epidemii, Nkurunziza po prostu wygnał ich z kraju.

Ręka, która nie drży

Prezydent uznał też, że o ile głosowanie w Burundi jest niegroźne, to gdzie indziej wystawia ludzi na śmiertelne niebezpieczeństwo i zabronił urządzać wybory dla burundyjskich uchodźców, którzy uciekli przed nim do sąsiedniego Konga i Tanzanii. Agathon Rwasa twierdzi, że prezydent zrobił to po to, żeby odebrać mu głosy.

Z kraju uciekło bowiem pół miliona Burundyjczyków, a półtora tysiąca zginęło podczas ulicznych rozruchów i pogromów, które wybuchły pięć lat temu, gdy po drugiej i ostatniej dozwolonej konstytucją kadencji prezydent zdecydował się ubiegać o trzecią. Nie słuchał zagranicy, grożącej mu potępieniem i sankcjami, nie przestraszył się działaczy praw człowieka, straszących go międzynarodowym trybunałem. Nie zadrżała mu ręka, gdy przyszło posłać wojsko i policję przeciwko ulicznym demonstrantom i spuścić ze smyczy bojówkarzy z „Imbonerakure”, młodzieżowej przybudówki rządzącej partii Rady Narodowej na rzecz Obrony Demokracji – Sił Obrony Demokracji (CNDD-FDD).


Polecamy: Strona świata - specjalny serwis "TP"  z reportażami i analizami Wojciecha Jagielskiego


Wybory w 2015 roku Nkurunziza, ma się rozumieć, wygrał, ale cała trzecia kadencja zeszła pod znakiem politycznych burz. Poza zamieszkami na ulicach Bujumbury doszło tam do kolejnego nieudanego, tym razem wojskowego zamachu stanu, prawdziwej plagi burundyjskiej polityki i najpowszechniejszego sposobu wymiany elit rządzących. Potępiane przez prawie wszystkich Burundi stało się pariasem.

Ale jakby na przekór wszystkiemu Nkurunziza przetrwał. Pozbawiony zachodniej jałmużny, kazał poddanym zacisnąć pasa i zęby. Po tych, którym brakowało cierpliwości, przychodziła nocami tajna policja. Burundi, od zawsze jedno z najbiedniejszych państw świata, stało się jeszcze uboższe. Wszelki przemysł upadł, a ludzie przeszli niemal całkowicie na utrzymanie z bazarowego handlu, rybołówstwa i uprawy na własne potrzeby niewielkich poletek. Nauczyli się obywać bez wszystkiego, na co nie było ich stać. Ponad trzy czwarte ludności przeniosło się na wieś.

Rządząc twardą ręką, Nkurunziza puszczał mimo uszu wszystkie krytyki, potępienia i żądania. Albo zaprzeczał oskarżeniom w żywe oczy. Burundi trafiło na sam początek czarnej listy krajów, w których najbrutalniej i najbezczelniej łamana jest wolność słowa. A kiedy Międzynarodowy Trybunał Karny ogłosił, że zbada, czy za panowania Nkurunzizy w Bujumburze nie doszło do zbrodni wojennych i przeciwko ludzkości, Burundi, jako pierwszy kraj na świecie, ogłosiło, że wypisuje się z trybunału. Rządzący z Bujumbury obyli się nawet bez zagranicznej pomocy na organizację wyborów i tegoroczne przeprowadzili wyłącznie za własne pieniądze i pod własnym nadzorem. A dwa lata wcześniej, ku lamentowi prawników i działaczy praw człowieka, Nkurunziza przeprowadził plebiscyt, w którym karni poddani poparli jego pomysł zmiany konstytucji i tym samym zgodzili się, by prezydenckie kadencje, czwartą i piątą, dłuższe, bo siedmio-, a nie pięcioletnie, liczyć od nowa.

I kiedy spodziewano się, że liczący sobie dopiero 55 lat Nkurunziza, dawny nauczyciel gimnastyki i piłkarz, usadowi się na tronie na dłużej, ten ogłosił, że mu się odwidziało i przechodzi na emeryturę. Podobno zmusili go do tego generałowie. Jeśli tak, byłby to kolejny zamach stanu, tym razem nie zbrojny, ale pałacowy. Podobnych przewrotów w historii Burundi – niedługiej, za to obfitującej w tragedie – nie brakowało.

Ludobójstwa u bliźniaków

Burundi, bliźniak Rwandy, dzieli z nią krwawe dzieje, które stały się klątwą obu krajów. Identycznie położone na malowniczych, zielonych wzgórzach nad jeziorami Kivu i Tanganika, oba kraje zajmują podobny obszar i mają podobną liczbę ludności. W obu ponad trzy czwarte stanowią rolnicy Hutu, a dawni pasterze, Tutsi, stanowią mniejszość. Niegdyś, zanim Burundi i Rwanda zostały podbite przez europejskie mocarstwa kolonialne, najpierw Niemcy, a potem Belgię, w obu rządzili królowie, mwami, wywodzący się spośród Tutsich.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Raj, w którym znikają ludzie


W Rwandzie w 1962 roku chłopska rewolucja obaliła monarchię i Hutu odebrali władzę Tutsim. Przy okazji doszło do pierwszych mordów. Widząc, jak ich rodacy tuż za miedzą tracą władzę i życie, burundyjscy Tutsi postanowili bronić swoich rządów za wszelką cenę. Oficerowie Tutsi obalili nawet własnego mwamiego, uznając, że wojskowa dyktatura będzie najlepszym sposobem zagwarantowania sobie bezpieczeństwa i władzy. Odtąd gromieni Tutsi z Rwandy chronili się w Burundi, a burundyjscy Hutu szukali wsparcia u rodaków z Rwandy.

W Rwandzie pogromy doprowadziły w 1994 roku do ludobójstwa. Wywołało ją zestrzelenie nad Kigali samolotu, w którym zginęli prezydenci Rwandy i Burundi. W ciągu następnych stu dni wojsko i bojówki, a w gruncie rzeczy: niemal wszyscy Hutu wymordowali prawie milion Tutsich. W Burundi drugi milion, tyle że głównie Hutu, zginął w pogromach w latach 70., 80., 90. i na początku XXI stulecia. W Rwandzie mordy przerwało przejęcie władzy w Kigali przez partyzantów Tutsi, którzy rozgromili i przegnali do Konga zajętych ludobójczymi masakrami Hutów. Ówczesny partyzancki komendant Paul Kagame do dziś jest prezydentem w Kigali.

Najwyższy po wsze czasy

W Burundi wojnę przerwano dopiero w 2000 roku, gdy ostatni wojskowy dyktator Tutsi zgodził się przeprowadzić wolne wybory, wskutek których władzę w kraju mogli przejąć wyłącznie znajdujący się w ogromnej większości Hutu. Pierre Nkurunziza, który w pogromach stracił ojca, zwyciężył w wyborach w 2005 roku. Wcześniej walczył jako komendant w jednej z dwóch największych armii partyzanckich Hutu. W partyzantce, ale w innej armii niż Nkurunziza, walczył także Agathon Rwasa. Dotąd rywalizował z Nkurunzizą, rówieśnikiem – teraz przyjdzie mu rywalizować z nieco młodszym Evariste’em Ndayishimiye, któremu prezydent postanowił przekazać pałeczkę i którego na nowego przywódcę wskazali ponoć generałowie.

Na pocieszenie i jako prezent przed emeryturą Nkurunziza otrzyma tytuł Najwyższego Po Wsze Czasu Przewodnika Od Patriotyzmu, luksusowo wyposażoną rządową willę i pół miliona dolarów odprawy. Największe niedowiarki w Bujumburze nie chcą jednak wierzyć, że młody, zdrowy i pełen werwy Nkurunziza pożegna się z władzą. Jego kadencja upływa dopiero w sierpniu. Do tego czasu może unieważnić wybory i wprowadzić stan wyjątkowy. Dowiódł już nieraz, że nie zwykł się przejmować tym, co ludzie powiedzą.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Uwaga! Przypominamy o ciszy wyborczej. Trwa ona od północy z 10 na 11 lipca do momentu zakończenia głosowania w wyborach prezydenckich 12 lipca. W tym czasie nie wolno prowadzić agitacji wyborczej, również w internecie. Za złamanie zakazu agitacji grozi kara grzywny.

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]